Przejście
- Автор: Уиллис Конни
- Год: 2003
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-253-8
- Переводчик: Piotr Budkiewicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Przejście». Краткое содержание книги:
Znowu przycisnęła go do piersi i niepewnie zbliżyła się do kolumny pośrodku pokładu, trzymając się relingu najdłużej, jak mogła. Gdy go puściła, zsunęła się do bezpiecznego słupka z drewna. Lampy pokładowe zupełnie ściemniały, a potem ponownie zajaśniały ciemnoczerwonym kolorem.
— Kora wzrokowa przestaje funkcjonować — powiedziała Joanna i złapała się kolumny. Owinęła smycz wokół nadgarstka, jednocześnie usiłując nie puścić słupa. Wózek reanimacyjny zsunął się tuż obok, nabierając prędkości. Tygrys o czerwono-czarnym futrze, słabo widocznym w gasnącym świetle, dał susa koło Joanny.
Joanna owinęła się smyczą w talii i przywiązała węzłem do psa oraz kolumny.
— W ten sposób cię nie puszczę. Jak w Rozbiciu się okrętu Hesperus — wyjaśniła i pożałowała, że nie ma przy niej pana Briarleya. — „Odciął linę ze złamanego drzewca i przywiązał ją do masztu”* [Henry Wadsworth Longfellow, op. cit.] — wyrecytowała, lecz następną linijkę przypomniała sobie dopiero po chwili. — „A gdy nieżywi byli, rudziki czerwienią zalśniły, poziomek liście zebrały, nad nimi je uroniły”*. [Ibid.]
Statek tracił równowagę, podobnie jak Ricky Inman, zbytnio wychylający się na krześle. Buldog, ściśnięty między jej klatką piersiową i kolumną, popatrzył w górę oszalałym z przerażenia wzrokiem.
— Nie bój się — szepnęła. — To już nie potrwa długo.
Zaczął prószyć śnieg. Duże szarobiałe płatki opadały na pokład jak kwiaty jabłoni, jak popiół. Joanna podniosła wzrok, częściowo spodziewając się ujrzeć wznoszącego się wysoko Wezuwiusza. Ubrany na biało marynarz przebiegł obok niej, ciągnąc za sobą kliny do blokowania kół samolotów.
— Zera na dziewiątej! — wrzeszczał. Orkiestra zamilkła, lecz po chwili ponownie zagrała.
— Już czas — szepnęła Joanna. — Bliżej Ciebie, Panie. — Jednak to nie była ta melodia. — No, nie jest najgorzej. — Usiłowała się uśmiechnąć do psa. — Rozwikłaliśmy tajemnicę ostatniego utworu orkiestry, czy grała Bliżej Ciebie, Panie, czy też Jesień. — Ale to także nie była Jesień. Muzycy wcale nie zagrali hymnu religijnego, tylko Gwiazdy i pasy na zawsze.
— Och, Maisie — mruknęła.
Obok przegalopował wymachujący nożem Apacz. Z żurawików, z relingu i ze schowka zaczęła wypływać woda.
— To najgorsza z możliwych katastrof na świecie — zatkał do mikrofonu reporter, stojący na dachu kwater oficerskich. — To tragiczny wypadek, panie i panowie, wszędzie dym i płomienie! O ludzkości! — Uruchomił się alarm reanimacyjny.
Joanna spojrzała w górę, gdzie wznosiła się rufa statku, zawieszona w ciemnościach. Przycisnęła psa, usiłując osłaniać jego łeb. Światła zgasły, zamrugały ciemną czerwienią, znowu zgasły i znowu się zapaliły. Jak alfabet Morse’a. Jak Lavoisier.
Rozległ się potworny hałas i wszystko zaczęło spadać, leżaki, fortepian, wielkie kominy, skrzypce, indiańskie maczugi, karty do gry, pocztówki, granaty, naczynia, wieczór smakołyków, relacje, treliaże i telegramy. Książki wylatywały z półek, Lustra i labirynty, ABC Titanica, Światło na końcu tunelu. Żurawiki wypadły z mocowań, podobnie jak mechaniczny wielbłąd i urządzenie do ćwiczeń, które teraz bardziej niż kiedykolwiek przypominało gilotynę. Wsporniki upadły, a wraz z nimi telegraf z maszynowni, ustawiony na „stop”, skany, maski na oczy, skróty, arterie, starzy żeglarze, dyktafony, metafory, metalowe identyfikatory, wentylatory, noże, neurony, noc.
Wszystko to z donośnym, ogłuszającym rykiem spadło na Joannę i małego buldoga, a w ostatniej chwili, zanim zniknęli, uświadomiła sobie, że myliła się co do hałasu, który słyszała w przejściu. To nie silniki się zatrzymywały, to nie brzęczał alarm reanimacyjny ani też góra lodowa nie rozrywała burty statku. To jej całe życie waliło się na nią, przytłaczało ją i miażdżyło.
Rozdział 52
„Trzymajcie się”.