Budowniczowie Pierścienia [The Ringworld Engineers - pl]
- Автор: Нивен Ларриё
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-218-5
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Budowniczowie Pierścienia [The Ringworld Engineers - pl]». Краткое содержание книги:
Pierścień — najbardziej zadziwiający twór techniki w poznanym kosmosie, sztuczny świat trzy miliony razy większy od Ziemi, ma dać odpowiedź, jak zapobiec kataklizmowi grożącemu całemu wszechświatowi.
Czy wszystkie były mapami prawdziwych światów? Prill nie wiedziała. Mapy musiały zostać sporządzone na długo przed pojawieniem się jej gatunku.
Gdzieś tam zostawił Teelę i Poszukiwacza. Muszą nadal być na tym obszarze. Biorąc pod uwagę odległości na Pierścieniu i miejscową technikę, nie mogli zajść daleko w ciągu dwudziestu trzech lat. Znajdowali się trzydzieści pięć stopni w górę Łuku — Pięćdziesiąt osiem milionów mil stąd.
Louis naprawdę nie chciał znowu spotkać się z Teelą.
Minęły trzy godziny. Wyciągnął rękę i delikatnie potrząsnął Chmee. Wielkie ramię zamachnęło się błyskawicznym ruchem. Budzący cofnął się, ale nie dość szybko. Chmee zamrugał.
— Louis, nigdy nie budź mnie w ten sposób. Potrzebujesz autolekarza?
Na ramieniu uderzonego widniały dwa głębokie cięcia. Czuł, jak krew przesiąka mu koszulę.
— Za chwilę. Popatrz. — Wskazał na mapę Ziemi, małe wysepki oddalone od pozostałych archipelagów. Chmee przyjrzał się.
— Kzin — oznajmił.
— Co?
— Mapa Kzinu. Tam. Louis, sądzę, że myliliśmy się, zakładając, że to są miniaturowe mapy. Są pełnowymiarowe, w skali jeden do jednego.
W odległości pół miliona mil od mapy Ziemi znajdowało się inne skupisko wysp. Podobnie jak na mapie Ziemi, widziane od strony bieguna oceany były zniekształcone, ale kontynenty nie.
— To jest Kzin — potwierdził Louis. — Dlaczego tego nie zauważyłem? A ten dysk z przecinającym go kanałem to Jinx. Ta mniejsza czerwono-pomarańczowa plamka to musi być Mars. — Zamrugał oczami, oszołomiony. Koszulę miał mokrą od krwi. — Możemy się tym zająć później. Pomóż mi wejść do autolekarza.
ROZDZIAŁ IX
Pasterze
Spał w autolekarzu.
Cztery godziny później — z lekko zesztywniałym ramieniem, które przypominało, by nigdy nie dotykać śpiącego kzina — Louis zajął swoje miejsce.
Na zewnątrz nadal panowała noc. Chmee miał na ekranie Ocean Wielki.
— Jak się czujesz? — zapytał.
— Przywrócony do zdrowia, dzięki nowoczesnej medycynie.
— Rany nie wytrąciły cię z równowagi. A przecież to musiał być ból i szok.
— O, przypuszczam, że pięćdziesięcioletni Louis Wu wpadłby w histerię, ale ja cholernie dobrze wiedziałem, że mam pod ręką autolekarza. A o co chodzi?
— Z początku wydawało mi się, że musisz mieć odwagę kzina. Potem zacząłem zastanawiać się, czy uzależnienie od prądu nie uczyniło cię niezdolnym do reagowania na pomniejsze bodźce.
— Przyjmijmy, po prostu, że to odwaga, dobrze? Jak ci idzie?
— Nieźle. — Kzin wskazał palcem. — Ziemia. Kzin. Jinx; dwa szczyty wyrastają ponad atmosferę, jak wschodni i zachodni biegun Jinx. To jest mapa Marsa. A to Kdat, planeta niewolników…
— Już nie.
— Kdatlyno byli naszymi niewolnikami. Podobnie jak Pierinowie, a to jest ich świat, jak sądzę. A spójrz tu, powinieneś wiedzieć: czy to macierzysta planeta Trinoków?
— Tak, a obok, jak sądzę, jest ta, którą zasiedlili. Możemy zapytać Najlepiej Ukrytego, czy posiada mapy.
— To wydaje się pewne.
— Zgoda! Ale co to jest? To nie jest lista światów podobnych do Ziemi. I jest tu z pół tuzina innych, których w ogóle nie potrafię zidentyfikować.
Chmee prychnął.
— To oczywiste dla każdego, kto obdarzony jest choć odrobiną inteligencji. Patrzysz na listę potencjalnych wrogów, istot inteligentnych lub prawie inteligentnych, które mogą pewnego dnia zagrozić Pierścieniowi. Pierinowie, kzinowie, Marsjanie, ludzie, trinokowie.
