Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Другие детективы » Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret
Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret

Электронная книга - «Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret». Краткое содержание книги:

14-letni Eryk podkochuje się w nauczycielce, rysuje komiksy o czarnych charakterach i ostatnich sprawiedliwych, no i marzy o zaznajomieniu się ze świerszczykami ojca, 6-palczastego Edmunda. Właśnie kończy się rok szkolny, nadarza się niespodziewana okazja. Eryk ma spędzić wakacje nad jeziorem Genezaret w towarzystwie Henry'ego, swojego starszego brata, oraz Edmunda. Będą zajadać się parówkami, watą cukrową i goframi, nudzić, wiosłować, wyruszać na tajemnicze nocne wyprawy, wchodzić za friko na festyny, podglądać życie dorosłych oraz marzyć o pewnej nastolatce, która pracuje w sklepie, i rzecz jasna o nauczycielce, która na nieszczęście okazuje się dziewczyną reprezentacyjnego szczypiornisty, Bennego Armaty, słynącego z atomowego uderzenia…
1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 42
Перейти на страницу:

– Mmm – powiedziałem. – To jest dno. Masz zamiar go odszukać, gdy będziesz starszy? Twojego prawdziwego ojca. Wyśledzić go i postawić pod ścianą czy coś takiego?

– Yes sir – zgodził się Edmund. – Możesz być pewien, że tak. Mam tylko nadzieję, że będzie jeszcze wtedy żył. Zaplanowałem to w szczegółach. Najpierw go odnajdę, nie powiem mu, kim jestem, będę dla niego miły, cholernie miły, zaproszę go na kawę i ciasto… i alkohol… a potem, gdy będzie się tego najmniej spodziewał, powiem mu, kim jestem i przywalę mu tak, że poleci na podłogę. A potem…

W tym momencie Edmund uderzył się w palec i zaczął kląć i wrzeszczeć coś bardzo niestosownego. Nie dowiedziałem się, w jaki sposób chce się zemścić się na swoim ojcu. Zastanawiałem się, czy ja zrobiłbym to samo, gdybym był na jego miejscu… czybym myślał i czuł w taki sam sposób, ale nie doszedłem do żadnych konkretnych wniosków.

Stwierdziłem tylko, że jest to rzecz, o której w ogóle nie mam ochoty myśleć. Jeszcze jedna. RAK – TREBLINKA – MIŁOŚĆ – PIEPRZENIE SIĘ – ŚMIERĆ.

I ojciec Edmunda.

Wsadziłem go między „pieprzenie się” a „śmierć”.

Tymczasowo.

***

Chociaż było gorąco, całkiem przyjemnie się piłowało, wbijało gwoździe i budowało. Zwłaszcza wbijało gwoździe. Gdy waliło się w gwóźdź, nie musiało się myśleć o tym, o czym nie chciało się myśleć. Wystarczyło się skoncentrować na tym, co się robiło. Buch! Wystarczyło tylko walić. Wprowadzać gwóźdź w drewno. Buch! Prosto w tego czorta. Buch! Buch! Buch! I jeszcze to dodatkowe buchnięcie, gdy był już w środku. Gdy już nie mógł wejść głębiej.

Buch! Aby pokazać, że teraz tam tkwisz, pieprzony gwoździu i o to przez cały czas chodziło. Nawet jeśli przez cały czas próbowałeś być twardy i przekręcałeś się to na prawo, to na lewo. Ty nadęty gwoździu! Buch! Teraz to ja decyduję. Cholera jasna! Pomyślałem o Drewnianym Gustavie ze szkoły i że jest pieprzona różnica między pracami ręcznymi a pracami ręcznymi.

Słońce wciąż było wysoko, gdy skończyliśmy. Henry przyszedł i przeprowadził inspekcję ośmiometrowej konstrukcji, sprawdził, czy beczki były dostatecznie mocno przymocowane, i oświadczył, że pójdzie usmażyć naleśniki, a nam polecił ustawić pomost.

– Okej?

–  Sure – powiedział Edmund i zaczęliśmy taszczyć nasze dzieło w stronę jeziora. Zgodnie z rysunkiem Henry’ego za pomocą czterech lin zacumowaliśmy pomost o dwie mocne brzozy i zakotwiczyliśmy poluzowanymi cumami w głębi lądu i przy brzegu. Nie zaszkodzi trochę przestrzeni, wyjaśnił Henry, ale nie za dużo. Potem staliśmy i gapiliśmy się przez chwilę na to cudo, a następnie powoli i dostojnie przespacerowaliśmy się po deskach. Było nieco chybotliwie, a tu i ówdzie wchodziło się do wody, przynajmniej jeśli szło się we dwójkę, ale najwyraźniej się udało. Niech to diabli, zbudowaliśmy pomost.

Pomost pontonowy i dwie dychy. Spojrzeliśmy po sobie.

– Bombowe lato – powiedział Edmund drżącym głosem. – Hej ho, jak mawiają w Angermanlandzie.

