Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Wstał, uśmiechnął się, wiedząc, że widzą go równie wyraźnie jak on ich.
– Witam, chłopcy – powiedział. – To nie jest najlepszy czas na zabawę.
Ich oczy zmieniły się. Znów stali się marionetkami, a miejsce między łopatkami, które zawsze mu dokuczało, znów dało o sobie znać. Zignorował to. W oczach szlachciców płonęły wściekłość i szaleństwo. Stanęli do niego przodem, jednakowym ruchem unieśli miecze w salucie.
Obnażył zęby w kpiącym grymasie.
– Nie znam się na szlacheckich formalnościach. – Pozwolił, by drugi kamień wypadł mu z dłoni. – Jestem tylko portowym szczurem i...
Ruszyli jednocześnie, kilka kroków rozbiegu i już frunęli nad uliczką w jego stronę. Tym razem nie było wizji, która prowadziłaby go do walki, ale też nie była ona potrzebna. Widział ostrza przecinające powietrze, wiedział, gdzie uderzą, i wymknął się spod ciosów płytkim unikiem, niemal ocierając o klingi. Poczuł chłód i głód stali, poczuł nienasycone pragnienie krwi. Pamiętał ten głód.
Nagle trzymał w ręku swoje sztylety, proste, z krzyżowym jelcem, żałośnie krótkie w porównaniu z ich mieczami. Ale to była jego dzielnica, jego walka i jego noc. A ci dwaj przyszli tu tylko po to, by umrzeć.
Zakręcił się między nimi, ustawiając tak, że jeden zasłonił go przed drugim, wychwycił nadlatującą klingę między skrzyżowane sztylety i skierował ją w dół. Ostrze grzmotnęło o taras, rozpryskując fragmenty kamionkowych płytek. Altsin, ciągle blisko, uderzył napastnika łokciem w twarz, poprawił, wbił sztylety w oba nadgarstki mężczyzny jednocześnie i je przekręcił.
Ranny zatoczył się do tyłu, wypuszczając broń.
Altsin złapał rękojeść jego miecza, sparował wymierzony w plecy sztych drugiego z Prawych i odskoczył.
Gdzieś na dole upuszczony kamień stuknął o bruk.
Czuł miecz, jak czuje się własne ramię, każdy fragment rękojeści, jelec, każdy cal głowni, od zastawy po sztych.
Spojrzał w oczy drugiemu przeciwnikowi. Pierwszy już się nie liczył, świadomość gasła w jego oczach w miarę, jak trucizna, którą złodziej posmarował ostrza sztyletów, rozchodziła się po ciele. Jakiejkolwiek Potędze pokłonił się szlachcic, jakakolwiek siła za nim stała, trucizna, której Altsin użył, i tak niszczyła mu nerwy i rozkładała krew.
Złodziej uśmiechnął się półgębkiem i zachęcająco poruszył mieczem.
Starli się pośrodku dachu i Altsin wątpił, by ktokolwiek w dzielnicy mógł tę walkę przegapić. Dźwięk, z jakim zderzyły się klingi, eksplodował nad dachami, zagłuszając wszystkie pozostałe odgłosy. Miał wrażenie, że cała okolica ucichła. A oni stali, klinując ostrza, napierając i próbując przepchnąć przeciwnika. A potem Prawy odskoczył, otaczając się skomplikowanym młynkiem, i cofnął na sam skraj dachu.
Zbliżali się. Czuł ich, sześć cieni pędzących ku niemu z różnych stron dzielnicy. Teraz mieliby szansę, siedmiu na jednego w miejscu, w którym dałoby się go zaatakować jednocześnie ze wszystkich stron.
Tak się jednak składało, że takie szczury jak on nigdy nie walczą, jeśli mają dokąd uciec.
Muhreya była dzielnicą portową, przylegającą z jednej strony do morza, a z drugiej do Elharan. Ocenił kierunki, z których nadchodzili Prawi. Port odpadał, odcięliby go w połowie drogi. Spojrzał w oczy swojemu przeciwnikowi, obelżywie sparodiował jego salut i runął w kierunku rzeki.
Bieg przez dachy i tarasy wyglądał teraz inaczej. Widział wszystko jak w świetle dnia, każdy szczegół, łuszczącą się farbę na szczeblach balustrad, każdy liść bluszczu porastającego altanki, pojedyncze gwoździe w ścianach szop i przybudówek, ludzi przyczajonych wśród cieni. Gdyby chciał teraz na nich zapolować... Hrabia nie wyprowadziłby stąd nikogo żywego.
Dotarł do ostatniego budynku. Odbił się i skoczył trzydzieści stóp w dół.
Gładko wylądował na bruku. Przed sobą miał fragment umocnionego brzegu i długie, wąskie molo, przy którym powinno cumować co najmniej kilkanaście łodzi.
Molo było puste.
Byli tuż za nim. Dwóch z prawej, dwóch z lewej, trzech z tyłu. Zwolnili pościg, jakby wiedząc, że nie może im już uciec. Bendoret Terleach myślał jak wojskowy, a dobry generał dba o to, żeby wróg nie mógł się wymknąć. A jeśli pomyślał o rzece, to zapewne ustawił na niej kilka własnych łodzi, mających wyłapywać tych, którzy spróbują uciec wpław.
Altsin przełożył miecz z ręki do ręki. Molo było szerokie na ledwo kilka stóp. Walka jeden na siedmiu nie wchodziła na nim w grę, a Elharan... Spojrzał na mętne wody. Już go dzisiaj oceniła.
Pościg pojawił się na brzegu, gdy złodziej był w połowie molo. Napastnicy zeskakiwali z dachów, wyłaniali się z uliczek. Nie obejrzał się, promieniująca od Prawych Moc była wyczuwalna na setki jardów. Mógłby wskazywać ich palcem nawet z zamkniętymi oczami. Wszyscy choć trochę uzdolnieni magicznie w okolicy musieli teraz odchodzić od zmysłów.
Swędzenie między łopatkami, o którym w czasie walki i ucieczki niemal zapomniał, wróciło.
Doszedł do końca molo i spojrzał na nurt. Wciąż widział wszystko niemal tak dobrze, jak w świetle dnia. Rzeka niosła ze sobą mnóstwo śmieci, pieniła się, szumiała. Przynajmniej będzie miał świadka tego starcia.
Gdzieś za plecami Prawych dzielnica ożyła kilkoma błyskami i złowróżbnym grzmotem. Tam też walka trwała, złodzieje i bandyci przeciw straży. Portowi czarownicy przeciwko magom hrabiego. Ale teraz, bez grozy Prawych nad głową, Cetron miał wreszcie realną szansę. Szybko powinien odzyskać kontrolę na dachami i wystrzelać ludzi Terleacha z kusz.
Altsin uśmiechnął się, odwracając do nabrzeża. Być może ta noc nie skończy się rzezią Ligi. Może nawet sam hrabia da głowę. Dobrze byłoby wiedzieć, że człowiek nie pęta się po próżnicy, gdzie go nie proszą.
Nadchodzili. Siedmiu mężczyzn ubranych w ciemne zielenie i granat. Kolory lepsze do krycia się w cieniach niż brąz i czerń. Altsin oparł sztych miecza o deski, splótł dłonie na rękojeści, stanął w lekkim rozkroku.