Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
Tak więc doktor Hix stał się tolerowanym, choć nieco irytującym członkiem grona wykładowczego, przede wszystkim dlatego, że miał prawo (zgodnie ze statutem) wygłaszać niektóre z tych niemiłych wypowiedzi, jakie inni magowie chętnie wypowiadaliby sami. Ktoś z włosami w szpic nad czołem, pierścieniem z czaszką, groźną laską i w czarnej szacie powinien generować trochę zła, choć statut uniwersytetu przedefiniował w tym przypadku zło dopuszczalne jako niedogodność zbliżoną do związanych razem sznurowadeł albo chwilowego ataku świerzbienia krocza. Nie był to układ całkowicie zadowalający, ale mieścił się w pięknych tradycjach NU: Hix dobrodusznie zajmował niszę, którą w innym przypadku mógłby opanować ktoś naprawdę zaangażowany w całe te gnijące trupy czy obdarte ze skóry czaszki. Owszem, stale wręczał kolegom darmowe bilety na rozmaite amatorskie przedstawienia teatralne, w których obsesyjnie uczestniczył, ale wszyscy się zgadzali, że jeśli się zastanowić i porównać jedno z drugim, to i tak lepsze od obdzierania czaszek.
Dla Hiksa taki tłum był zbyt dobrą okazją, by ją zmarnować. Nie tylko otaczała go obfitość sznurowadeł do fachowego powiązania, ale też mnóstwo kieszeni. Zawsze miał w szacie[9] ulotki reklamujące najbliższe przedstawienie, a przecież nie były to kradzieże kieszonkowe. Wręcz przeciwnie. Wciskał więc te ulotki do wszystkich kieszeni, które znalazł.
Dzień ten był dla Nutta tajemnicą i tajemnicą pozostał, z każdą minutą stając się bardziej tajemniczy. W oddali zabrzmiał gwizdek. Gdzieś wśród tego przesuwającego się, przepychającego, ściskającego, a przede wszystkim pijącego tłumu ludzi najwyraźniej trwał mecz. W tej kwestii musiał wierzyć Trevowi na słowo. Z daleka słyszał ooochy i aaachy, a tłum falował i przelewał się w odpowiedzi. Trev i jego koledzy, którzy — o ile Nutt zdołał to zrozumieć wśród gwaru — z niezrozumiałych powodów nazywali siebie Przyćmioną Pupą Bojową, wykorzystywali każdą otwierającą się na moment szczelinę, by coraz bardziej się zbliżać do tajemniczego meczu. Zapierali się, gdy tłum na nich naciskał, i pchali mocno, gdy sprzyjała im fala. Pchnięcie, kołysanie, nacisk… i coś w tym wszystkim przemawiało do Nutta, przez podeszwy stóp i dłonie ze zwodniczą subtelnością docierało do mózgu. Obdzierało go z siebie i pozostawiało jako bijącą część tej żywej, poruszającej się masy dookoła.
Przeleciał chóralny śpiew. Zaczął się gdzieś po przeciwnej stronie gry i czymkolwiek był na początku, teraz stał się tylko czterema sylabami ryku z setek gardeł i wielu garnców piwa. Kiedy ucichł, zabrał ze sobą to ciepłe uczucie przynależności, pozostawiając pusty otwór…
Nutt spojrzał w oczy Treva.
— Zdarzyło ci się, co? — spytał Trev. — Szybko poszło.
— To było… — zaczął Nutt.
— Wiem. Nie rozmawiamy o tym — odparł twardo Trev.
— Ale to do mnie mówiło bez…
— Nie rozmawiamy o tym, jasne? Nie o takich sprawach. Patrz! Odsuwają ich do tyłu! Otwiera się przejście! Pchamy!
A Nutt dobrze umiał pchać. Bardzo dobrze. Pod jego nieubłaganym naciskiem ludzie odsuwali się albo delikatnie przekręcali i znikali z drogi, ich podkute buty zgrzytały na kamieniach bruku, gdy — z braku innego wyboru — przetaczali się ściśnięci obok Nutta i Treva, by wylądować za nimi, trochę oszołomieni, zdziwieni i zagniewani.
Teraz jednak Nutt poczuł, że ktoś gorączkowo ciągnie go za pasek.
— Przestań pchać! — zawołał Trev. — Zostawiliśmy tamtych z tyłu!
— W istocie moje postępy hamuje w tej chwili budka z puddingiem groszkowym i z zupą rybną. Starałem się, panie Trev, ale ona naprawdę mnie spowalnia — rzucił przez ramię Nutt. — A także panna Glenda. Witam, panno Glendo.
