Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Merkury [Mercury - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Merkury [Mercury - pl]

Электронная книга - «Merkury [Mercury - pl]». Краткое содержание книги:

Kosmiczna winda wywożąca na orbitę towary i ludzi to projekt inżynieryjny istniejący od XX wieku, teraz wreszcie staje się rzeczywistością. Dla inżyniera Bracknella jest ona dziełem życia, ale dla wielkich korporacji, które na tanim transporcie na orbitę stracą majątki, oraz dla Nowej Moralności, dla której budowa wieży w niebo jest obrazą Boga, stanowią cierń w boku. Zostaje zawiązany spisek i wieża runie w dół, grzebiąc w globalnej katastrofie miliony ludzi. Winnym zostanie uznany Bracknell, karą jest wygnanie Ziemi.
Inżynier traci dorobek całego życia, ale przypadkiem dowiaduje się o sabotażu i spisku i od tej pory całe swoje życie podporządkowuje jednemu — zemście na osobach winnych zniszczenia wieży i jego osobistej tragedii.
1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 76
Перейти на страницу:

Siedząc na laboratoryjnym taborecie, z głową i rękami w hełmie i rękawicach VR, McFergusen podniósł kawałek skały przypominającymi szczypce kraba manipulatorami i ustawił go obok czujników. Całkowicie zwyczajny kawałek materiału wulkanicznego, pomyślał. Silnymi manipulatorami robota zgruchotał skałę, po czym znów podstawił ją pod czujniki i przez kilka minut skanował ujawnione wnętrze.

Nic. Żadnych związków PAH, żadnych siarczków, żadnych kulek żelaza. Jeśli przejrzę ją pod mikroskopem tunelowym statku, nie znajdę też żadnych struktur rzędu nanometra. Z obrzydzeniem odrzucił zgruchotany fragment z powrotem na ziemię.

Przez dłuższą chwilę po prostu siedział: jego ciało znajdowało się na pokładzie Brudnoy, a oczy i ręce — przebywały na powierzchni Merkurego.

Jakim cudem w tym miejscu znalazły się tak bogate próbki, a gdzie indziej — nic? Oczywiście, przypomniał sobie, mamy do czynienia z całą planetą. Przez te kilka tygodni zbadaliśmy może kilkadziesiąt miejsc. Może szukamy w tych niewłaściwych.

Tylko że, rozmyślał, szukamy w miejscach podobnych do tych, w których Molina znalazł swoje próbki. Dotąd powinniśmy byli coś znaleźć.

Chyba że…

McFergusen nie dopuszczał do siebie możliwości, która co rusz pojawiała się w jego głowie. Powinniśmy rozwinąć sieć, przeszukiwać różne miejsca…

Wiedział, że to nie będzie łatwe. Yamagata dyszy nam w kark. Boże, on codziennie wysyła wiadomości do siedziby MUA, dopytując się, kiedy mu pozwolą zacząć znowu kopanie regolitu.

Nic nie jest łatwe, powiedział sobie McFergusen. Nigdy nie jest. I znów przyszło mu do głowy podejrzenie. Jakim cudem Molina mógł mieć tyle szczęścia?

Wiedział, że szczęście odgrywa w nauce dużą rolę. Zawsze lepiej mieć szczęście niż po prostu być inteligentnym. Ale aż takie szczęście? Czy to możliwe?

Victor Molina siedział w swoim laboratorium, przeglądając obraz z mikroskopu tunelowego — ostatnie próbki skał sprowadzone z powierzchni. Nic. Próbki były równie martwe jak próbki z powierzchni Księżyca. Nic. Żadnych hydratów, żadnych cząstek organicznych, żadnych molekuł o długich łańcuchach. Wszystko wyżarzone na proch i martwe.

Rozsiadł się wygodnie i potarł oczy ze znużeniem. Jak to możliwe? Nawet próbki pyłu zdrapanego z gruntu nie wykazywały śladu bioznaczników.

Usiadł prosto i przypomniał sobie, że próbki pyłu z powierzchni Marsa badane przez starą sondę Viking także nie wykazywały śladów działalności biologicznej. W gruncie nie było ani śladu molekuł organicznych. A na Marsie przecież jest życie — kiedyś nawet było życie inteligentne, dopóki nie zniszczyło go katastrofalne uderzenie meteorytu.

Odwrócił się i przyjrzał się skałom, które osobiście zbadał, gdy po raz pierwszy przybył na Merkurego. Były starannie zapakowane w przezroczyste plastikowe pojemniki. McFergusen chce, żeby pozwolił mu je wysłać na Ziemię w celu dalszego zbadania. Nigdy! Nie zamierzam spuszczać z nich oka. Wrócą na Ziemie dopiero razem ze mną, a inni będą je badać wyłącznie w mojej obecności.

