Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną
- Автор: Maslowska Dorota
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną». Краткое содержание книги:
Książka ukazuje się z rekomendację znanego poety Marcina Świetlickiego, który podsumował ją następująco: Podejrzewam, że Masłowska jest ruskim szpiegiem. Książkę tę napisała po to, by bezkarnie poruszać się w naszej polskiej rzeczywistości i zamydlić nam, Polakom, oczy. Nigdy w życiu nie chciałbym się z nią osobiście spotkać, albowiem obawiam się, że wyssie ze mnie wszystko co najcenniejsze i na swój szpiegowsko-rosyjski sposób przetworzy to dla siebie. Z drugiej jednak strony, jeżeli chodzi o tę książkę, to jestem bardzo zadowolony. Tutaj nie nasuwa się pytanie, czy jest to proza kobieca, czy męska. Jest to kawał lekko nadpsutego literackiego mięsa i, zdaje się, warto było żyć 40 lat, aby wreszcie coś tak interesującego przeczytać.
Jak ja to sobie myślę, to z miejsca te rzeczy, te pocztówki, te wszystkie gumy- kulki toczące się jak gra jakaś zręcznościowa, one lecą w mym kierunku, a ja je muszę łapać. Zbieram, choć jak sobie wyobrażam, że chodzę akuratnie po Andżeli mięsie, to robi mi się słabo i zataczam się na meble. Papierki niedopałki wyciśnięte w kształt jej ust czarnych, wszystko to do siatki. Nieprzeziernej. I do szafy. Pod ciuchy, pod namiot czteroosobowy, deską do prasowania przywalam, co by nikt i nigdy tego nie tknął z mej rodziny i nie zaraził się trupim jadem.
Wtem raptem dzwonek do drzwi. Szok. Panika. Czyby nie wziąć w garść swe adidasy i nie skitrać się w meblościankę, że niby mnie nie ma. a ten syf na wersalce i wszędzie, ten sznureczek przy żaluzji pionowej doszczętnie zerwany, ptasie mleczka wyjedzone, ta krew ciągnąca się od wersalki przez wykładzinę, przez przedpokój do drzwi, przez schodki, przez chodnik, przez furtkę, przez asfalt do przystanku, przez autobus cały linii 3 do kierowcy i potem z powrotem na siedzenie i do wyjścia, to nie jest krew, lecz farba czerwona, której użyto do wymalowania dolnej części miasta z okazji Dnia Bez Ruska, a co widocznie ciekła z kieszeni jakiemuś robotnikowi. Tak powiem. Policja i straż miejska razem, dziewczyna nie żyje, wykrwawiła się w drodze, całe miasto ubrudziła wzdłuż i wszerz, akurat w przeddzień miejskiego święta Dnia Bez Ruska, złą renomę zrobiła całemu miastu, że nie żyjemy tu jak ludzie, tylko jak zwierzęta rzeźne. A pan za to odpowiada, proszę dokumenty, nazwisko matki, zainteresowania, hobby.
Tak sobie wyobrażam i dreszcz mnie łapie. Lecz dzwonek nie ustaje, więc co mam robić. Choć nawet jestem w tych spodniach brudnych z plamą, to jest to dzwonek wręcz alarmowy, wręcz mogący człowieka zabić, jeśli drzwi nie otworzy. Co idę przez przedpokój na wpół niedowidzący, ze zdziczałą powieką niczym stroboskop mrugającą, powieką jak osobne zwierzę toczące me oko. Skazany na śmierć, skazany na śmierć przez jasność, odłamki słońca zatknięte w powieki.
Wtedy otwieram. Otwieram. Otwieram te zamki, co zamknęłem wcześniej. Wkurwiony trochę. Gdyż z tym dzwonkiem to jest przesada, istny gwałt przez uszy i sypiący się tynk ze sufitu na me twarz, istny elektrowstrząs połączony kablem iskrzącym z moją głową. I nie wiem, jak trzeba mieć nachujane w głowie, by wciskać dzwonek od cudzego domu w tak chamski sposób.
Otwieram i nie spojrzywszy w ogóle mówię: co, kurwa?
Andżela w drzwiach. Andżela w drzwiach. Żyjąca. Na nogach się trzymająca o własnych siłach. Stoi. Gapi się w naprzemiennie we mnie i w centrum mych spodni. Jakby dobrze nie wiedziała, że to jej dzieło i gdyby była koleżanką, to by to uprała, gdyby była fair. Ale ona nie. Stoi. W tle ulica przemalowana na biało-czerwono. Andżeli twarz, jakby ją wywapnowali przeciw robakom na wiosnę, a oczy, usta, te wszystkie bajery dorysowali czarną akwarelką.
