Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
W trakcie, gdy przemierzali osadę, napotkani po drodze ogirowie pozdrawiali najstarszą, kłaniając się albo dygając, z zainteresowaniem także przypatrywali się gościom. Skupiona twarz Alar odstraszała jednak wszystkich przed próbą zatrzymania na pogawędkę. Brak kopców stanowił jedyny widomy znak, że opuścili osadę, nadal napotykali ogirów, którzy doglądali drzew, tu i ówdzie z pomocą smoły, pił albo toporów usuwali martwe konary lub te gałęzie, które zasłaniały światło słońca. Prace te wykonywali z niezwykłą pieczołowitością.
Dołączył do nich Juin, który przyprowadził konie, nadjechał także Hurin, Uno i żołnierze z jucznymi końmi, chwilę zaś później Alar wyciągnęła rękę i powiedziała:
— To tam.
To był koniec wymiany uszczypliwości.
Rand zdumiał się na moment. Brama winna była się znajdować na zewnątrz stedding — do stworzenia dróg używano Jedynej Mocy, więc nie mogły powstawać we wnętrzu stedding — a nic nie wskazywało na to, by przekroczyli granicę. Potem jednak zauważył różnicę, zniknęło wrażenie utraty, które towarzyszyło mu od chwili wejścia na teren stedding. To przyprawiło go o dreszcz innego rodzaju. Saidin powrócił. Czekał.
Alar poprowadziła ich obok wysokiego dębu, za którym, na niewielkiej polanie, stała wielka tablica bramy, z przodu pokryta misternie wyrzeźbioną plątaniną pnączy i liści stu odmian roślin. Wokół skraju polany ogirowie wybudowali niski, kamienny wieniec, który wyglądał tak, jakby tam rósł, przywodząc na myśl kolisty kłąb utworzony z korzeni. Na jego widok Randowi zrobiło się nieswojo. Po chwili spostrzegł, że te korzenie przypominają korzenie jeżyn, dzikich róż, płonących krzaków i kolczastych dębów. Roślin, w które nikt nie ma ochoty wdepnąć.
Najstarsza zatrzymała się tuż przed wieńcem.
— Ten mur ma odstraszać wszystkich, którzy tu przyjdą. Mało kto to robi. Ja sama nie przekroczę go. Ale wam wolno.
Juin nie podszedł tak blisko jak ona, bezustannie ocierał ręce o kaftan i nie patrzył w stronę bramy.
— Dziękuję ci — powiedziała Verin. — Potrzeba jest naprawdę wielka, bo inaczej nie prosiłabym o to.
Rand cały ścierpł, gdy Aes Sedai dała krok ponad wieńcem i podeszła do bramy. Loial zrobił głęboki wdech i mruknął coś do siebie. Uno i inni żołnierze poruszyli się niespokojnie w siodłach i wyswobodzili miecze z pochew. Na drogach nie było nic takiego, przeciwko czemu dałoby się zrobić użytek z miecza, ale przynajmniej w taki sposób mogli się utwierdzić w przekonaniu o swej gotowości do walki. Tylko Ingtar i Aes Sedai wyglądali na spokojnych — nawet Alar wczepiła dłonie w poły spódnicy.
Verin oderwała liść Avendesory, a Rand pochylił się z napięciem do przodu. Kusiło go, by wezwać pustkę, znaleźć się tam, gdzie w razie potrzeby będzie mógł dotknąć saidina.
Zieleń wyrzeźbiona na bramie zafalowała na niewyczuwalnym wietrze, zatrzepotały liście, gdy w samym środku ich gąszczu otwarła się szczelina i po chwili obie połowy bramy zaczęły się rozsuwać na boki.
Rand wbił wzrok w szczelinę, gdy tylko się zarysowała. Nie było za nią mętnego, srebrzystego odbicia, jedynie czerń ciemniejsza niż smoła.
— Zamknij bramę! — krzyknął. — Czarny Wiatr! Zamknij ją!
Verin obdarzyła go jednym zaskoczonym spojrzeniem i wcisnęła potrójny liść z powrotem między inne, różnorodne liście. Pozostał tam, gdy odjęła dłoń i cofnęła się w stronę kamiennego wieńca. Gdy tylko liść Avendesory powrócił na miejsce, brama natychmiast zaczęła się zamykać. Szczelina zniknęła, pnącza i liście z obu połów splotły się z sobą, ukrywając czerń Machin Shin, a brama na powrót stała się blokiem kamienia, nawet jeśli rzeźbieniom na jego płaszczyźnie nadano większe podobieństwo życia, niż to się zdawało możliwe.
Alar wypuściła drżący oddech.
— Machin Shin. Tak blisko.
— Nie próbował się wydostać na zewnątrz — zauważył Rand.
Juin wydał zduszony okrzyk.
