Budowniczowie Pierścienia [The Ringworld Engineers - pl]
- Автор: Нивен Ларриё
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-218-5
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Budowniczowie Pierścienia [The Ringworld Engineers - pl]». Краткое содержание книги:
Pierścień — najbardziej zadziwiający twór techniki w poznanym kosmosie, sztuczny świat trzy miliony razy większy od Ziemi, ma dać odpowiedź, jak zapobiec kataklizmowi grożącemu całemu wszechświatowi.
Przerwał w pewnej chwili i wszedł na pokład nawigacyjny. Martwił się o kzina. Nawet ludzka istota — powiedzmy, nizinny sprzed pięciuset lat, człowiek sukcesu w średnim wieku — poczułby się zakłopotany, stwierdzając nagle, że znowu ma osiemnaście wiosen, że został przerwany jego równy marsz ku śmierci, że krew wzbiera potężnymi i nieznanymi sokami, stawiając pod znakiem zapytania jego własną tożsamość (gęstniejące i zmieniające kolor włosy, znikające blizny…) No więc, gdzie jest Chmee?
Trawa była dziwna. W pobliżu obozowiska sięgała do pasa. W kierunku ruchu obrotowego rozległy obszar był wyskubany prawie do gołej ziemi. Louis zobaczył prowadzone przez małe, czerwone istoty stado, poruszające się jego skrajem i zostawiające za sobą stratowany pas prawie koloru ziemi.
Trzeba im to oddać: małe, zielone słonie maszerowały karnie. Czerwoni ludzie musieli dość często zmieniać obozowisko.
Louis dostrzegł ruch w pobliskiej trawie. Patrzył cierpliwie, dopóki znowu coś się nie poruszyło… I nagle pojawiła się pomarańczowa błyskawica. Człowiek nigdy nie widział, jak poluje kzin. W pobliżu nie było nikogo i bardzo dobrze. Zajął się ponownie pracą.
Pasterze wrócili i zastali ucztę.
Nadeszli całą grupą, trajkocząc między sobą. Przystanęli, by przyjrzeć się lądownikowi, nie podchodząc zbyt blisko. Kilku otoczyło jednego z zielonych słoników. (Obiad?) Mógł to być zbieg okoliczności, że prowadził ich włócznik, kiedy wchodzili w krąg chat.
Zatrzymali się zaskoczeni na widok Chmee, z inną tym razem dziewczynką na plecach, Louisa oraz pół tony rozebranego mięsa, ułożonego na czystej skórze.
Shivith przedstawił obcych wraz z krótką i dość dokładną relacją. Louis oczekiwał, że nazwą go kłamcą, ale nic takiego nie nastąpiło. Poznał przywódcę: kobietę o wzroście czterech stóp i paru cali, o imieniu Ginjerofer, która ukłoniła się i uśmiechnęła, ukazując niepokojąco ostre zęby. Spróbował ukłonić się w taki sam sposób.
— Shivith powiedział nam, że lubicie różne gatunki mięsa — zaczął i wskazał gestem na to, co przyniósł z kuchni lądownika. Trzech tubylców obróciło słonika, pokazało mu miejsce, gdzie pasła się reszta stada, i popędziło go, szturchając w zad trzonami włóczni. Plemię zbiegło się na obiad. Dołączyli także inni, z chat, które Louis uważał za puste: kilkunastu bardzo starych mężczyzn i kobiet. Przybysz myślał, że Shivith jest stary. Nie był przyzwyczajony do widoku ludzi z pomarszczoną skórą, bliznami i wykręconymi artretyzmem stawami. Zastanawiał się, dlaczego się chowali, i domyślił się, że celowali do niego i do Chmee z łuków podczas rozmowy z Shivithem i dziećmi.
W ciągu kilku minut tubylcy zredukowali posiłek do kości. Nie rozmawiali. Wydawało się, że nie obowiązuje wśród nich zasada pierwszeństwa. Rzeczywiście jedli jak kzinowie. Chmee przyjął wyrażone gestem zaproszenie. Zjadł większość moa, którym krajowcy wzgardzili; woleli czerwone mięso.
Louis przyniósł je w kilku ratach na jednej z dużych płyt repulsyjnych. Mięśnie bolały go od wysiłku. Patrzył na ucztujących tubylców. Czuł się dobrze. Nie miał w głowie drouda, a czuł się dobrze.
Większość odeszła wkrótce, by dopilnować stada. Shivith i Ginjerofer oraz kilkoro starszych zostali.
— Czy moa to ptak czy artefakt? — zapytał Chmee Louisa. — Może Patriarcha chciałby mieć takie ptaki w swoich parkach łowieckich?
— To prawdziwy ptak — odparł Louis. — Ginjerofer, chyba zrewanżowaliśmy się za spowodowanie ucieczki.
