Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 162 163 164 165 166 167 168 169 170 ... 173
Перейти на страницу:

Wstał, uśmiech­nął się, wie­dząc, że wi­dzą go rów­nie wy­raź­nie jak on ich.

– Wi­tam, chłop­cy – po­wie­dział. – To nie jest naj­lep­szy czas na za­ba­wę.

Ich oczy zmie­ni­ły się. Znów sta­li się ma­rio­net­ka­mi, a miej­sce mię­dzy ło­pat­ka­mi, któ­re za­wsze mu do­ku­cza­ło, znów dało o so­bie znać. Zi­gno­ro­wał to. W oczach szlach­ci­ców pło­nę­ły wście­kłość i sza­leń­stwo. Sta­nę­li do nie­go przo­dem, jed­na­ko­wym ru­chem unie­śli mie­cze w sa­lu­cie.

Ob­na­żył zęby w kpią­cym gry­ma­sie.

– Nie znam się na szla­chec­kich for­mal­no­ściach. – Po­zwo­lił, by dru­gi ka­mień wy­padł mu z dło­ni. – Je­stem tyl­ko por­to­wym szczu­rem i...

Ru­szy­li jed­no­cze­śnie, kil­ka kro­ków roz­bie­gu i już fru­nę­li nad ulicz­ką w jego stro­nę. Tym ra­zem nie było wi­zji, któ­ra pro­wa­dzi­ła­by go do wal­ki, ale też nie była ona po­trzeb­na. Wi­dział ostrza prze­ci­na­ją­ce po­wie­trze, wie­dział, gdzie ude­rzą, i wy­mknął się spod cio­sów płyt­kim uni­kiem, nie­mal ocie­ra­jąc o klin­gi. Po­czuł chłód i głód sta­li, po­czuł nie­na­sy­co­ne pra­gnie­nie krwi. Pa­mię­tał ten głód.

Na­gle trzy­mał w ręku swo­je szty­le­ty, pro­ste, z krzy­żo­wym jel­cem, ża­ło­śnie krót­kie w po­rów­na­niu z ich mie­cza­mi. Ale to była jego dziel­ni­ca, jego wal­ka i jego noc. A ci dwaj przy­szli tu tyl­ko po to, by umrzeć.

Za­krę­cił się mię­dzy nimi, usta­wia­jąc tak, że je­den za­sło­nił go przed dru­gim, wy­chwy­cił nad­la­tu­ją­cą klin­gę mię­dzy skrzy­żo­wa­ne szty­le­ty i skie­ro­wał ją w dół. Ostrze grzmot­nę­ło o ta­ras, roz­pry­sku­jąc frag­men­ty ka­mion­ko­wych pły­tek. Alt­sin, cią­gle bli­sko, ude­rzył na­past­ni­ka łok­ciem w twarz, po­pra­wił, wbił szty­le­ty w oba nad­garst­ki męż­czy­zny jed­no­cze­śnie i je prze­krę­cił.

Ran­ny za­to­czył się do tyłu, wy­pusz­cza­jąc broń.

Alt­sin zła­pał rę­ko­jeść jego mie­cza, spa­ro­wał wy­mie­rzo­ny w ple­cy sztych dru­gie­go z Pra­wych i od­sko­czył.

Gdzieś na dole upusz­czo­ny ka­mień stuk­nął o bruk.

Czuł miecz, jak czu­je się wła­sne ra­mię, każ­dy frag­ment rę­ko­je­ści, je­lec, każ­dy cal głow­ni, od za­sta­wy po sztych.

Spoj­rzał w oczy dru­gie­mu prze­ciw­ni­ko­wi. Pierw­szy już się nie li­czył, świa­do­mość ga­sła w jego oczach w mia­rę, jak tru­ci­zna, któ­rą zło­dziej po­sma­ro­wał ostrza szty­le­tów, roz­cho­dzi­ła się po cie­le. Ja­kiej­kol­wiek Po­tę­dze po­kło­nił się szlach­cic, ja­ka­kol­wiek siła za nim sta­ła, tru­ci­zna, któ­rej Alt­sin użył, i tak nisz­czy­ła mu ner­wy i roz­kła­da­ła krew.

Zło­dziej uśmiech­nął się pół­gęb­kiem i za­chę­ca­ją­co po­ru­szył mie­czem.

Star­li się po­środ­ku da­chu i Alt­sin wąt­pił, by kto­kol­wiek w dziel­ni­cy mógł tę wal­kę prze­ga­pić. Dźwięk, z ja­kim zde­rzy­ły się klin­gi, eks­plo­do­wał nad da­cha­mi, za­głu­sza­jąc wszyst­kie po­zo­sta­łe od­gło­sy. Miał wra­że­nie, że cała oko­li­ca uci­chła. A oni sta­li, kli­nu­jąc ostrza, na­pie­ra­jąc i pró­bu­jąc prze­pchnąć prze­ciw­ni­ka. A po­tem Pra­wy od­sko­czył, ota­cza­jąc się skom­pli­ko­wa­nym młyn­kiem, i cof­nął na sam skraj da­chu.

Zbli­ża­li się. Czuł ich, sześć cie­ni pę­dzą­cych ku nie­mu z róż­nych stron dziel­ni­cy. Te­raz mie­li­by szan­sę, sied­miu na jed­ne­go w miej­scu, w któ­rym da­ło­by się go za­ata­ko­wać jed­no­cze­śnie ze wszyst­kich stron.