— Powiadam ci — powiedziała Verin — Czarny Wiatr to istota należąca do dróg. Nie może ich opuścić.
Głos miała spokojny, nie przestawała jednak wycierać dłoni o spódnicę. Rand otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował.
— Nadal nie rozumiem — ciągnęła — dlaczego on tu jest. Najpierw w Cairhien, teraz tutaj.
Drgnął, gdy spojrzała na niego z ukosa. Spojrzenie to było tak przelotne, że nie sądził, by ktoś inny je zauważył, wydało mu się jednak, że w jakiś sposób łączyło go z Czarnym Wiatrem.
— Nigdy o czymś takim nie słyszałam — oświadczyła Alar. — By Machin Shin się czaił na otwarcie Bramy. Zawsze błąkał się po drogach. Dużo jednak czasu upłynęło, być może Czarny Wiatr głoduje i liczy, że złapie kogoś nieostrożnego, kto wejdzie do którejś z bram. Verin, z całą pewnością nie możecie skorzystać z tej bramy. I choćby nie wiadomo jak wielka była wasza potrzeba, nie mogę powiedzieć, że jest mi przykro. Drogi należą już do Cienia.
Rand spojrzał krzywo na bramę.
„Czy to możliwe, żeby on mnie ścigał?”
Za wiele rodziło się pytań. Czyżby Fain w jakiś sposób rozkazywał Czarnemu Wiatrowi? Verin twierdziła, że to niemożliwe. I po cóż Fain miałby żądać, by on go ścigał, a potem próbował go zatrzymać? Wiedział tylko tyle, że wierzy w wiadomość od Faina. Musi pojechać na Głowę Tomana. Nawet gdyby następnego dnia znaleźli Róg Valere i sztylet Mata pod jakimś krzakiem, i tak musi tam pojechać.
Verin stała nieruchomo, oczy zasnuwała jej myśl. Mat usiadł na wieńcu, z głową skrytą w dłoniach, Perrin zaś przypatrywał mu się ze współczuciem. Loial wyraźnie odetchnął, że nie będą musieli korzystać z bramy i jednocześnie się wstydził, że z tego powodu odczuł ulgę.
— Rozstajemy się z tym miejscem — obwieścił Ingtar. — Verin Sedai, przyjechałem tu za tobą, wbrew własnemu zdaniu, dalej jednak towarzyszyć ci nie mogę. Mam zamiar wrócić do Cairhien. Barthanes może zdradzić, dokąd udali się Sprzymierzeńcy Ciemności i ja go zmuszę do tego.
— Fain pojechał na Głowę Tomana — powiedział znużonym głosem Rand. — A tam, dokąd on pojechał, jest Róg, a także sztylet.
— Uważam... — Perrin wzruszył ramionami, demonstrując zniechęcenie — uważam, że moglibyśmy sprawdzić jakąś inną bramę. W jakimś innym stedding?
Loial pogładził się po podbródku i zaczął mowić bardzo szybko, jakby chciał skompensować tę ulgę, którą odczuł w wyniku poniesionej przez nich porażki.
— W górze rzeki Iralell leży Stedding Cantoine, a na wschód od niego, na Grzbiecie Świata, znajduje się Stedding Taijing. Bliżej jednak jest do bramy w Caemlyn, w miejscu po dawnym gaju, a już najbliżej do bramy w gaju koło Tar Valon.
— Obawiam się, że z którejkolwiek bramy byśmy skorzystali — odparła nieobecnym głosem Verin — wszędzie natkniemy się na Czarny Wiatr.
Alar spojrzała na nią pytająco, ale Aes Sedai nie dodała już nic więcej, w każdym razie nic takiego, co ktoś jeszcze mógłby usłyszeć. Mruknęła za to coś do siebie, kręcąc głową, jakby wiodła wewnętrzny spór.
— To, czego nam trzeba — zaczął nieśmiało Hurin — to któregoś z kamieni portalu. — Popatrzył na Alar, potem na Verin, a gdy żadna nie kazała mu zamilknąć, mówił dalej, z rosnącym przekonaniem. — Lady Selene powiedziała, że dawne Aes Sedai badały tamte światy i dzięki temu właśnie wiedziały, jak tworzyć drogi. A to miejsce, w którym byliśmy... no cóż, pokonanie stu lig zabrało nam dwa, nawet niecałe dwa dni. Gdybyśmy posłużyli się kamieniem portalu, by udać się do tamtego świata, albo innego, podobnego, to, no przecież, starczyłoby nam tygodnia lub dwóch, by dotrzeć do oceanu Aryth i stamtąd moglibyśmy pojechać prosto na Głowę Tomana. Może nie tak szybko jak przez drogi, ale to, jakby nie patrzył, szybciej niż gdyby jechać na zachód. Co ty na to, lordzie Ingtarze? Lordzie Rand?