Niczym zwiędła i zgniła roślina doniczkowa. Wygląda, jak gdyby przed minutką wylazła z rzeki, w której utopiła się przed miesiącem. A w międzyczasie osrały ją ważki. Patrzę na nią. Nie jest ładna. Jak zakonnica tą porą roku w parkach, podtrzymuje z trudem na więdnącej raz po raz szyi twarz mężczyzny. W podkutym jakimiś sygnetami kościstym łapsku trzyma równie zwiędłą co ona sama flagę biało-czerwoną. papierową.
Kupiłam od Ruskich – mówi anemicznie, jak gdyby występowała właśnie z wierszem w akademii o Lesie Piaśnickim. I macha słabo. Niczym by mówiła: to nie ja tu przylazłam. To ktoś się pode mnie podszywa.
Gapię się na nią jak w gnat. Gdyż jest żywa, cała, nie poszła do piekła, nie urządziła mnie tak, nie jest taką świnią, by mi tu sprowadzić na chatę suki i psychologów sądowych. I szatana wkurwionego: Silny, zabiłeś ją, skurwysynie, mą córeczkę małą, a była taka szczupła, lubiła wycieczki, lubiła podróże.
Teraz widzę, iż na pewno nie jest ładna. Wręcz jakby przyszły do mnie zwęglone resztki kurczaka. Od Ruskich, powtarzam za nią, trzymając drzwi kurczowo w ręce, co by nie zachciało jej się wchodzić przypadkiem. Trupia wiara. I nie wiem, czy mam taki po prostu film, że ona przyszła tu odebrać swoje dziewictwo czarne, co wczoraj zostawiła. Że po nie wraca, ale już nieżywa, już krew spuszczona. Przez noc umarła, a teraz raptem wróciła. A ja nie wiem o czym z nią gadać.
Andżela, ty masz wąsy – zagajam, gapiąc się w nią, by nawiązać rozmowę.
Wąsy? – ona pyta tępo, podnosząc swą zgnitą rękę do górnej wargi. Lecz ta ręka również więdnie i opada zgodnie z kierunkiem grawitacji. Wąsy? – powtarza beznamiętnie.
No dosłownie wąsy – mówię dziarsko, gdyż czuję, że ten temat ją kręci. Jest to temat neutralny i wesoły, zabawny. Mówię jej: jak czasem spojrzysz, to ja patrzę na ciebie i myślę sobie: facet.
Ona jakby na to nie reaguje. Nie śmieje się. jakby nie rozumiała po polsku, co to są wąsy. To ją widocznie nie kręci, ten temat. By nie było ciszy nieprzyjemnej niczym mokre pranie rozwieszone między nami, sprzedające nam raz po raz na twarz nogawki i rękawy.
I co słychać? – zagajam więc uśmiechając się krzepiąco do niej, wyciągam rękę, co na niej też zauważam trochę krwi zakrzepłej i klepię ją mocno, przyjacielsko po ramieniu, by wiedziała, że jest między nami przyjaźń, że zawsze możemy zostać kumplami, że jak ją spotkam na ulicy, to zawsze będziemy na cześć między sobą.
Ona na ten gest z mej strony zatacza się dość silnie, podnosi rękę z chorągiewką, macha apatycznie dość i mówi: od Ruskich kupiłam. Unosząc tą oklapniętą chorągiewkę. Od Ruskich kupiłam, bo tańsze. Harcerze też sprzedają. Ale drożej. Wiadomo. I z sztucznych tworzyw. Się nie biodegradujących.
Jak to mówi, to nie wiem, ile to może trwać. Z jej strony zero uśmiechu, sama powaga. Obliczam cicho w myśli. Może stoimy już tu godzinę. A może pół. A może sekundę. A może ja już nie żyję. Może przetrzymują mnie właśnie w jakimś papierowym ustępie dla czubków, w jakimś wyciętym z gazety dla kobiet biało-czerwonym odwyku. Niby wszystko pięknie, a jak tylko się poruszę, to klej do papieru pójdzie i rozsypię się tu razem z całym stelażem, pod którym płonie ogień piekielny. Bo to jest specjalne piekło, gdzie się siedzi za amfę. Robią ci chore filmy. A Andżela to nie Andżela. To jakaś tekturka jebnięta. Rusza ustami, a głosu nie słychać. Czarna ryba-młot. Czarna ryba-potwór. Czarny żuraw z origami. I teraz składam podanie o panadol. O szeroko pojęty paracetamol. O zwiększenie wydobycia. Bo od wbitego we mnie tego wzroku wiercącego jakiegoś, bańka zaczyna mnie tak boleć, jakby w jedną chwilę miała się od reszty odlepić, sturlać po schodkach, potoczyć ulicą do studzienki i uzyskać całkowitą niepodległość.
