Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 163 164 165 166 167 168 169 170 171 ... 173
Перейти на страницу:

Byli tak bar­dzo po­dob­ni do sie­bie, w ru­chach, ge­stach, spo­so­bie cho­dze­nia, że przez chwi­lę miał wra­że­nie, jak­by wi­dział jed­ną oso­bę, od­bi­tą sześć razy w lu­strze. Za­pew­ne dla­te­go hra­bia pil­no­wał, by ni­g­dy nie po­ka­zy­wa­li się wszy­scy na­raz. Gdy­by kto­kol­wiek z ma­gów lub ka­pła­nów zo­ba­czył ich wszyst­kich w jed­nym miej­scu, jak idą do wal­ki odzia­ni w swój za­bój­czy aspekt, pod­niósł­by ra­ban na całe mia­sto. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że ktoś wy­ko­rzy­stał za­ka­za­ną sztu­kę. Je­den w wie­lu cia­łach. Ma­rio­net­ki umy­słu od­da­lo­ne­go o wie­le mil, ze zła­ma­nym du­chem i na­rzu­co­ną wolą. Na­wet w Pon­kee-Laa, gdzie ni­g­dy nie pło­nę­ły sto­sy, za coś ta­kie­go nikt nie unik­nął­by ognia.

Za­trzy­ma­li się przy wej­ściu na molo i przez chwi­lę wy­da­wa­ło się, że nie za­ata­ku­ją. Że we­zwą kusz­ni­ków albo cza­ro­dziei i za­bi­ją go z dy­stan­su. Tak zro­bił­by do­bry ge­ne­rał. Ale nie ob­ra­żo­na Po­tę­ga.

Je­śli nie chcie­li so­bie prze­szka­dzać, mu­sie­li go pod­cho­dzić po­je­dyn­czo. Pierw­szy wszedł naj­młod­szy. Wy­glą­dał jesz­cze nie­po­zor­niej niż ten, któ­re­go Alt­sin za­bił w ma­ga­zy­nach. Dzie­ciak.

Chło­pak ru­szył w jego stro­nę, na­bie­ra­jąc szyb­ko­ści i trzy­ma­jąc miecz z boku, jak­by nie wie­dział, co zro­bić z bro­nią. Alt­sin nie cze­kał, z miej­sca, jak stał, ru­nął na nie­go bie­giem. Spo­tka­li się w po­ło­wie molo, wy­mie­ni­li dwa szyb­kie cio­sy, któ­re za­brzmia­ły jak je­den, i od­sko­czy­li od sie­bie o kil­ka stóp. Mło­dzik ujął rę­ko­jeść obu­rącz, za­pla­ta­jąc na niej pal­ce, po­chy­lił gło­wę, bły­snął zę­ba­mi.

Ude­rzył z góry. Cof­nął się. Z le­wej. Cof­nął się. Z pra­wej i znów po­wró­cił na po­zy­cję. Jak­by wal­czył prze­ciw ma­ne­ki­no­wi na pla­cu ćwi­czeń, ude­rze­nie z wy­pa­dem i po­wrót. Ude­rze­nie i po­wrót. Za każ­dym ra­zem przyj­mo­wał tę samą po­zy­cję, za każ­dym ra­zem od­sła­niał zęby w po­dob­nym gry­ma­sie.

Bał się, zro­zu­miał zło­dziej. Wię­cej, był prze­ra­żo­ny, naj­chęt­niej by uciekł, ale miał tu zo­stać i... umrzeć. Wy­zna­czo­no go, by zba­dał, jak da­le­ko się­ga­ją umie­jęt­no­ści ich prze­ciw­ni­ka, a po­tem – zło­dziej rzu­cił okiem za jego ple­cy, gdzie na molo wcho­dzi­ło ko­lej­nych dwóch Pra­wych – miał zwią­zać jego miecz w ja­kim­kol­wiek młyn­ku albo rzu­cić się na nie­go, na­dzie­wa­jąc na sztych, byle tyl­ko dać resz­cie szan­sę na za­da­nie śmier­tel­ne­go cio­su.

Alt­sin ma­chi­nal­nie pa­ro­wał ko­lej­ne cio­sy, na­wet nie pró­bu­jąc kon­tro­wać. Chło­pak bał się i w ja­kiś spo­sób sta­wiał opór Mocy, któ­ra do tej pory bez wy­sił­ku kon­tro­lo­wa­ła po­czy­na­nia Pra­wych. Za nim na­stęp­na para rzeź­ni­ków we­szła na molo. Ostat­nia dwój­ka sta­nę­ła tuż przy brze­gu, jak­by chcie­li się upew­nić, że nikt nie zej­dzie na na­brze­że bez ich po­zwo­le­nia.

Śmierć ude­rzy­ła na nich z tyłu, bez ostrze­że­nia.

Wy­ło­ni­ła się z za­uł­ka, przy­cią­ga­jąc na mo­ment uwa­gę zło­dzie­ja tak, że ko­lej­ny cios pół­to­ra­ka omal nie po­zba­wił go ręki. A za­nim padł na­stęp­ny, dwóch Pra­wych pil­nu­ją­cych wej­ścia na molo już nie żyło.

Męż­czy­zna, mło­dy, choć w wie­ku trud­nym do okre­śle­nia. Wkro­czył mię­dzy nich bez­sze­lest­nie i ude­rzył dwo­ma bliź­nia­czo za­krzy­wio­ny­mi ostrza­mi. Szty­chy były tak szyb­kie, jak­by ciem­ne klin­gi prze­szy­ły po­wie­trze, a nie żywe cia­ła. Pra­wi pa­dli, mar­twi, za­nim jesz­cze do­tknę­li zie­mi.

