Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Żołnierze Cauthona – powiedziała Aludra, głosem z pozoru idealnie obojętnym. – Rychło w czas. – W drugiej ręce miała gruby skórzany cylinder, większy niż pięść mężczyzny, z którego wystawał lont. Talmanes wiedział, że po podpaleniu lontu rzucony cylinder wybuchał. Legion już się nimi posługiwał, do miotania używając procy. Nie miały takiej siły rażenia jak smoki, niemniej skutki były imponujące.
– Aludra! – zawołał Talmanes. – Masz smoki? Proszę, powiedz, że je uratowałaś.
Tylko parsknęła w odpowiedzi, gestem rozkazując zrobić przejście w barykadzie, żeby ludzie Talmanesa mogli wejść za nią. Na ulicy kłębił się tłum złożony z setek, może nawet tysięcy mieszkańców miasta. Kiedy rozstąpili się przed nim, ukazał mu się cudowny widok: w otoczeniu tłumu stała setka smoków.
Brązowe tuleje zostały zamocowane na drewnianych wózkach, każdy zaprzężony w dwójkę koni. Biorąc pod uwagę ich ciężar, powstały w ten sposób aparat był zdumiewająco łatwy w manewrowaniu. Talmanes wiedział, że wózki z kolei można było zakotwiczyć w ziemi, żeby zamortyzować siłę odrzutu – oczywiście najpierw należało wyprząc konie. Ale wokół było dość ludzi, aby wykonać robotę najsilniejszych koni pociągowych.
– Sądziłeś, że je zostawię? – zapytała Aludra. – W tej gromadzie tutaj oczywiście nikt nie potrafił strzelać. Ale ciągnąć wóz może każdy.
– Musimy je stąd wydostać – powiedział Talmanes.
– Teraz ci to przyszło do głowy? A ja dotąd zajmowałam się wszystkim innym, tylko nie tym. Co ci się stało w twarz?
– Ser był dość ostry i tak to się skończyło.
Aludra przekrzywiła głowę i spojrzała na niego dziwnym wzrokiem.
„Może żartując, powinienem się więcej uśmiechać” – pomyślał niezbornie i oparł o fragment barykady. – „Wtedy by mnie rozumieli”. Ta myśl oczywiście zrodziła pytanie, czy naprawdę chciałby, żeby go rozumieli? Co z kolei było śmieszne na swój sposób. Poza tym uśmiech był taki pospolity i tani. Gdzie w nim subtelność? I…
I naprawdę nie potrafił już skupić myśli. Mrugnął do Aludry, której spowita w cieniach twarz zaczęła zdradzać oznaki całkiem realnego zatroskania.
– Co się stało z moją twarzą? – Talmanes uniósł dłoń do policzka. Krew. Myrddraal. Jasne. – Nic, tylko draśnięcie.
– A te żyły?
– Jakie żyły? – zapytał, a potem spojrzał na swoją dłoń. Czarne macki niczym bluszcz pleniący się pod skórą otaczały nadgarstek, sięgając na wierzchu dłoni ku palcom. Zdawały się nabrzmiewać pod jego wzrokiem. – Ach, to. Niestety, umieram. Tragiczna sprawa. Nie masz przypadkiem odrobiny brandy, co?
– Nie…
– Mój panie! – zawołał czyjś głos.
Talmanes zamrugał, po czym zmusił się, żeby się odwrócić, ciężko wspierając na włóczni.
– Tak, Filger?
– Następne Trolloki. Cała kupa! Idą na nas.
– Świetnie. Nakryjcie stół. Mam nadzieję, że starczy zastawy. Aha, wiedziałem, że należy wysłać pokojówkę po to pięciotysięczne siedemset trzydzieste pierwsze nakrycie.
– Ty… dobrze się czujesz? – zapytała Aludra.
– Krew i krwawe popioły, kobieto, czy ja wyglądam, jakbym się mógł dobrze czuć? Guybon! Odcięto nam drogę odwrotu. Jak daleko do wschodniej bramy?
– Do wschodniej bramy? – odkrzyknął Guybon. – Jakieś pół godziny marszu. Trzeba iść w dół.
– A więc ruszamy – rozkazał Talmanes. – Weź zwiadowców i idź w szpicy. Dennel, zorientuj się, czy ci ludzie dadzą radę pociągnąć smoki! I przygotujcie się do strzelania.
– Talmanes – wtrąciła Aludra. – Nie zostało nam za dużo smoczych jaj i prochu. Rezerwy są w Baerlon. Jeżeli chcesz dzisiaj strzelać… Cóż, po kilka strzałów na smoka, więcej nie mogę ci zagwarantować.
Dennel pokiwał głową.
