Czas wodnika
- Автор: Яблонский Мирослав
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Czas wodnika». Краткое содержание книги:
– Do diabła! – wybuchnąłem. – Kiedyż wreszcie zatkam tę twoją zachłanną gębę? Cztery miesiące temu również "mieliśmy kłopoty" i dostałeś podwyżkę!
– Pan mnie źle zrozumiał, sir – sprostował kauzyperda z nieoczekiwaną godnością. – Teraz naprawdę mamy kłopoty!
– O co chodzi? – zaniepokoiłem się.
– Związek zawodowy kaskaderów chce panu cofnąć członkostwo.
– I cóż z tego? – roześmiałem się. – Do czego oni mi są potrzebni?
– Do tego – wycedził d'Orcada – żeby płacił pan mały podatek. Jeżeli zarejestruje się pan jako osoba prywatna wykonująca niebezpieczne zajęcia, to urząd podatkowy łupnie panu sześćdziesiąt procent!
– Co? – poderwałem się, nie bacząc na kolorowe rurki. – Mam dać tym darmozjadom sześćset tysięcy?
– Niestety – mecenas obłudnie rozłożył ręce w geście całkowitej bezradności. – Tak się stanie, jeżeli nie dogadamy się ze związkiem.
– Czego oni chcą? Zresztą wiem – forsy, forsy i jeszcze raz forsy!
– Nie. Tylko raz: forsy. Konkretnie słyszałem o dziesięciu procentach dobrowolnej darowizny.
– Jednorazowej?
D'Orcada roześmiał się. Ja nie potrafiłem.
– Jakie mają podstawy do cofnięcia mi członkostwa?
– Jedną, ale za to zasadniczą – nie pracuje pan na potrzeby żadnej z wyspecjalizowanych agencji wykorzystujących kaskaderów, nie występuje pan w filmach, w telewizji, rodeach, pokazach, show itd., itd. Jednym słowem – nie robi pan z siebie pajaca.
– Nie mają prawa – powiedziałem bez przekonania.
Mecenas pokiwał smutno głową.
– Mają, mają…
– Do diabła, d'Orcada, jesteś moim adwokatem! Wymyśl coś!
Kauzyperda wzruszył ramionami.
– Trzeba się z nimi dogadać i dać im te dziesięć procent. To w końcu mniej niż sześćdziesiąt!
– Słuchaj, draniu! – powiedziałem. – Uważaj, bo dam im to z twoich apanaży! Wtedy nie będziesz taki prędki do rozdawania forsy. Pięć procent i ani centa więcej!
– Nie da rady. Dziesięć procent za warunkowe odnowienie wpisu na rok. Później mogą podnieść stawkę.
– A NASA nie ma względem mnie żadnych roszczeń? Nic nie słyszałeś? – zapytałem ironicznie.
– Nie – odparł z pełną powagą. – Nic o tym nie wiem.
– Zagram w filmie!
– Nie pomoże. Znajdą coś innego, żeby nas przycisnąć.
– Czyim ty wreszcie jesteś adwokatem, d'Orcada? Moim czy tych hien ze związku?
– Pana, ale to jest sprawa, której nie przewalczymy. Możemy tylko zapłacić lub zwinąć interes.
Sapnąłem ze złości. Skoro d'Orcada tak mówił, to znaczy, że sprawa jest beznadziejna.
– Kiedy mogą to zrobić, to znaczy, kiedy mogą wywalić mnie ze związku?
– Za trzy miesiące, w grudniu.
– Coś zaczęło mi świtać.
– Stan konta? – rzuciłem.
– Osiemdziesiąt dziewięć milionów pięćset' sześćdziesiąt siedem tysięcy czterysta trzydzieści pięć dolarów i trzydzieści pięć centów – wyrecytował z pamięci adwokat.
Przymknąłem powieki.
– Well – powiedziałem. – Zagramy im na nosie. Powiem wam o moim planie.
Kiedy wchodziłem do baraku mojej grupy, zatrzymał mnie podoficer dyżurny.
Hej, John, zaczekaj. Dzwonił doktor Lindsay. Chce się natychmiast z tobą widzieć.
– Mówił coś jeszcze? – zapytałem.
– Nie. Pewnie znowu narozrabiałeś, co?
– Nie twój interes!
– Jasne, że nie mój. Swój chowam dla lepszych od ciebie.
– Uważaj, żeby ci nie zaśniedział – warknąłem i poszedłem do swojego pokoju. Od czasu, gdy zostałem wybrany na Szefa Trzeciego Tysiąca, zajmowałem jednoosobową klitkę, którą wygospodarowaliśmy z korytarza, skracając go o trzy metry.
