Syreny z Tytana [The Sirens of Titan - pl]
- Автор: Воннегут Курт
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Batax
- ISBN: 9788386133147
- Переводчик: Jolanta Kozak
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Syreny z Tytana [The Sirens of Titan - pl]». Краткое содержание книги:
Ponadto opracowała plan, dzięki któremu miała szansę spędzić resztę życia we względnym komforcie, a przy okazji dać stosowną nauczkę mężowi. Podczas następnej materializacji Rumfoord miał zastać w domu rój gapiów. Beatrycze zamierzała pobierać opłatę w wysokości pięciu dolarów od osoby za możliwość przekroczenia lilipuciej bramki.
Nie były to czcze mrzonki. Beatrycze przedyskutowała swój plan z parą rzekomych przedstawicieli firmy, która władała teraz hipoteką posesji, a oni odnieśli się do projektu z wielkim entuzjazmem.
Towarzyszyli jej teraz w oglądaniu programu telewizyjnego o przygotowaniach „Rumfoorda” do podróży w kosmos, Telewizor stał w tym samym pokoju, w którym wisiał portret Beatrycze jako niepokalanej dziewczynki w bieli z całkiem własnym białym kucykiem. Beatrycze uśmiechnęła się do portretu. Dziewczynka będzie się jednak musiała odrobinę pobrudzić.
Spiker rozpoczął właśnie odliczanie ostatniej minuty przed wystrzeleniem „Rumfoorda”.
Podczas całego wyliczania Beatrycze była wesoła jak szczygiełek. Nie potrafiła usiedzieć na miejscu ani zachować ciszy. Jej ożywienie było wynikiem radości, nie zaś napięcia. Było jej absolutnie obojętne, czy „Rumfoord” skopci się na miejscu, czy poleci do nieba.
Goście Beatrycze zdawali się, dla odmiany, traktować fakt wystrzelenia statku bardzo serio — modlili się niemal o pomyślny start. Byli to mężczyzna i kobieta: niejaki pan George M. Helmholtz i jego sekretarka, niejaka panna Roberta Wiley. Panna Wiley wyglądała na poczciwą staruszkę, nie pozbawioną wszakże bystrości i dowcipu.
„Rumfoord” z głośnym rykiem poszybował w górę.
Start był bezbłędny.
Helmholtz rozparł się wygodnie w fotelu i wydał z siebie serię pełnych ulgi westchnień. Następnie uśmiechnął się i kilkakrotnie klepnął po grubych udach.
— Jak słowo daję — powiedział. — Jestem dumny, że należę do narodu amerykańskiego i że żyję w dzisiejszych czasach.
— Napiją się państwo? — zapytała Beatrycze.
— Dziękuję serdecznie — odparł Helmholtz — ale nie śmiałbym mieszać obowiązków z przyjemnością.
— Czyżbyśmy nie skończyli jeszcze z obowiązkami? — zdumiała się Beatrycze. — Omówiliśmy chyba wszystko.
— Cóż… panna Wiley i ja mieliśmy nadzieję przeprowadzić inwentaryzację większych zabudowań posesji — rzekł Helmholtz. — Obawiam się jednak, że jest już całkiem ciemno. Nie ma tu przypadkiem jakiegoś reflektora?
Beatrycze pokręciła głową.
— Niestety, nie — odparła.
— Może ma pani chociaż mocną latarkę? — nie ustępował Helmholtz.
— Latarkę mogłabym chyba dla pana zdobyć — powiedziała Beatrycze. — Ale wydaje mi się, że wychodzenie na dwór wcale nie jest konieczne. Sama mogę państwu wyliczyć zabudowania. — Zadzwoniła po lokaja i poleciła mu przynieść latarkę. — Boksy tenisowe, szklarnia, domek ogrodnika, dawna stróżówka, wozownia, domek gościnny, szopa na narzędzia, łaźnia, psia buda i stara pompa.
— A to nowe? — zapytał Helmholtz.
— Nowe? — zdziwiła się Beatrycze.
Lokaj powrócił z latarką, którą Beatrycze wręczyła Helmholtzowi.
— To metalowe — uzupełniła panna Wiley.
— Metalowe? — Beatrycze nie posiadała się ze zdumienia. — Nie ma tu żadnych metalowych zabudowań. Stare gonty nabierają czasem srebrzystego połysku, może to o to chodzi. — Zmarszczyła brwi. — Czy ktoś państwu mówił, że mamy tu konstrukcję z metalu?
— Sami ją widzieliśmy idąc tutaj — odparł Helmholtz.
— Przy samej ścieżce, w gąszczu koło fontanny — uściśliła panna Wiley.
— Coś podobnego — powiedziała Beatrycze.
— Może poszlibyśmy sprawdzić? — zasugerował Helmholtz.
— Tak… naturalnie. — Beatrycze podniosła się z fotela. Cała trójka przecięła zodiak posadzki hallu i wkroczyła w balsamiczną ciemność.
Przed nimi tańczył snop światła latarki.
— Doprawdy — rzekła Beatrycze — jestem tego równie ciekawa, jak państwo.
— Wygląda na jakiś aluminiowy prefabrykat — powiedziała panna Wiley.
— Wygląda jak pojemnik na wodę w kształcie grzyba czy coś takiego — dodał Helmholtz. — Tylko że siedzi wprost na ziemi.
— Naprawdę? — zdziwiła się Beatrycze.
— Zapamiętała sobie pani, co to jest, prawda? Przed chwilą powiedziałam — rzekła panna Wiley.
— Nie — zaprzeczyła Beatrycze. — Co takiego pani powiedziała?
— Muszę to pani powtórzyć na ucho — odparła filuternie panna Wiley — bo będą mnie chcieli zamknąć w domu wariatów. — Przyłożyła dłoń do ust, kierując głośny szept w stronę Beatrycze. — To latający talerz — powiedziała.
Rozdział 4
Kierunek — rampa!