— A jak się ma do tego Jinx? Chmee, nie mogli przecież zakładać, że bandersnatche przylecą kiedyś do nich na statkach wojennych. Są wielkie jak dinozaury i bezrękie. A Down ma także obdarzonych inteligencją mieszkańców. Więc gdzie jest?
— Tam.
— Tak. To robi wrażenie. Grogowie nie są tak oczywistym zagrożeniem. Całe życie spędzają siedząc na jednej skale.
— Budowniczowie Pierścienia odkryli wszystkie te gatunki i zostawili mapy jako wiadomość dla swoich potomków. Zgadza się? Ale nie odkryli świata laleczników.
— Czyżby?
— I wiemy, że wylądowali na Jinx, Znaleźliśmy szkielet bandersnatcha w czasie pierwszej wyprawy.
— Tak było. Może odwiedzili wszystkie te światy. Zmieniło się światło i Louis zobaczył, jak cień nocy przesuwa się w kierunku przeciwnym do ruchu obrotowego.
— Już prawie pora na lądowanie — powiedział.
— Gdzie proponujesz?
Pole słoneczników jaśniało przed nimi w świetle słonecznym.
— Skręćmy w lewo. Podążaj za terminatorem. Leć, dopóki nie zobaczysz odpowiedniego miejsca. Musimy wylądować przed świtem.
Chmee zakręcił szerokim lukiem. Louis wskazał palcem.
— Widzisz to miejsce, gdzie granica przybliża się do nas, gdzie słoneczniki ciągną się po obu stronach morza? Myślę, że mają kłopoty z pokonaniem przeszkody wodnej. Wylądujmy na przeciwległym brzegu.
Lądownik zanurkował w atmosferę. Wokół kadłuba i przed nim pojawiły się płomienie, przesłaniając widok białym dymem. Chmee utrzymywał pojazd na dużej wysokości, wolno wytracając prędkość i schodząc niżej, kiedy to było możliwe. Pod nimi przesuwało się morze. Jak wszystkie morza na Pierścieniu, uformowano je dla wygody z bardzo rozwiniętą linią brzegową, tworzącą zatoki i plaże, oraz łagodnym spadkiem do jednakowej głębokości. Były tam skupiska wodorostów, liczne wyspy i plaże z czystym, białym piaskiem. W kierunku przeciwnym do ruchu obrotowego ciągnęła się rozległa trawiasta równina.
Słoneczniki dwiema odnogami próbowały otoczyć morze. Przez pole płynęła zakolami rzeka, tworząc deltę przy ujściu. Z lewej strony srebrne kwiaty wrzynały się w bagniste brzegi rzeki. Louis niemal wyczuwał ich ruch, wolny jak marsz lodowców.
Słoneczniki zauważyły lądownik.
Z dołu eksplodowało światło, oślepiając Chmee i Louisa. Okno pociemniało w jednej chwili.
— Nie obawiaj się — powiedział Chmee. — Na tej wysokości nie możemy w nic uderzyć.
— Głupie rośliny wzięły nas prawdopodobnie za ptaka. Widzisz coś?
— Widzę tablicę przyrządów.
— Przelećmy jeszcze pięć mil. Zostawmy je za sobą.
Okno rozjaśniło się parę minut później. Horyzont za nimi płonął; słoneczniki nadal próbowały. Przed nimi… tak.
— Wioska!
Chmee obniżył lot, żeby przyjrzeć się z bliska. Wioska była zamkniętym podwójnym kręgiem chat.
— Wylądować pośrodku?
— Nie robiłbym tego. Wyląduj na skraju. Chciałbym wiedzieć, co uważają za swoje uprawy.
— Niczego nie spalę.
Milę nad wioską Chmee za pomocą silnika plazmowego wyhamował lądownik. Posadził go w wysokiej trawie porastającej równinę. W ostatniej chwili Louis zobaczył, że trawa się rusza… Spostrzegł, jak trzy stworzenia, podobne do zielonych, karłowatych słoni, wstają, unoszą krótkie, spłaszczone trąby, wydając ostrzegawczy bek, i rzucają się do ucieczki.
— Tubylcy muszą być pasterzami — stwierdził Louis. — Wywołaliśmy popłoch. — Do ucieczki dołączyło więcej zielonych zwierząt. — Cóż, dobry lot, kapitanie.
Instrumenty pokazały, że atmosfera przypomina ziemską. Nic dziwnego. Louis i Chmee nałożyli stroje ochronne z podobnego do skóry, ale nie tak nieprzyjemnie sztywnego materiału, który pod wpływem uderzenia włócznią, strzałą lub kulą stawał się twardy jak stal. Zabrali ultradźwiękowe pistolety obezwładniające, komunikatory i gogle. Zeszli pochylnią w sięgającą do pasa trawę.