Molina czuł gorący sentyment do tych skał. Były kluczem do szacunku i podziwu, jakie czekały na niego w przyszłości, jego biletem do Sztokholmu i Nagrody Nobla.

Dopiero po chwili uświadomił sobie, że ktoś puka do drzwi laboratorium, czy raczej wali w nie tak mocno, że aż się trzęsą.

— Wejść — warknął zirytowany.

Biskup Danvers odsunął drzwi i wkroczył do laboratorium z ponurą miną na pulchnej twarzy. Drzwi zamknęły się automatycznie.

— Cześć, Elliott — rzekł obojętnym tonem Molina. — Jestem teraz raczej zajęty. — Było to kłamstwo, ale nie miał ochoty na wysłuchiwanie banałów starego przyjaciela.

— To jest oficjalna wizyta — oświadczył Danvers, stając zaledwie dwa kroki od drzwi.

— Oficjalna? — warknął Molina. — O czym ty mówisz?

Nie ruszając się z miejsca Danvers oznajmił:

— Przyszedłem tu jako biskup Kościoła Nowej Moralności.

Molina uśmiechnął się mimowolnie.

— Co masz zamiar zrobić, Elliott? Ochrzcić mnie? Czy pobłogosławić moje kawałki skał?

— Nie — odparł Danvers, a jego policzki lekko poczerwieniały. — Mam zamiar cię przesłuchać.

Brwi Moliny powędrowały w górę.

— Przesłuchać? Jak inkwizycja?

Twarz Danversa pociemniała, a dłonie zwinęły się w pięści. Szybko jednak odzyskał panowanie nad sobą i przywołał na twarz słaby uśmieszek.

— Victorze, Nowa Moralność umieściła na moich barkach ciężkie brzemię. Przydzielono mi zadanie zakwestionowania twojego odkrycia — życia na Merkurym.

Molina uśmiechnął się i wyraźnie odprężył.

— Ach, o to chodzi.

— To poważna sprawa!

Molina skinął głową.

— Rozumiem cię.

Wskazał gestem drugie krzesło w pomieszczeniu.

— Usiądź i rozgość się.

Plastikowe krzesło z metalowych rurek zaskrzypiało, gdy Danvers opadł na nie całym ciężarem. Biskup wyglądał na spiętego i zaniepokojonego.

— Elliot, jak długo się znamy? — spytał Molina.

Danvers zastanowił się przez chwilę.

— Poznaliśmy się w Ekwadorze, ponad dwanaście lat temu.

— Bliżej czternastu.

— Pewnie tak. Ale nie widziałem cię od procesu w Quito, a to było jakieś dziesięć lat temu.

Molina znów pokiwał głową.

— W Ekwadorze byliśmy przyjaciółmi. Nie ma powodu, dla którego mielibyśmy przestać nimi być teraz.

Danvers wskazał gestem sprzęt laboratoryjny pod ścianami.

— Żyjemy w dwóch różnych światach, Victorze.

— Może w różnych, ale nie tak całkiem oddzielonych od siebie. Nie ma powodu, żebyśmy byli wrogami.

— Mam swoje obowiązki — rzekł nieco sztywno Danvers. — Otrzymuję rozkazy prosto z Atlanty, od samego arcybiskupa.

Molina westchnął lekko i rzekł:

— Dobrze. Powiedz w takim razie, czego od ciebie chcą?

— Jak ci już mówiłem, mam obalić twoją teorię, że na Merkurym istnieje życie.

— Nigdy tak nie twierdziłem.

— Albo kiedyś istniało, wieki temu — dodał Danvers.

— Tego raczej nie da się obalić, Elliocie.

— Z powodu związków chemicznych, które znalazłeś w skałach? — Danvers wskazał na plastikowy pojemnik.

— Zgadza się. Te dowody są niepodważalne.

— Ale, o ile mi wiadomo, McFergusen i jego ludzie nie znaleźli żadnych dowodów potwierdzających.

— Dowody potwierdzające! — prychnął Molina. — Mówisz jak naukowiec, Elliocie.

Danvers lekko się skrzywił.

— Twoi kumple-naukowcy bardzo się niepokoją, jeśli nie uda im się znaleźć tego samego, co odkryli inni.

Molina wzruszył ramionami.

— Merkury może i jest małą planetą, ale to jest i tak planeta. Cały glob. Jej powierzchnia może być równa powierzchni Eurazji. Jak sądzisz, jak starannie garstka naukowców może zbadać całą Eurazję, od wybrzeża Portugalii po Chiny? I to w parę tygodni?

— Przecież ty znalazłeś te skały pierwszego dnia pobytu na Merkurym.

— Tak. Miałem szczęście — nagle Molinie przyszła do głowy nowa myśl. — Może, rozumując twoimi kategoriami, to Bóg doprowadził mnie do tych skał.

Danvers zakołysał się na krześle.

1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 76
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)