Przy końcu pomostu woda miała prawie dwa metry głębokości i zanim Henry zawołał nas na naleśniki, zdążyliśmy zanurkować trzydzieści osiem razy. Jedliśmy, jakbyśmy nigdy wcześniej nie widzieli jedzenia, a potem zanurkowaliśmy jeszcze trzydzieści osiem razy. Wyglądało na to, że tego dnia słońce nigdy nie zajdzie, więc gdy Henry wykonał swoje pierwsze nurkowanie i wypłacił obiecane dwie dychy, położyliśmy się na pomoście, czytaliśmy i graliśmy w karty. To ostatnie było trochę ryzykowne, trzeba było trzymać tyłek we właściwym wózku – jak określił to w norlandzki sposób Edmund – inaczej można było pomoczyć karty.

Ale co tam. Najważniejsze, że mogliśmy leżeć na deskach, które sami zwędziliśmy Lundinom i sami pozbijaliśmy do kupy. I że mogliśmy przemieszczać się po beczkach, które sami przetransportowaliśmy aż od Laxmanow i przymocowaliśmy według wszystkich reguł sztuki. Właśnie to się liczyło w ten upalny dzień, który nie chciał się skończyć. Że mogliśmy leżeć na swoim własnym pomoście.

– Król pik – powiedział Edmund. – Jedzie skuter.

Nasłuchiwałem. Tak, charakterystyczny ostry dźwięk skutera było słychać od strony lasu. O ile się nie myliłem, mniej więcej na wysokości posesji Levisów.

– Tak – odrzekłem. – Pas. Chyba puch.

Podczas gdy rozgrywaliśmy kolejne partyjki, skuter był coraz bliżej. Gdy usłyszeliśmy, jak zatrzymał się na parkingu, straciliśmy resztki koncentracji. Jeżeli cokolwiek było do stracenia.

– Eee – mruknął Edmund. – Męczy mnie ta gra. Olejmy to.

– Jestem za – powiedziałem i pozbierałem karty. Usiadłem na pomoście z nogami w wodzie i spojrzałem na skraj lasu. Henry wyszedł przed dom, zauważyłem, że miał na sobie dżinsy i białą nylonową koszulę.

– Nie wiem, czy miałem jakieś przeczucie – Edmund oświadczył potem, że on w każdym razie miał – ale ponad minutę po tym, jak skuter zatrzymał się przy drodze, przed Genezaret pojawiła się Ewa Kaludis. Miała na sobie białą spódnicę i czerwoną koszulę; gdy zobaczyła Henry’ego, zaśmiała się, a ze swojej zawieszonej na ramieniu torebki wyjęła butelkę wina – następnie wtuliła się w jego białą koszulę.

W tej samej chwili Edmund zaczął mieć czkawkę, która utrzymywała się potem przez kilka godzin.

– Niech to diabli, hiik – powiedział, czkając. – Twój brat i Ewa Kaludis. To ich wtedy, hiik, słyszałem… niech to diabli.

Wstałem. Zachwiałem się i omal nie wpadłem do wody, ale udało mi się utrzymać równowagę. Zszedłem na ląd. Henry i Ewa Kaludis powoli odwrócili się w moją stronę. Edmund znowu czknął. Nagle poczułem, że nie jestem w stanie się poruszyć. Że nagle straciłem czucie w nogach i że będę stał na tym skrawku trawy przez resztę mojego życia. W ociekających, wyblakłych kąpielówkach, no, pewnie powoli by wyschły… przełknąłem ślinę, zamknąłem oczy i policzyłem do dziesięciu, a wtedy Henry powiedział:

– No i co, Erik, bracie. Będzie się działo, jak mówiłem. Trochę się dzieje.

– Dzień dobry, Erik – odezwała się Ewa Kaludis. – Witaj, Edmund.

– Dzień dobry, hiik – odpowiedział zza moich pleców Edmund. Brzmiał jak żaba z brzegu jeziora. Otworzyłem oczy i odzyskałem władzę w nogach i języku.

– Witam, panienko Kaludis – powiedziałem. – Właśnie szedłem do kibelka. Do zobaczenia.

***

Siedziałem tam przez chwilę. Pięćdziesiąt razy przeczytałem tę samą stronę. „Z pastwiska naszego pana” w starym numerze pisma „Bästa”. Nie wiem, gdzie się więcej działo – w pełnej do trzech czwartych beczce wychodka pode mną czy między przepalonymi zwojami w moim łbie – ale siedziałem tam i siedziałem, aż minęło sporo czasu. W końcu gdy Edmund zapukał do drzwi, pytając, czy przypadkiem nie zapadłem na trombozę – rzadką chorobę ze środkowego Medelpadu [5] – podciągnąłem kąpielówki i poddałem się. Otworzyłem drzwi i wróciłem do świata.

– Hiik – powiedział Edmund i próbował uśmiechać się jak Paul Drake. – Co o tym myślisz? Berra Albertson i powiązanie między jednym a drugim.

– Nie wiem – odrzekłem.

– Ale masz brata, niech to szlag – powiedział Edmund, ale wyraźnie się słyszało, że był bardziej zaniepokojony, niż chciał to pokazać.

– Ma źle w głowie – stwierdziłem.

– Hiik – odezwał się Edmund.

RAK – TREBLINKA… – zacząłem się zastanawiać, ale zapomniałem, gdzie umieściłem ojca Edmunda.

вернуться

[5] Medelpad – kraina w Norlandii.

1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 42
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)