Pies ci zdechł – mówi mętnie Andżela machając flagą. Ja mówię: że niby co?! Ona na to. że Sunia tam leży przy garażu i nie żyje z głodu. Jak ja się wtedy nie zerwę i już mniejsza o to, co za bagno mam na spodniach w barwach narodowych, już mniejsza o to. Gdyż jestem przerażony. Zszokowany. Biorę to ptasie mleczko, biorę z lodówki to, co tam jest, parówkę, mrożonkę, wszystko i lecę. Sunia leży na plecach na trawniku. Co pewnie trzeba będzie go niedługo ostrzyc znowu. Niezbyt jest ożywiona. Sunia, Sunia, mówię i zbiera mi się na płacz. Szczególnie, że widzę gówienko, co z niej wyszło samo, jak wielki czarny robak, co ją zabił i teraz ucieka w ziemię przed karą. Sunia. No weź. Nie bądź świnia, żeby mnie tak urządzić. Wstawaj. Przyniosłem ci tu. Nie lubisz fasolki, ale chyba tak od święta to byś się nie zatruła, jakbyś zjadła kurwa raz taką fasolę, to by ci korona z tego łba płaskiego nie spadła, nie chciałaś żreć, to teraz nie żyjesz, zobaczysz, jak się pani twoja wkurwi dopiero, jak wróci, a tu zamiast psa trup, dom cały we krwi, zobaczysz, że nas zwolni stąd wszystkich, zamknie ten interes… no kurwa obudź się!!
Jak tak wrzeszczę i już nawet robię zamach, by to kopnąć, to przychodzi Andżela. Kładzie mi rękę na ramieniu. Jest poważna, w ręce ma flagę. Mówi do mnie: uspokój się, Silny. Twój ból nic nie pomoże. Wiem, że jesteś w szoku. Tylko spokojnie. Wiem, że bardzo Sunie kochałeś. Lecz teraz ona nie żyje. Nic się na to nie da poradzić. Śmierć idzie z nami ramię w ramię, chucha nam trupem w twarz. Zostawia po sobie ból i cierpienie. Lecz rany się goją.
I kiedy ja tak stoję, zdumiony, całkowicie zaskoczony tym, co się dzieje, iż wszystko nagle wali się i ostatecznie nawet pies zdycha niczym pieczątka na paczce z rozpadem. To Andżela bierze spod garażu łopatę do odśnieżania w zimie i tak jak stoi zaczyna kopać w trawniku grób.
Ja siadam na krawężniku, bo już nie mam na to wszystko siły. Już dosyć, już dziękuję, koniec zabawy, wszyscy idą do siebie do domu, w przedpokoju są już uszykowane ich buciki, to co zostało z ciasta można brać dla rodzeństwa. To koniec. Dziś zgasła ostatnia ma żarówka. Dziś już nie żyję, dziś patrzę, jak ziemia sypie się na wieko trumny ze mną i sam również rzucam sobie grudkę.
Wtedy nagle do Andżeli mówię tak: Ruski Sunie zatruli. Andżela na to: może i tak. Ja na to się wkurwiam, gdyż coraz bardziej to do mnie dochodzi.
Za jednego polskiego psa dwóch Ruskich – mówię – albo trzech. Za Sunie, za jedną śmierć niewinnego, niepolitycznego psa polskiego, trzech Rusków do piachu. Rozstrzelać.
Po czym biorę patyk i pokazuję, gdzie będą stali Ruski i jak będę strzelał.
Agresja zawsze wraca do ciebie. Człowiek człowiekowi wilkiem -mówi Andżela. Nawet trochę ukopała tymi swoimi żyłami bez obudowy. I nim się spostrzegę, ona już jest przy mnie i mówi tak: jak ty masz na imię właściwie, Silny?
Myślę chwilę. Czy ona jest doszczętnie nienormalna?
No Andrzej przecież – mówię. Andrzej Robakowski. A ja Andżelika. Andżelika na drugie Anna – mówi Andżela. Ja też mam na drugie – ja mówię – ale nie powiem. I odbija mi się głodem, bo od dawna nic nie jadłem. No powiedz jak – nalega Andżela, kopiąc dalej. Ja siedzę na krawężniku i mówię, że nie powiem. Ona na to, dlaczego. Ja mówię, że dlatego. Ale moja matka jest Izabela.