Tak się jed­nak skła­da­ło, że ta­kie szczu­ry jak on ni­g­dy nie wal­czą, je­śli mają do­kąd uciec.

Muh­reya była dziel­ni­cą por­to­wą, przy­le­ga­ją­cą z jed­nej stro­ny do mo­rza, a z dru­giej do El­ha­ran. Oce­nił kie­run­ki, z któ­rych nad­cho­dzi­li Pra­wi. Port od­pa­dał, od­cię­li­by go w po­ło­wie dro­gi. Spoj­rzał w oczy swo­je­mu prze­ciw­ni­ko­wi, obe­lży­wie spa­ro­dio­wał jego sa­lut i ru­nął w kie­run­ku rze­ki.

Bieg przez da­chy i ta­ra­sy wy­glą­dał te­raz ina­czej. Wi­dział wszyst­ko jak w świe­tle dnia, każ­dy szcze­gół, łusz­czą­cą się far­bę na szcze­blach ba­lu­strad, każ­dy liść blusz­czu po­ra­sta­ją­ce­go al­tan­ki, po­je­dyn­cze gwoź­dzie w ścia­nach szop i przy­bu­dó­wek, lu­dzi przy­cza­jo­nych wśród cie­ni. Gdy­by chciał te­raz na nich za­po­lo­wać... Hra­bia nie wy­pro­wa­dził­by stąd ni­ko­go ży­we­go.

Do­tarł do ostat­nie­go bu­dyn­ku. Od­bił się i sko­czył trzy­dzie­ści stóp w dół.

Gład­ko wy­lą­do­wał na bru­ku. Przed sobą miał frag­ment umoc­nio­ne­go brze­gu i dłu­gie, wą­skie molo, przy któ­rym po­win­no cu­mo­wać co naj­mniej kil­ka­na­ście ło­dzi.

Molo było pu­ste.

Byli tuż za nim. Dwóch z pra­wej, dwóch z le­wej, trzech z tyłu. Zwol­ni­li po­ścig, jak­by wie­dząc, że nie może im już uciec. Ben­do­ret Ter­le­ach my­ślał jak woj­sko­wy, a do­bry ge­ne­rał dba o to, żeby wróg nie mógł się wy­mknąć. A je­śli po­my­ślał o rze­ce, to za­pew­ne usta­wił na niej kil­ka wła­snych ło­dzi, ma­ją­cych wy­ła­py­wać tych, któ­rzy spró­bu­ją uciec wpław.

Alt­sin prze­ło­żył miecz z ręki do ręki. Molo było sze­ro­kie na le­d­wo kil­ka stóp. Wal­ka je­den na sied­miu nie wcho­dzi­ła na nim w grę, a El­ha­ran... Spoj­rzał na męt­ne wody. Już go dzi­siaj oce­ni­ła.

Po­ścig po­ja­wił się na brze­gu, gdy zło­dziej był w po­ło­wie molo. Na­past­ni­cy ze­ska­ki­wa­li z da­chów, wy­ła­nia­li się z uli­czek. Nie obej­rzał się, pro­mie­niu­ją­ca od Pra­wych Moc była wy­czu­wal­na na set­ki jar­dów. Mógł­by wska­zy­wać ich pal­cem na­wet z za­mknię­ty­mi ocza­mi. Wszy­scy choć tro­chę uzdol­nie­ni ma­gicz­nie w oko­li­cy mu­sie­li te­raz od­cho­dzić od zmy­słów.

Swę­dze­nie mię­dzy ło­pat­ka­mi, o któ­rym w cza­sie wal­ki i uciecz­ki nie­mal za­po­mniał, wró­ci­ło.

Do­szedł do koń­ca molo i spoj­rzał na nurt. Wciąż wi­dział wszyst­ko nie­mal tak do­brze, jak w świe­tle dnia. Rze­ka nio­sła ze sobą mnó­stwo śmie­ci, pie­ni­ła się, szu­mia­ła. Przy­naj­mniej bę­dzie miał świad­ka tego star­cia.

Gdzieś za ple­ca­mi Pra­wych dziel­ni­ca oży­ła kil­ko­ma bły­ska­mi i zło­wróżb­nym grzmo­tem. Tam też wal­ka trwa­ła, zło­dzie­je i ban­dy­ci prze­ciw stra­ży. Por­to­wi cza­row­ni­cy prze­ciw­ko ma­gom hra­bie­go. Ale te­raz, bez gro­zy Pra­wych nad gło­wą, Ce­tron miał wresz­cie re­al­ną szan­sę. Szyb­ko po­wi­nien od­zy­skać kon­tro­lę na da­cha­mi i wy­strze­lać lu­dzi Ter­le­acha z kusz.

Alt­sin uśmiech­nął się, od­wra­ca­jąc do na­brze­ża. Być może ta noc nie skoń­czy się rze­zią Ligi. Może na­wet sam hra­bia da gło­wę. Do­brze by­ło­by wie­dzieć, że czło­wiek nie pęta się po próż­ni­cy, gdzie go nie pro­szą.

Nad­cho­dzi­li. Sied­miu męż­czyzn ubra­nych w ciem­ne zie­le­nie i gra­nat. Ko­lo­ry lep­sze do kry­cia się w cie­niach niż brąz i czerń. Alt­sin oparł sztych mie­cza o de­ski, splótł dło­nie na rę­ko­je­ści, sta­nął w lek­kim roz­kro­ku.

1 ... 162 163 164 165 166 167 168 169 170 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)