Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]
- Автор: Линдсей Джеффри
- Серия: Dexter (pl) #1
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 8324125922
- Переводчик: Jan Krasko
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Demony dobrego Dextera [Darkly Dreaming Dexter - pl]». Краткое содержание книги:
Debora westchnęła, zabrała listę i opadła na krzesło, jakby zgubiła wszystkie kości.
— Nie ma mowy, żebym wszystkie sprawdziła. Nie sama. Potrwałoby to kilka miesięcy. Cholera. I co my teraz zrobimy?
Pokręciłem głową.
— Przykro mi, Deb, ale teraz musimy zaczekać.
— I tyle? Wystarczy zaczekać?
— Wystarczy.
I wystarczyło. Czekaliśmy dwa tygodnie, tylko dwa. Czekaliśmy i wreszcie…
9
Obudziłem się zlany potem, nie wiedząc, gdzie jestem i absolutnie przekonany, że wkrótce dojdzie do kolejnego morderstwa. Ten facet czyhał gdzieś niedaleko. Szukał następnej ofiary, prześlizgiwał się przez miasto jak rekin przez rafę. Byłem tego tak pewien, że niemal słyszałem szelest rozwijającej się taśmy klejącej. Tak, czyhał tam, zataczał wielkie, leniwe kręgi, karmił swojego Mrocznego Pasażera i rozmawiał z moim. A ja towarzyszyłem mu we śnie jak widmowa ryba-pilot.
Usiadłem i zerwałem z łóżka zmięte posłanie. Budzik wskazywał czternaście minut po trzeciej nad ranem. Chociaż odkąd się położyłem, upłynęły tylko cztery godziny, czułem się tak, jakbym przez cały ten czas przedzierał się przez dżunglę z fortepianem na grzbiecie. Spocony, zesztywniały i ogłupiały, nie potrafiłem spłodzić ani jednej myśli poza tą, że to tam dzieje się beze mnie.
Nie ulegało wątpliwości, że już sobie nie pośpię. Zapaliłem światło. Ręce miałem lepkie i rozedrgane. Wytarłem je w prześcieradło, ale to nie pomogło. Prześcieradło też było wilgotne. Chwiejnie wszedłem do łazienki i odkręciłem kran. Woda była ciepła, miała pokojową temperaturę i przez chwilę, może przez sekundę, myłem ręce we krwi, i na chwilę woda zmieniła się w krew. Chociaż w łazience panował półmrok, cała umywalka spłynęła krwistą czerwienią.
Zamknąłem oczy.
I przeniosłem się do innego świata.
Wiedziałem, że to tylko gra światła i sztuczki rozespanego mózgu, wiedziałem, co trzeba zrobić. Zamknij oczy, otwórz je i złudzenie pryśnie i znowu zobaczysz czystą wodę. Tymczasem było tak, jakbym zamykając oczy na tym świecie, otwierał je w innym.
Znowu śniłem. Niczym ostrze noża znowu unosiłem się nad światłami Biscayne Boulevard, zimny i ostry znowu zmierzałem do celu…
Otworzyłem oczy. Woda była tylko zwykłą wodą.
Ale kim byłem ja?
Gwałtownie potrząsnąłem głową. Bez paniki, staruszku. Tylko się nie złość. Proszę. Wziąłem głęboki oddech i spojrzałem w lustro. W lustrze wyglądałem tak jak zwykle. Spokojna, opanowana twarz. Spokojne, nieco szydercze, niebieskie oczy. Doskonała imitacja żywego człowieka. Nie licząc włosów, które sterczały jak włosy Staną Laurela, absolutnie nic nie wskazywało na to, że coś przemknęło przez mój rozespany mózg i wyrwało mnie ze snu.
Ostrożnie zamknąłem oczy jeszcze raz.
Ciemność.
Zwykła, jednolita ciemność. Żadnego latania, żadnej krwi czy ulicznych świateł. Tylko stary, poczciwy Dexter z zamkniętymi oczami przed lustrem.
Rozwarłem powieki. Jak się masz, chłopcze? Dobrze, że wróciłeś. Tylko gdzieś ty się, u licha, podziewał?
Dobre pytanie. Przez większość życia nie dręczyły mnie żadne sny, tym bardziej halucynacje. Nigdy nie miałem apokaliptycznych wizji, w podświadomości nie buzowały mi symbole z teorii Junga, a we śnie nie nawiedzały mnie tajemnicze, uporczywie powtarzające się obrazy. Kiedy już zasypiam, zasypiam całym sobą.
Więc co się przed chwilą stało? Skąd te widziadła i demony?
Obmyłem twarz i przygładziłem włosy. Oczywiście to nie rozwiązało zagadki, ale poczułem się trochę lepiej. Jak może być źle, skoro mam ładną fryzurę?
Szczerze mówiąc, nie wiedziałem. Mogło być bardzo źle. Mogłem stracić wszystkie albo większość z moich klepek. Bo co, jeśli już od lat krok po kroku popadałem w obłęd i jeśli ten nowy morderca tylko dokończył dzieła, spychając mnie w otchłań kompletnego szaleństwa? Jak mogłem mieć nadzieję, że uda mi się zmierzyć normalność czy nienormalność kogoś takiego jak ja?
