Tajemnica Bezgłowego Konia
- Автор: Hitchcock Alfred
- Язык: польский
- Жанр: Детское действие
Электронная книга - «Tajemnica Bezgłowego Konia». Краткое содержание книги:
Więzienie w Rocky Beach mieściło się na najwyższym piętrze komendy policji. Można się tam było dostać windą z parteru budynku, ale korytarz, na lewo od głównego wejścia, zamknięty był zakratowaną furtką. Przed nią siedział za biurkiem policjant. Bob i Pete przystanęli zdenerwowani i poprosili o widzenie z Alvarem.
– Żałuję, chłopcy, ale wizyty są dozwolone po obiedzie. Chyba że jesteście jego adwokatami – policjant uśmiechnął się.
– Tak, jest naszym klientem – Bob starał się wyglądać godnie.
– Jesteśmy czymś w rodzaju prawników – dodał Pete.
– Dobra, chłopcy, nie mam czasu na zabawę.
– Jesteśmy prywatnymi detektywami – powiedział Bob szybko. – Chcę powiedzieć młodymi detektywami, a Pico jest naszym klientem. Musimy porozmawiać z nim o sprawie. To naprawdę ważne. My…
Policjant spojrzał groźnie.
– Dość tego! Wynoście się.
Chłopcom nie pozostawało nic innego jak odejść, gdy ktoś odezwał się za nimi:
– Pokażcie mu wasze karty, chłopcy.
Bob i Pete odwrócili się. Przed nimi stał uśmiechnięty komendant Reynolds. Bob okazał policjantowi przy biurku ich dwie karty. Ten czytał je wolno.
– Po co przyszliście, chłopcy? – zapytał komendant Reynolds.
Powiedzieli mu, a on skinął głową z powagą.
– Myślę, że w tym wypadku możemy nagiąć regulamin. Pico Alvaro doprawdy nie jest niebezpiecznym przestępcą, sierżancie, i detektywi mają prawo widzieć się ze swoim klientem.
– Tak, komendancie. Nie wiedziałem, że to pana przyjaciele – powiedział sierżant.
– Nie przyjaciele, lecz cywilni pomocnicy. Zdziwiłbyś się, gdybym ci powiedział, ile razy ci chłopcy nam pomogli.
Komendant uśmiechnął się znowu do Boba i Pete’a i odszedł, Policjant za biurkiem przycisnął brzęczyk. Z biura za kratą wyszedł inny policjant i otworzył furtkę. Chłopcy przeszli przez nią szybko i wzdrygnęli ale nerwowo, gdy zatrzasnęła się za nimi.
– Uff, szczęście, że jesteśmy tu tylko z wizytą – powiedział Pete.
Chłopcy poszli do windy, wjechali na najwyższe piętro i wyszli na długi, jasno oświetlony korytarz. Wzdłuż niego po jednej stronie widać było biurka, po drugiej otwarte kantory. W pierwszym po lewej więźniowie opróżniali kieszenie i zostawiali wszystkie rzeczy osobiste. W następnym kantorze robiono im odciski palców, a w trzecim wydawano odzież więzienną, w którą przebierali się w szatni na końcu lewej strony korytarza. Naprzeciw szatni znajdowały się zakratowane drzwi z tabliczką “Pokój odwiedzin”. Dalej, wzdłuż całej prawej strony korytarza stały biurka. Przy niektórych siedzieli policjanci i przesłuchiwali osoby, które zamykano w więzieniu.
– Tutaj, chłopcy – zawołał policjant za pierwszym biurkiem. – Andrews i Crenshaw? Prywatni detektywi?
Skinęli głowami, przełykając ślinę. Policjant napisał na maszynie, na odpowiednim druku, ich nazwiska i adresy. Następnie wystukał nazwisko więźnia, z którym chcieli się widzieć, podali też cel wizyty.
– Okay, stańcie tu pod ścianą.
Gdy stanęli, jak im kazano, inny policjant zrewidował ich szybko i z wprawą, czy nie posiadają broni lub innego przedmiotu, który pomógłby więźniowi w ucieczce. Pete cieszył się, że nie wziął dziś ze sobą swego wojskowego noża. Następnie pierwszy policjant zaprowadził ich pod zakratowane drzwi, otworzył je kluczem i wpuścił ich do środka.
