Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Byli tak bardzo podobni do siebie, w ruchach, gestach, sposobie chodzenia, że przez chwilę miał wrażenie, jakby widział jedną osobę, odbitą sześć razy w lustrze. Zapewne dlatego hrabia pilnował, by nigdy nie pokazywali się wszyscy naraz. Gdyby ktokolwiek z magów lub kapłanów zobaczył ich wszystkich w jednym miejscu, jak idą do walki odziani w swój zabójczy aspekt, podniósłby raban na całe miasto. Nie miał wątpliwości, że ktoś wykorzystał zakazaną sztukę. Jeden w wielu ciałach. Marionetki umysłu oddalonego o wiele mil, ze złamanym duchem i narzuconą wolą. Nawet w Ponkee-Laa, gdzie nigdy nie płonęły stosy, za coś takiego nikt nie uniknąłby ognia.
Zatrzymali się przy wejściu na molo i przez chwilę wydawało się, że nie zaatakują. Że wezwą kuszników albo czarodziei i zabiją go z dystansu. Tak zrobiłby dobry generał. Ale nie obrażona Potęga.
Jeśli nie chcieli sobie przeszkadzać, musieli go podchodzić pojedynczo. Pierwszy wszedł najmłodszy. Wyglądał jeszcze niepozorniej niż ten, którego Altsin zabił w magazynach. Dzieciak.
Chłopak ruszył w jego stronę, nabierając szybkości i trzymając miecz z boku, jakby nie wiedział, co zrobić z bronią. Altsin nie czekał, z miejsca, jak stał, runął na niego biegiem. Spotkali się w połowie molo, wymienili dwa szybkie ciosy, które zabrzmiały jak jeden, i odskoczyli od siebie o kilka stóp. Młodzik ujął rękojeść oburącz, zaplatając na niej palce, pochylił głowę, błysnął zębami.
Uderzył z góry. Cofnął się. Z lewej. Cofnął się. Z prawej i znów powrócił na pozycję. Jakby walczył przeciw manekinowi na placu ćwiczeń, uderzenie z wypadem i powrót. Uderzenie i powrót. Za każdym razem przyjmował tę samą pozycję, za każdym razem odsłaniał zęby w podobnym grymasie.
Bał się, zrozumiał złodziej. Więcej, był przerażony, najchętniej by uciekł, ale miał tu zostać i... umrzeć. Wyznaczono go, by zbadał, jak daleko sięgają umiejętności ich przeciwnika, a potem – złodziej rzucił okiem za jego plecy, gdzie na molo wchodziło kolejnych dwóch Prawych – miał związać jego miecz w jakimkolwiek młynku albo rzucić się na niego, nadziewając na sztych, byle tylko dać reszcie szansę na zadanie śmiertelnego ciosu.
Altsin machinalnie parował kolejne ciosy, nawet nie próbując kontrować. Chłopak bał się i w jakiś sposób stawiał opór Mocy, która do tej pory bez wysiłku kontrolowała poczynania Prawych. Za nim następna para rzeźników weszła na molo. Ostatnia dwójka stanęła tuż przy brzegu, jakby chcieli się upewnić, że nikt nie zejdzie na nabrzeże bez ich pozwolenia.
Śmierć uderzyła na nich z tyłu, bez ostrzeżenia.
Wyłoniła się z zaułka, przyciągając na moment uwagę złodzieja tak, że kolejny cios półtoraka omal nie pozbawił go ręki. A zanim padł następny, dwóch Prawych pilnujących wejścia na molo już nie żyło.
Mężczyzna, młody, choć w wieku trudnym do określenia. Wkroczył między nich bezszelestnie i uderzył dwoma bliźniaczo zakrzywionymi ostrzami. Sztychy były tak szybkie, jakby ciemne klingi przeszyły powietrze, a nie żywe ciała. Prawi padli, martwi, zanim jeszcze dotknęli ziemi.
Altsin miał wrażenie, jakby nie szedł sam, jakby coś go poprzedzało. Drgnienie powietrza, gaszące wszelką Moc i rozpraszające aspekty. Złodziej widział, jak to coś sięga ku Prawym i jak wspierająca ich Potęga gaśnie. Nagle przestali być marionetkami, lecz stali się na powrót zwykłymi ludźmi.
Słysząc odgłos padających ciał, pozostali Prawi odwrócili się jak na komendę.
Zabójca zatrzymał się przy wejściu na molo. Patrzył na Altsina i tylko na niego, jakby pięciu uzbrojonych mężczyzn między nimi nic nie znaczyło. Luźna szata w piaskowym kolorze nie pozwalała stwierdzić, czy jest szczupły, masywny, zwinny czy grubokościsty, lecz tak naprawdę nie miało to znaczenia. Złodziej był gotów postawić własne dłonie, że to on zabił tę dwójkę, na którą natknął się na dachu. Jego miecze pasowały do ran, były nieco krótsze niż normalne ostrza, lekko zakrzywione, o klingach błyszczących czernią wulkanicznego szkła.
Wszyscy zamarli, jakby sam czas potknął się i zatrzymał w swojej wiecznej wędrówce.
Prawi byli doskonałymi szermierzami, ale gdy wspierająca ich Potęga znikła, znów stali się zwykłymi ludźmi. Umieli dużo, ale teraz nie wystarczyłoby im to nawet wtedy, gdyby było ich tu nie pięciu, lecz piętnastu. Bo dla obcego wojownika byli tylko nieznaczną przeszkodą do usunięcia, tak nieważną, że zdawało się, iż nawet na nich nie patrzy. Skinął złodziejowi głową i uśmiechnął się smutno.
A potem rozpoczął zabijanie.
Ruszył, stawiając szybko drobne kroki, jakby pędził boso po ścieżce wysypanej gorącymi węglami. Pierwszego przeciwnika zabił w pół kroku, złodziej nawet nie dostrzegł cięcia, które odrąbało mężczyźnie ramię wraz z barkiem, w powietrzu mignęło tylko ciemne ostrze, a straszliwie okaleczony szlachcic plusnął do rzeki i natychmiast znikł pod wodą.
Z kolejnym Prawym wymienił dwa ciosy, a potem było mokre uderzenie i nagle zabójca znalazł się za plecami przeciwnika. Nie zaburzając rytmu, zbliżał się ku następnej parze. Mężczyzna, którego minął, stał przez uderzenie serca z mieczem wzniesionym w górę, jakby szykował się do ostatecznego, straszliwego ciosu, po czym broń wypadła mu z ręki, a on sam osunął się na kolana, zgiął wpół, dotykając czołem desek, i cicho zaskomlił. Jego ciałem szarpnął pojedynczy spazm. Znieruchomiał. Woda wypływająca spod molo w miejscu, gdzie klęczał, zabarwiła się szkarłatem.
Chłopak, który zaatakował Altsina, cofnął się do reszty pozostających jeszcze przy życiu Prawych, a sztych miecza, który trzymał w dłoniach, wyraźnie drżał. Bez stojącej za nim Mocy był tylko zwykłym gołowąsem, przerażonym i świadomym swojej śmiertelności.
Jeden z Prawych opuścił nagle miecz, uniósł dłoń i wydusił z siebie:
– Czekaj... ja nie...
Zabójca nie pozwolił mu dokończyć, uderzył lewą klingą z góry, blokując jego ostrze, prawą zaś chlasnął przez szyję i nagle wykonał piękne, perfekcyjne kopnięcie na wprost, posyłając szlachcica pod nogi szarżującego towarzysza. Miękkie zejście z linii ataku i sztych jak czarny kieł wyrastający z pleców mężczyzny skończyły walkę.