— Dziękujemy wam — powiedziała. Na ustach i piersi miała krew. Jej wargi były pełne i czerwieńsze niż skóra. — Zapomnijcie o ucieczce. Życie to coś więcej niż uczucie sytości. Lubimy spotykać ludzi, którzy różnią się od nas. Czy wasze światy naprawdę są o tyle mniejsze od naszego? I okrągłe?
— Okrągłe jak piłki. Gdyby mój znajdował się tam wysoko na Łuku, widziałabyś tylko biały punkcik.
— Wrócicie na te małe światy, żeby opowiedzieć o nas? Komunikatory zapewne były podłączone do urządzeń rejestrujących na pokładzie „Igły".
— Któregoś dnia — odpowiedział Louis.
— Pewnie macie pytania.
— Tak. Czy słoneczniki niszczą wasze pastwiska? Musiał pokazać palcem, żeby zrozumiała.
— Ten blask w kierunku obrotu? Nic o nim nie wiemy — odparła.
— Czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym? Wysyłaliście zwiadowców?
Zmarszczyła czoło.
— Tak już jest. Mój ojciec i matka mówią, że zawsze poruszaliśmy się w kierunku przeciwnym do obrotu. Pamiętają, że musieli obchodzić wielkie morze, ale nie zbliżali się do niego, ponieważ zwierzęta nie jadłyby roślin, które rosną na brzegach. Wtedy też z tamtej strony była jasność, ale teraz jest silniejsza. A jeśli chodzi o zwiadowców… grupa młodych wyruszyła kiedyś, żeby zobaczyć to na własne oczy. Spotkali gigantów. Giganci zabili im zwierzęta. Musieli szybko wracać. Nie mieli mięsa.
— Wygląda na to, że słoneczniki poruszają się szybciej niż wy.
— Tak. Ale i my potrafimy przemieszczać się prędzej.
— Co wiecie o latającym mieście?
Ginjerofer widziała je przez całe życie. Stanowiło punkt orientacyjny, jak sam Łuk. Podczas pochmurnych nocy można było dostrzec żółtą poświatę miasta, ale to wszystko, co o nim wiedziała. Leżało zbyt daleko, nawet dla plotek.
— Docierają jednak do nas opowieści z dalekich stron, jeśli są coś warte. Mogą być przekręcone. Wiemy o ludziach z rozlanych gór, którzy mieszkają między pasem białego zimna a podnóżami, gdzie powietrze jest zbyt gęste. Latają między rozlanymi górami. Używają podniebnych sań, kiedy uda się im je zdobyć, ale nie robi się nowych, więc od setek lat muszą korzystać z balonów. Czy twoje urządzenie do patrzenia widzi tak daleko?
Louis nałożył jej okulary i pokazał pokrętło do regulacji powiększenia.
— Dlaczego nazywacie je rozlanymi górami? Czy tego samego słowa używacie, kiedy rozlejecie wodę?
— Tak. Nie wiem, dlaczego je tak nazywamy. Twoje oczy pokazują mi tylko większe góry… — Odwróciła się w kierunku ruchu obrotowego. Gogle prawie zakrywały jej małą twarz. — Widzę brzeg morza, a po drugiej stronie oślepiające światło.
— Co jeszcze słyszycie od podróżników?
— Kiedy się spotykamy, rozmawiamy przeważnie o niebezpieczeństwach. Po stronie przeciwnej do kierunku obrotu żyją bezrozumni mięsożercy, którzy zabijają ludzi. Wyglądają jak my, ale są mniejsi, czarni i polują w nocy. Są też… — Zmarszczyła brwi. — Nie znamy całej prawdy. Są istoty, które zmuszają innych do robienia rishathry. Nikt z tego nie wychodzi żywy.
— Ale wy nie możecie robić rishathry. Nie są wiec dla was niebezpieczne.
— A jednak są groźne nawet dla nas, tak nam mówiono.
— A co z chorobami? Pasożytami?
Żaden z tubylców nie wiedział, co to znaczy. Pchły, glisty, moskity, odra, gangrena: niczego takiego nie znano na Pierścieniu. Oczywiście, powinien był się tego domyślić. Budowniczowie Pierścienia po prostu ich nie sprowadzili. Mimo to był zaskoczony. Zastanawiał się, czy mógł za pierwszym razem przywlec na Pierścień jakąś chorobę… i doszedł do wniosku, że nie. Autolekarz wyleczyłby go wcześniej.
Tubylcy przypominali cywilizowanych ludzi. Starzeli się, ale nie chorowali.
ROZDZIAŁ X
Gambit boga
Na wiele godzin przed zapadnięciem nocy Louis był już wyczerpany. Ginjerofer zaproponowała im, by skorzystali z chaty, ale obaj woleli spać w lądowniku. Louis padł miedzy płyty antygrawitacyjne, podczas gdy Chmee jeszcze włączał osłony i systemy alarmowe.