Znaleźli się w długim, wąskim pokoju, przedzielonym wzdłuż niskim, szerokim kontuarem. Na nim umocowany był podwójny rząd trójściennych kabin. Kabiny jednego rzędu otwierały się na stronę drzwi, przez które weszli, drugiego na przeciwległą ścianę, w której znajdowały się zakratowane drzwi, wiodące do więzienia. Siedzący w kabinach widzieli się ponad barierą sięgającą wysokości brody. Odwiedzający i więźniowie mogli więc widzieć się z ustawionych naprzeciw siebie kabin i rozmawiać, nie mogli jednak niczego sobie podać nad barierą, nie zwróciwszy uwagi dyżurującego policjanta.
Bob i Pete usiedli w jednej z kabin. Wkrótce drzwi po drugiej stronie otworzyły się i strażnik więzienny wprowadził Pica. Pico usiadł za barierą naprzeciw chłopców.
– Cieszę się, że przyszliście, ale niczego mi nie trzeba – powiedział cicho.
– Wiemy, że nie rozpaliłeś tego ogniska! – zawołał Pete.
Pico uśmiechnął się.
– Ja też to wiem. Niestety, szeryf tego nie wie.
– Ale my myślimy, że możemy to udowodnić – powiedział Bob.
– Udowodnić? Jak, chłopcy?
Powiedzieli mu, co przypomnieli sobie w związku z kapeluszem.
– Tak więc – mówił Bob – o trzeciej po południu pod szkołą w Rocky Beach wciąż nosiłeś kapelusz. Dopóki wszyscy nie przyjechaliśmy do hacjendy, nie mogłeś go zostawić koło ogniska na ranczu Norrisa. A wtedy pożar już się zaczął, wzniecony przez kogoś innego!
Picowi zabłysły oczy.
– A więc mój kapelusz dostał się na ziemię Norrisów po wszczęciu pożaru! Wspaniale, chłopcy! Doprawdy, jesteście bardzo dobrymi detektywami. Tak, mój kapelusz musiał się tam znaleźć przypadkowo lub…
– Lub ktoś położył go tam celowo! – dokończył Bob.
– Żeby móc mnie fałszywie oskarżyć – skinął głową Pico. – Ale nie możecie udowodnić, że nosiłem kapelusz w szkole. To tylko słowa.
– Tak – przyznał Bob – ale znamy prawdę i teraz musimy tylko odkryć, jak kapelusz znalazł się koło ogniska.
– Musimy więc wiedzieć, gdzie go zostawiłeś – powiedział Pete. – Miałeś go w szkole i pamiętam, że nosiłeś go w składzie złomu. A na ciężarówce?
– Na ciężarówce? – Pico zmarszczył czoło. – Tak, wszyscy siedzieliśmy na platformie ciężarówki. Opowiadałem o mojej rodzinie. Być może… nie, nie jestem pewien. Nie pamiętam, żebym zdjął kapelusz ani żebym go nosił!
– Musisz sobie przypomnieć! – powiedział Pete z naciskiem.
– Myśl! – naglił Bob.
Lecz Pico tylko patrzył na nich bezradnie.
Diego westchnął ze znużeniem i przesunął aparat do odczytywania mikrofilmów na następną stronę starej gazety. Jupiter wysłał go tutaj do Biblioteki Publicznej w Rocky Beach, kiedy się dowiedzieli, że Towarzystwo Historyczne nie ma pełnego zbioru starych gazet. Diego przeglądał numery tygodnika, wydawanego w Rocky Beach w 1846 roku, z okresu dwu miesięcy. Był teraz przy czwartym tygodniu października. Jak dotąd, znalazł bardzo mało. Nic nie pisano o don Sebastianie, poza wzmianką o jego śmierci. Krótka relacja była wyraźnie oparta na raporcie sierżanta Brewstera i nie wnosiła nic nowego.
Diego znowu westchnął i się przeciągnął. W czytelni panowała cisza, którą zakłócał jedynie szum deszczu za oknami. Zabrał się dla odmiany do małej sterty książek, leżących na stole obok niego. Były to dziewiętnastowieczne wspomnienia i pamiętniki miejscowych obywateli.