Wobec istniejących pomiędzy nami a kierownictwem "Arki" napięć wezwanie Lindsaya nie wróżyło nic dobrego. Musiałem zrekapitulować swoje grzechy z ostatniego okresu. Było tego sporo, tak wiele, że po chwili dałem spokój. Siedziałem na pryczy i kiwając się bezmyślnie wprzód i w tył zbierałem siły, by stawić Lindsayowi czoło na jego terenie. Wreszcie powlokłem się do pawilonu kierownictwa.
– A, Hopkins! – rozpromienił się na mój widok uczony. – Powitać szefa, powitać!
Z wylewną, przesadną serdecznością potrząsał moją dłonią. Urządzał tę pokazówkę dla trzech facetów, których nie mogłem rozpoznać w zadymionym wnętrzu. Gdy już podszedłem bliżej, to upewniłem się, że szykuje się coś niedobrego. Jednym z gości Lindsaya był doskonale mi znany szeryf federalny.
– Panowie pozwolą – krygował się nadal Lindsay – Szef Trzeciego Tysiąca, John Hopkins zwany "Uniwerek". A to – ciągnął, zwracając się do mnie – szeryf Bolton, zastępca dyrektora NASA do spraw technicznych, John Paulinsky i wysłannik Komisji Aeronautyki i Badania Przestrzeni Kosmicznej przy Izbie Reprezentantów, Edward McCormmick. Tyle tytułem prezentacji. Siadaj, Hopkins. Panowie przyjechali tutaj, aby cię poznać i zaproponować przy okazji pewną transakcję.
– Mnie? – udałem zdziwienie. – Nie mam nic do sprzedania.
Panowie spojrzeli po sobie.
– Owszem, masz. Masz swój głos w Radzie Pięciu Tysięcy. Doszły nas słuchy, nie wiem, czy prawdziwe, że to twoje zdanie zadecydowało, że nie zgłosił się ochotnik do niebezpiecznego lotu. Ty powiedziałeś – nie. To wiemy.
Nie zapytałem skąd. To nie miało znaczenia.
– Nikt się nie zgłosi – powiedziałem powoli, przenosząc wzrok z Lindsaya na pozostałą trójkę – dopóki nie odczepicie się od Organizacji. To nasz warunek.
– Nie bądź śmieszny, Hopkins! – powiedział Bolton z pasją. – Jesteście na utrzymaniu NASA i Agencja w każdej chwili może z was zrezygnować. Pomyliło ci się, kto tu może stawiać warunki. NASA może was przegnać na pięć tysięcy wiatrów. I nie będziecie mieli nic do gadania. Poza tym…
– To czemu tego nie zrobi? – przerwałem mu – tylko usiłuje z nami pertraktować? Nie wie pan? To ja panu, wielkiemu szeryfowi federalnemu, powiem! Bo szanownej Agencji żal forsy, jaką w nas zainwestowała. Nie opłaca się jej rezygnować teraz z naszych usług, za dużo ją kosztowaliśmy.
– Bez przesady, John – wmieszał się do rozmowy Paulinsky. – Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. Nie jesteście największym obciążeniem naszego budżetu, a w każdym razie nie tak wielkim, byśmy musieli znosić wszystkie wasze wybryki. Nie możemy sobie pozwolić na to, by o NASA mówiło się jako o siedlisku kosmicznej mafii! I co to w ogóle za Rady! Komunistów rżniecie? Są pewne granice opłacalności i pewne granice ryzyka. Ty już je obie dawno przekroczyłeś.
– Co to znaczy? – zapytałem, choć bardzo nie chciałem tego zrobić.
– To znaczy, że usłyszałeś teraz propozycję, na którą możesz odpowiedzieć tylko twierdząco.
– A jeśli…
– A jeśli odpowiesz inaczej – nie dał mi skończyć Lindsay – to obecny tu szeryf Bolton zabierze cię stąd prosto do aresztu. Mamy przeciwko tobie dosyć, byś gnił w więzieniu przez kilkanaście lat. Nie myśl, że przez ten czas, gdy ty rozrabiałeś na całego, my byliśmy bezbronni i bezsilni! Chyba nie masz nas za głupców, "Uniwerek", co? Mamy wystarczająco dużo dowodów, by wytoczyć ci sprawę i w każdym sądzie uzyskać wyrok skazujący. Jesteś recydywistą, pamiętaj o tym.
– Co macie na mnie?
Cztery pobicia, gwałt, wymuszenie forsy, posiadanie narkotyków, deprawację nieletnich… To dąjie z ostatniego półrocza. Oprócz tego sprawa ochotnika McGuina. Pamiętasz ochotnika McGuina? Taki rudy, z wąsami. Znaleziono jego ciało w oczyszczalni ścieków w kilka godzin po tym, jak usiłował podnieść bunt przeciwko Radzie Trzeciego Tysiąca. Wystarczy?
– Wystarczy – powiedziałem zniechęcony. – Czego chcecie? Lindsay roześmiał się jowialnie i poklepał mnie po ramieniu.