Obrazy i doznania były tak prawdziwe, że niemal namacalne. A przecież nie mogły takie być, bo przez cały czas byłem tu, w domu. Mimo to czułem zapach słonej wody, zapach spalin i tanich perfum unoszący się nad Biscayne Boulevard. Wszystko to zdawało się najzupełniej prawdziwe, a czyż jednym z symptomów obłędu nie jest przypadkiem niemożność odróżniania złudzeń od rzeczywistości? Tego nie wiedziałem i nie mogłem się dowiedzieć. Rozmowa z psychiatrą nie wchodziła oczywiście w rachubę; biedak umarłby z przerażenia, ale przedtem postawiłby sobie za punkt honoru, żeby mnie gdzieś zamknąć. Naturalnie nie mogłem polemizować z mądrością takiego posunięcia. Ale skoro zaczynałem tracić poczucie stworzonej przez siebie rzeczywistości, był to tylko mój problem, jego kwintesencją zaś było to, że nie mogłem tego w żaden sposób zweryfikować.
Chociaż z drugiej strony, sposób taki istniał.
Dziesięć minut później wjechałem do Dinner Key. Jechałem powoli, ponieważ nie wiedziałem, czego właściwie szukam. Ta część miasta jak zwykle już spała. Przez krajobraz nocnego Miami przewijało się niewielu ludzi: turyści, którzy wypili za dużo kubańskiej kawy i nie mogli zasnąć. Mieszkańcy Iowy szukający stacji benzynowej. Obcokrajowcy w drodze do South Beach. No i oczywiście wszystkie drapieżniki, zbiry, rabusie, ćpuny, wampiry, upiory i wszelkiej maści potwory takie jak ja. Ale w tej dzielnicy o tej porze nocy błądziło ich ledwie kilku. To było Miami pustynne, najbardziej opustoszałe z opustoszałych, miejsce, gdzie straszył duch dziennego tłumu. To było miasto, które zredukowało się do terenu łowieckiego, które zapomniało o jaskrawym słońcu i zrzuciło z siebie jarmarczny podkoszulek.
Tak więc polowałem. Śledziły mnie nocne oczy, śledziły i skreślały, gdy mijałem je, nie zwalniając. Jechałem na północ, przez stary zwodzony most, przez centrum Miami, wciąż nie wiedząc, czego szukam i wciąż tego nie dostrzegając. Mimo to, z jakiegoś niepokojącego powodu byłem absolutnie przekonany, że to znajdę, że jadę w dobrym kierunku, że to coś na mnie czeka.
Za Omni rozkwitło nocne życie. Więcej się tam działo, więcej było do oglądania. Okrzyki radości na chodnikach, metaliczna muzyka sącząca się z okien samochodów i do nich wpadająca. Wyszły na łów nocne ćmy, całe ich stadka na rogach ulic: chichotały do siebie lub gapiły się głupio na przejeżdżające samochody. Samochody zaś zwalniały, żeby pogapić się na nie, żeby popatrzeć ciekawie na ich stroje i to, co odsłaniały. Dwie ulice dalej przystanął nowiutki corniche i z cienia na chodniku wypadła na jezdnię niewielka sfora, żeby błyskawicznie go otoczyć. Ruch zamarł, zatrąbiły klaksony. Większość kierowców siedziała spokojnie, zadowalając się widokiem i tylko jedna niecierpliwa ciężarówka spróbowała ominąć korek, zjeżdżając na sąsiedni pas.
Samochód chłodnia.
To nic nie znaczy, pomyślałem. Nocna dostawa jogurtu albo wieprzowych kiełbasek na śniadanie; świeżość gwarantowana. Ładunek krewetek w drodze na lotnisko. Samochody chłodnie jeżdżą po Miami przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, nawet najgłębszą nocą. To po prostu zwykła chłodnia, nic więcej.
Mimo to wcisnąłem pedał gazu. Ruszyłem, ostrożnie skręcając to w lewo, to w prawo. Od corniche’a i jego oblężonego kierowcy dzieliły mnie tylko trzy samochody. Ruch utknął na dobre. Popatrzyłem przed siebie. Chłodnia jechała w górę Biscayne, gdzie roiło się od świateł drogowych. Wiedziałem, że jeśli zostanę za daleko w tyle, zaraz ją zgubię. I nagle bardzo zapragnąłem ją dogonić.
Zaczekałem, aż na sąsiednim pasie zrobi się luka i szybko skręciłem. Ominąłem corniche’a, przyspieszyłem jeszcze bardziej i zbliżyłem się do chłodni. Wtedy nieco zwolniłem, nie chcąc, żeby kierowca mnie zauważył, lecz zwolniłem tylko trochę, stopniowo zmniejszając dzielącą nas odległość. Trzy skrzyżowania. Minutę później już tylko dwa.