Alfa Eridana [Альфа Эридана - pl]
- Автор: Журавлева Валентина Николаевна, Колпаков Александр Лаврентьевич
- Год: 1962
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Janina Dziarnowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Alfa Eridana [Альфа Эридана - pl]». Краткое содержание книги:
Dla znajdujących się w rakiecie czas zwalniał biegu: czternaście lat przekształcało się w czterdzieści miesięcy. Nie jest to tak długi okres czasu, żeby stanowił zagadnienie. Niebezpieczeństwo jednak polegało na tym, że prawie cały czas — trzydzieści osiem miesięcy na czterdzieści silnik rakiety musiał pracować w warunkach najbardziej forsownego nasilenia.
Dziś uważalibyśmy za niczym nie usprawiedliwione ryzykanctwo — lot w Kosmos bez rezerw paliwa. Ale wtedy nie było innego wyjścia. Statek nie mógł wziąć więcej, niż inżynierom udało się pomieścić w zbiornikach… Dlatego najmniejsze przedłużenie podróży oznaczało zagładę ekspedycji.
Czytam protokół posiedzenia komisji, dobierającej załogę. Wysuwane są kandydatury kapitanów i komisja mówi „nie”. Nie, bo to wyjątkowo trudna wyprawa, bo kapitan musi być świetnym inżynierem, bo jego opanowanie musi iść w parze z niemal szaleńczą odwagą. I nagle wszyscy mówią „tak”.
Przewracam kartkę. Tu się zaczyna teczka personalna Aleksego Zarubina.
Jeszcze trzy strony i rozumiem już, czemu Aleksy Zarubin został jednogłośnie wybrany na kapitana statku kosmicznego „Biegun”. Ten człowiek w niezwykły sposób jednoczył w sobie „lód i ogień” — spokojny rozsądek badacza i płomienny temperament bojownika. Dlatego z pewnością wysyłano go w najniebezpieczniejsze podróże. Potrafił znaleźć wyjście w sytuacjach, które zdawały się całkiem beznadziejne.
Komisja wyznaczyła kapitana. Zgodnie z tradycją kapitan sam kompletował załogę. Zarubin w gruncie rzeczy nikogo nie wybierał. Po prostu zwrócił się do pięciorga astronautów, którzy już z nim latali. Na pytanie, czy zdecydują się wyruszyć na trudną i ryzykowną wyprawę — wszyscy odpowiedzieli: „Z tobą — tak”.
W materiałach są fotografie członków załogi „Bieguna”. Jednobarwne, nieperspektywiczne zdjęcia. Kapitan miał wówczas dwadzieścia sześć lat. Z fotografii wygląda na starszego: okrągła, nieco pulchna twarz z ostro zarysowanymi kośćmi policzkowymi, zaciśnięte wargi, duży, orli nos, kędzierzawe, na pewno bardzo miękkie włosy i dziwne oczy. Są spokojne, nawet flegmatyczne, lecz gdzieś w kącikach kryje się iskierka swawolnego, beztroskiego uśmiechu…
Pozostali astronauci są jeszcze młodsi. Inżynierowie — mąż i żona, w teczce znajduje się ich wspólna fotografia, zawsze latali razem. Nawigator wygląda na pogrążonego w zadumie muzyka. Młoda dziewczyna — lekarka ma bardzo surowy wyraz twarzy. Astrofizyk z upartym spojrzeniem, twarz zorana bliznami po oparzeniach, razem z kapitanem przeżyli przymusowe lądowanie na Dionie, satelicie Saturna.
Dwunasty paragraf w ankietach. Przerzucam kartki i stwierdzam: tak, zdjęcia mówiły prawdę. Nawigator jest muzykiem i kompozytorem. Surowa dziewczyna pasjonuje się poważną dziedziną nauki — mikrobiologią. Astrofizyk zawzięcie uczy się języków obcych — opanował już doskonale pięć, teraz kolej na łacinę i grekę. Inżynierowie, mąż i żona, są zapalonymi szachistami, przy tym grają w nowe szachy, z dwiema białymi i dwiema czarnymi damami i szachownicą o osiemdziesięciu jeden polach… Wypełniony jest również paragraf dwunasty w ankiecie kapitana. Dowódca ma dziwne zamiłowanie — niezwykłe, wyjątkowe. Po raz pierwszy spotkałam się z czymś w tym rodzaju. Kapitan od lat dziecięcych interesuje się malarstwem — to zrozumiałe, matka jego była artystką—malarką. Ale kapitan sam prawie nie maluje — pasjonuje go zupełnie co innego. Marzy o odkryciu dawno zapomnianych tajemnic mistrzów średniowiecznych — składniki farb olejnych, ich połączenia, sposób nakładania. Przeprowadza badania chemiczne jak zwykle z wytrwałością uczonego i temperamentem artysty.
Sześć osób — sześć różnych charakterów, różnych losów.
Ale wszyscy wzorują się na kapitanie. Kochają go, naśladują, ufają mu. Dlatego wszyscy potrafią zachować niezachwiany spokój i szaleńczo ryzykować.