– Smoki nie są samodzielnymi jednostkami frontowymi, mój panie. Potrzebują wsparcia niepozwalającego wrogowi podejść zbyt blisko i zniszczyć broni. Damy radę obsadzić smoki, ale nie wytrwamy długo bez piechoty.
– Dlatego właśnie zarządziłem odwrót – odparł Talmanes. Odwrócił się, dał krok i tak mu się zakręciło w głowie, że omal nie upadł. – Poza tym sądzę… sądzę, że potrzebny mi będzie koń…
Moghedien wyszła na kamienną platformę dryfującą po otwartym morzu. Szklistą, błękitną wodę marszczył gdzieniegdzie przypadkowy powiew wiatru, ale żadnych większych fal nie było. Jak też lądu w zasięgu wzroku.
Przy brzegu platformy, z rękoma zaplecionymi za plecami, stał Moridin. U jego stóp morze płonęło. Ogień nie dawał dymu, niemniej ewidentnie był gorący, gdyż woda wokół kipiała i syczała. Kamienna posadzka pośrodku bezkresnego morza. Płonąca woda. Moridin uwielbiał tworzyć niemożliwe sytuacje w swoich okruchach snów.
– Siadaj – polecił jej, nie odwracając się.
Posłuchała, wybierając jeden z foteli, które znienacka pojawiły się na skraju platformy. Bezchmurne niebo miało barwę intensywnego błękitu, słońce zawisło w trzech czwartych swej drogi do zenitu. Ileż minęło czasu, odkąd ostatni raz widziała słońce w Tel’aran’rhiod? Ostatnio niebo przesłaniała wszechobecna czarna burza. Ale to miejsce to nie do końca był przecież Tel’aran’rhiod. Nie był to też sen Moridina, tylko rodzaj… syntezy ich dwóch. Niby przybudówka wzniesiona na chwilę na skraju świata snów. Jak pęcherz piany na styku żywiołów – mały świat powstały ze zlewających się realności.
Moghedien odziana była w czerń i złoto, koronki na rękawach odlegle przywodziły na myśl pajęczą sieć. Ale naprawdę odlegle. Nie należało zbyt obsesyjnie i jednoznacznie nadużywać znanego motywu.
Siadając, starała się wyglądać na uosobienie pewności siebie i opanowania. Ongiś obie te rzeczy przychodziły jej z łatwością. Dzisiaj próby odnalezienia ich w sobie przypominały łapanie lecących w powietrzu nasion dmuchawca – pierzchały przed każdym gwałtowniejszym ruchem. Moghedien zgrzytnęła zębami, zła na siebie. Przecież była jedną z Wybranych. Przed jej obliczem płakali królowie i drżały armie. Pokolenia matek jej imieniem straszyły dzieci. A teraz…
Sięgnęła dłonią do szyi, musnęła palcami wisior. Dalej był bezpieczny. Niby wiedziała, jednak dopiero dotyk przynosił całkowitą pewność, a wraz z nią spokój.
– Nie przyzwyczajaj się za bardzo do tego – powiedział Moridin. Przez jego postać powiał wiatr, marszcząc nieskazitelną dotąd powierzchnię oceanu. Wiatr niósł ze sobą odległe krzyki. – Nie wybaczono ci całkiem, Moghedien. To jest twój okres próbny. Jeżeli zawiedziesz po raz kolejny, zastanowię się, czy nie dać duszołapki Demandredowi.
Prychnęła.
– Znudzony szybko by się jej pozbył. Demandreda interesuje tylko jedna rzecz. Śmierć al’Thora. Wszystko, co nie prowadzi do tego celu, zdaje mu się nieważne.
– Nie doceniasz go – cicho zauważył Moridin. – Wielki Władca jest zadowolony z Demandreda. Bardzo zadowolony. Natomiast, jeśli chodzi o ciebie…
Moghedien zapadła w fotel. W jednej chwili ożyły wspomnienia tortur. Ból, jakiego niewielu w tym świecie zaznało i kiedykolwiek zazna. Ból, jakiego ciało nie powinno być w stanie znieść. Ściskając cour’souvra, objęła saidara. To przyniosło niejaką ulgę.
Poprzednio przenoszenie Mocy w pobliżu cour’souvra powodowało agonię. Teraz, kiedy wisior nosił nie Moridin, a ona sama, było inaczej. „Tylko że to nie chodzi o wisior” – pomyślała, nie puszczając go ani na moment. „Chodzi o moją duszę”. Mroczne głębiny! Nigdy nie przypuszczała, że właśnie ona padnie jej ofiarą. Czyż nie była pajęczycą ostrożnie stawiającą każdy krok?