Trev się obejrzał. Za nim toczyła się jakaś bójka i słyszał okrzyk bojowy Andy’ego. Koło Andy’ego zwykle trwały jakieś bójki, a jeśli nie, to je wywoływał. Ale nie można było Andy’ego nie lubić, bo… no, po prostu nie można. On… Zaraz, tam z przodu jest Glenda? Ale to znaczy, że i Ona tam będzie…
Z przodu nastąpiło jakieś poruszenie i mniej więcej obły przedmiot, owinięty strzępami tkaniny, wzleciał w powietrze i opadł przy wtórze wiwatów i gwizdów tłumu. Trev stał tuż przy meczu już wielokrotnie. Nie było to nic niezwykłego. Dziesiątki razy widział piłkę.
Ale jak długo Nutt niczym pług śnieżny pchał przed sobą ten stragan? O rany, pomyślał Trev. Znalazłem gracza! Jak on to robi? Przecież wygląda, jakby głodował.
Wobec braku jakiejkolwiek drogi przez ściśniętych ludzi, Trev przesunął się między nogami Nutta i na chwilę spojrzał wzdłuż alei brzegów płaszczy, butów oraz — tuż przed nim — pary nóg wyglądających o wiele bardziej atrakcyjnie niż te Nutta. Wynurzył się o kilka cali od jasnoniebieskich oczu Juliet. Nie wyglądała na zaskoczoną — zaskoczenie to sprawa natychmiastowa, a zanim Juliet zdążyła owo zaskoczenie zarejestrować, zwykle już mijało. Glenda za to należała do osób, które natychmiast ciskają zaskoczenie na deskę oburzenia i ubijają w furię. Kiedy więc spojrzenia Treva i Juliet się spotkały i metaforyczne ptaszki odchrząknęły, szykując się do wielkiego występu, Glenda wyrosła nagle między nimi i zapytała:
— U demona, co tutaj robisz, Trevorze Likely?
Ptaszki się rozwiały.
— A co ty robisz tutaj z przodu? — spytał Trev.
Nie była to najlepsza riposta, ale w tej chwili, gdy serce biło jak młotem, nie było go stać na nic lepszego.
— Dopchali nas tutaj! — burknęła Glenda. — To wyście nas pchali!
— Ja? Ja nigdy! — oburzył się Trev. — To…
Zawahał się. Nutt? Wystarczy na niego popatrzeć, jak stoi taki wystraszony i wychudzony, jakby nigdy w życiu nie jadł porządnego obiadu. Sam bym sobie nie uwierzył, pomyślał, a przecież jestem sobą.
— To byli ci z tyłu — dokończył niepewnie.
— Trolle w wielkich butach, co? — spytała Glenda głosem kwaśnym jak ocet. — Byłybyśmy już na polu gry, gdyby nie ten oto pan Nutt, który was powstrzymywał!
Niesprawiedliwość tych słów wstrząsnęła Trevem, ale postanowił siedzieć cicho, nie kłócić się z Glendą. W jej oczach Nutt nigdy nie mógł zrobić nic złego, a Trev nigdy nic dobrego, z czym trudno byłoby się spierać, ale uważał, że należałoby poprawić tę opinię na „nigdy nie robi nic naprawdę złego”.
Ale obok stała Juliet i uśmiechała się do niego. Kiedy Glenda zaczęła rozmawiać z Nuttem, Juliet wcisnęła mu coś w rękę i odwróciła się, jakby nic się nie stało.
Trev rozprostował palce. Serce biło mu mocno. Zobaczył małą emaliowaną odznakę w czerni i bieli, kolorach znienawidzonego wroga. Wciąż zachowała ciepło Jej dłoni…
Szybko zacisnął pięść i rozejrzał się nerwowo, czy ktoś nie zauważył tej jego zdrady wszystkiego, co dobre i prawdziwe, to znaczy dobrego imienia Ćmoków. Przypuśćmy, że potrąciłby go troll i ktoś z chłopaków znalazłby to przy nim! Przypuśćmy, że Andy by znalazł!
Ale to przecież prezent od Niej! Wsunął dłoń do kieszeni i upchnął znaczek na samo dno. Będzie ciężko, a Trev nie należał do ludzi, którzy lubią życiowe problemy.
Właściciel straganu, który przedsiębiorczo sprzedał przesuwającej się klienteli kilka porcji, podszedł do Treva i wręczył mu torebkę gorącego groszku.
— Twardego macie tu kumpla — stwierdził. — To jakaś odmiana trolla, tak?
— Nie troll. Goblin — wyjaśnił Trev.
Odgłosy bójki rozbrzmiewały teraz bliżej.
9
Hix stanowczo odmówił noszenia spodni. Żaden nieszamijący się mroczny mag nawet by nie pomyślał, by włożyć coś tak pospolitego jak spodnie, oznajmił. Całkiem psują wrażenie.