Start. „Biegun” wyrusza ku gwieździe Barnarda. Pracuje reaktor atomowy, z dysz ulatują niewidzialne potoki jonów. Rakieta leci z przyśpieszeniem, stale odczuwa się przeciążenie. Z początku trudno jest chodzić, trudno pracować. Lekarz pilnie przestrzega ustalonego trybu życia. Astronauci przystosowują się do warunków. Montują oranżerię, zakładają radioteleskop. Zaczyna się normalne życie. Kontrola pracy reaktora, przyrządów, aparatury zajmuje bardzo mało czasu. Cztery godziny dziennie — obowiązkowe zajęcia zawodowe. Pozostały czas każdy wykorzystuje, jak chce. Poważne dziewczę jednym tchem pochłania monografie z dziedziny mikrobiologii. Nawigator skomponował piosenkę, nuci ją cała załoga. Szachiści godzinami przesiadują nad szachownicą. Astrofizyk czyta Plutarcha w oryginale…
W dzienniku pokładowym krótkie notatki: „Podróż trwa. Reaktor i wszystkie urządzenia działają bez zarzutu. Samopoczucie doskonałe”. I nagle prawie okrzyk: „Przerwała się łączność telewizyjna. Rakieta przekroczyła granice zasięgu. Wczoraj oglądaliśmy ostatnią audycję z Ziemi. Jak ciężko rozstawać się z ojczyzną!” Znowu mijają dni. Notatka w dzienniku: „Udoskonaliliśmy antenę odbiorczą radiostacji. Mamy nadzieję, że jeszcze siedem do ośmiu dni uda nam się chwytać audycje radiowe z Ziemi…” Cieszyli się jak dzieci, gdy radiostacja działała jeszcze dwanaście dni.
Nabierając szybkości mknęła rakieta ku gwieździe Barnarda. Mijały miesiące. Reaktor atomowy pracował z absolutną dokładnością. Paliwo było zużywane ściśle według obliczeń — ani o jeden miligram więcej.
Katastrofa nastąpiła niespodziewanie.
Pewnego razu — było to w ósmym miesiącu podróży — nastąpiło jakieś zakłócenie rytmu pracy reaktora. Jakaś reakcja uboczna wywołała gwałtowny skok w zużyciu paliwa. W dzienniku pokładowym zjawiła się krótka notatka: „Nie wiemy, co wywołuje reakcję uboczną”. Tak, w owych czasach jeszcze nie wiedziano, że znikome domieszki w paliwie jądrowym mogą czasem zmienić przebieg reakcji…
Za oknem szumi morze. Wiatr się wzmógł, fale już nie szeleszczą, parskają gniewnie, atakując brzeg. Skądś z dalęka dolatuje śmiech kobiecy. Nie mogę, nie powinnam się odrywać. Widzę niemal tych ludzi w rakiecie. Znam ich — i tak mi strasznie trudno opisać, jak to było. Może się mylę w szczegółach — cóż to ma za znaczenie? Zresztą nie, nie mylę się nawet w szczegółach. Jestem pewna, że to było właśnie tak.
W retorcie gotował się, pienił brunatny płyn. Bura para wznosiła się wężownicą do kondensatora. Kapitan ze skupieniem oglądał probówkę napełnioną ciemnoczerwonym proszkiem. Drzwi się otwarły. Płomień maszynki zadrżał, zachybotał. Kapitan odwrócił się. W drzwiach stał inżynier.
Inżynier umiał nad sobą panować, ale głos jego zdradzał niepokój. Był zmieniony, zbyt dźwięczny, nienaturalnie stanowczy. Inżynier starał się mówić spokojnie — i nie mógł.
— Siadaj, Mikołaju — kapitan przysunął mu fotel. — Przeprowadziłem te obliczenia jeszcze wczoraj i otrzymałem takie same wyniki. Siadaj więc…
— Co teraz?
— Teraz? — kapitan spojrzał na zegarek. — Mamy jeszcze pięćdziesiąt pięć minut do kolacji. Zdążymy porozmawiać. Zawiadom, proszę cię, wszystkich.
— Dobrze — odparł machinalnie inżynier. — Powiem im. Tak, powiem.
Nie rozumiał, dlaczego kapitan zwleka. Z każdą chwilą zwiększała się szybkość „Bieguna”, trzeba było natychmiast powziąć decyzję.
— Spójrz — powiedział kapitan, podając mu probówkę — to cię z pewnością zainteresuje. W probówce mam cynober rtęciowy. Diabelnie fascynująca farba. Ale zwykle ciemnieje pod wpływem światła.
Długo tłumaczył inżynierowi, w jaki sposób udało mu się uzyskać odporny na światło cynober rtęciowy. Inżynier niecierpliwie potrząsał probówką. Nad biurkiem wisiał wbudowany w ścianę zegar i inżynier nie mógł oderwać odeń oczu: pół minuty — szybkość zwiększyła się o dwa kilometry na sekundę, jeszcze minuta — jeszcze cztery kilometry na sekundę…