Alt­sin miał wra­że­nie, jak­by nie szedł sam, jak­by coś go po­prze­dza­ło. Drgnie­nie po­wie­trza, ga­szą­ce wszel­ką Moc i roz­pra­sza­ją­ce aspek­ty. Zło­dziej wi­dział, jak to coś się­ga ku Pra­wym i jak wspie­ra­ją­ca ich Po­tę­ga ga­śnie. Na­gle prze­sta­li być ma­rio­net­ka­mi, lecz sta­li się na po­wrót zwy­kły­mi ludź­mi.

Sły­sząc od­głos pa­da­ją­cych ciał, po­zo­sta­li Pra­wi od­wró­ci­li się jak na ko­men­dę.

Za­bój­ca za­trzy­mał się przy wej­ściu na molo. Pa­trzył na Alt­si­na i tyl­ko na nie­go, jak­by pię­ciu uzbro­jo­nych męż­czyzn mię­dzy nimi nic nie zna­czy­ło. Luź­na sza­ta w pia­sko­wym ko­lo­rze nie po­zwa­la­ła stwier­dzić, czy jest szczu­pły, ma­syw­ny, zwin­ny czy gru­bo­ko­ści­sty, lecz tak na­praw­dę nie mia­ło to zna­cze­nia. Zło­dziej był go­tów po­sta­wić wła­sne dło­nie, że to on za­bił tę dwój­kę, na któ­rą na­tknął się na da­chu. Jego mie­cze pa­so­wa­ły do ran, były nie­co krót­sze niż nor­mal­ne ostrza, lek­ko za­krzy­wio­ne, o klin­gach błysz­czą­cych czer­nią wul­ka­nicz­ne­go szkła.

Wszy­scy za­mar­li, jak­by sam czas po­tknął się i za­trzy­mał w swo­jej wiecz­nej wę­drów­ce.

Pra­wi byli do­sko­na­ły­mi szer­mie­rza­mi, ale gdy wspie­ra­ją­ca ich Po­tę­ga zni­kła, znów sta­li się zwy­kły­mi ludź­mi. Umie­li dużo, ale te­raz nie wy­star­czy­ło­by im to na­wet wte­dy, gdy­by było ich tu nie pię­ciu, lecz pięt­na­stu. Bo dla ob­ce­go wo­jow­ni­ka byli tyl­ko nie­znacz­ną prze­szko­dą do usu­nię­cia, tak nie­waż­ną, że zda­wa­ło się, iż na­wet na nich nie pa­trzy. Ski­nął zło­dzie­jo­wi gło­wą i uśmiech­nął się smut­no.

A po­tem roz­po­czął za­bi­ja­nie.

Ru­szył, sta­wia­jąc szyb­ko drob­ne kro­ki, jak­by pę­dził boso po ścież­ce wy­sy­pa­nej go­rą­cy­mi wę­gla­mi. Pierw­sze­go prze­ciw­ni­ka za­bił w pół kro­ku, zło­dziej na­wet nie do­strzegł cię­cia, któ­re od­rą­ba­ło męż­czyź­nie ra­mię wraz z bar­kiem, w po­wie­trzu mi­gnę­ło tyl­ko ciem­ne ostrze, a strasz­li­wie oka­le­czo­ny szlach­cic plu­snął do rze­ki i na­tych­miast znikł pod wodą.

Z ko­lej­nym Pra­wym wy­mie­nił dwa cio­sy, a po­tem było mo­kre ude­rze­nie i na­gle za­bój­ca zna­lazł się za ple­ca­mi prze­ciw­ni­ka. Nie za­bu­rza­jąc ryt­mu, zbli­żał się ku na­stęp­nej pa­rze. Męż­czy­zna, któ­re­go mi­nął, stał przez ude­rze­nie ser­ca z mie­czem wznie­sio­nym w górę, jak­by szy­ko­wał się do osta­tecz­ne­go, strasz­li­we­go cio­su, po czym broń wy­pa­dła mu z ręki, a on sam osu­nął się na ko­la­na, zgiął wpół, do­ty­ka­jąc czo­łem de­sek, i ci­cho za­skom­lił. Jego cia­łem szarp­nął po­je­dyn­czy spazm. Znie­ru­cho­miał. Woda wy­pły­wa­ją­ca spod molo w miej­scu, gdzie klę­czał, za­bar­wi­ła się szkar­ła­tem.

Chło­pak, któ­ry za­ata­ko­wał Alt­si­na, cof­nął się do resz­ty po­zo­sta­ją­cych jesz­cze przy ży­ciu Pra­wych, a sztych mie­cza, któ­ry trzy­mał w dło­niach, wy­raź­nie drżał. Bez sto­ją­cej za nim Mocy był tyl­ko zwy­kłym go­ło­wą­sem, prze­ra­żo­nym i świa­do­mym swo­jej śmier­tel­no­ści.

Je­den z Pra­wych opu­ścił na­gle miecz, uniósł dłoń i wy­du­sił z sie­bie:

– Cze­kaj... ja nie...

Za­bój­ca nie po­zwo­lił mu do­koń­czyć, ude­rzył lewą klin­gą z góry, blo­ku­jąc jego ostrze, pra­wą zaś chla­snął przez szy­ję i na­gle wy­ko­nał pięk­ne, per­fek­cyj­ne kop­nię­cie na wprost, po­sy­ła­jąc szlach­ci­ca pod nogi szar­żu­ją­ce­go to­wa­rzy­sza. Mięk­kie zej­ście z li­nii ata­ku i sztych jak czar­ny kieł wy­ra­sta­ją­cy z ple­ców męż­czy­zny skoń­czy­ły wal­kę.

1 ... 163 164 165 166 167 168 169 170 171 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)