Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Planeta wygnania [Planet of Exile - pl]
Planeta wygnania [Planet of Exile - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Planeta wygnania [Planet of Exile - pl]

Электронная книга - «Planeta wygnania [Planet of Exile - pl]». Краткое содержание книги:

Kolonia wysłanników Ligi Wszystkich Światów zmniejszyła się do zaledwie jednego miasta, Landinu. Minęło ponad dziesięć pokoleń odkąd przybyli na planetę krążącą wokół gwiazdy zwanej Eltatin, ale nadal czuli się tutaj obco. Byli przekonani, że Liga zapomniała o nich, ale wciąż żyli w izolacji od tubylczych plemion, choć sami utracili już większość ze swego Dziedzictwa. Czuli, że krok za krokiem, zmajestatyczną powolnością i pierwotnym uporem procesu ewolucji, ten świat ich zabijał. Tym razem z nadejściem długiej Zimy pojawiło się nowe zagrożenie: nadciągające w ogromnej liczbie hordy dzikich koczowników, ghalów. Aby przetrwać muszą zjednoczyć się przeciw ghalom z tubylczym plemieniem Askatewaru, lecz niełatwo przekonać do wspólnej walki plemię, które nie pamięta swej przeszłości.
1 ... 12 13 14 15 16 17 18 19 20 ... 33
Перейти на страницу:

— Słuchajcie! — ryknął co sił w płucach, a jego donośny jak huk gromu głos — „Ma go po mnie”, pomyślał Wold — wymusił mu posłuch, choć tu i tam rozległy się wyraźne pomruki i drwiące szepty. Do tej pory, chociaż wszyscy dość dokładnie wiedzieli co się wydarzyło, temat bezpośredniej przyczyny czy też wymówki do zerwania stosunków z Landinem nie został poruszony poza ścianami rodowego domostwa Wolda. Ogłoszono po prostu, że Umaksuman nie poprowadzi wyprawy, że żadnej wyprawy w ogóle nie będzie, natomiast należy się spodziewać ataku ze strony farbornów. W tych rodach, gdzie nic nie wiedziano o Agacie i Rolery, szybko domyślono się, co się za tym kryje — sądzono, że są to rozgrywki o władzę w łonie najpotężniejszego rodu. Przewijało się to w zawoalowany sposób we wszystkich mowach wygłaszanych teraz podczas Kamiennego Kręgu, a odnoszących się nominalnie do problemu, czy napotkanych poza murami miasta farbornów należy traktować jak wrogów.

— Słuchajcie, Starsi Tewaru — odezwał się Umaksuman. — Mówicie to i tamto, ale o czym tu właściwie gadać! Ghalowie nadchodzą. Za trzy dni staną pod murami Tewaru. Zamilknijcie więc, idźcie ostrzyć swe włócznie i pilnować bram, bo wróg nadciąga i lada chwila na nas uderzy!

Patrzcie! — Wyrzutem ręki wskazał na północ, a jego retoryka i gest były tak sugestywne, że wielu powiodło wzrokiem na tamtą stronę, jakby spodziewali się ujrzeć hordę ghalów wdzierających się w tym właśnie momencie przez mury miasta.

— Trzeba ci było pilnować bramy, kiedy wymykała się przez nią kobieta z twego rodu, Umaksumanie.

Teraz już zostało powiedziane.

— To także twój ród, Ukwecie — odparował gniewnie Umaksuman.

Jeden z nich był jego synem, drugi jego wnukiem; rozmawiali o jego córce. Po raz pierwszy w życiu Wold poczuł wstyd, nagi wstyd przed najlepszymi mężami swego plemienia. Siedział nieruchomo ze spuszczoną głową.

— Tak, to prawda, i dzięki mnie hańba, jaką splamiła nasz ród, została zmazana! Ja i moi bracia wybiliśmy zęby tej brudnej mordzie, z którą się pokładała, i już mieliśmy go sprawić jak się sprawia samce, ale tyś nam w tym przeszkodził swoim głupim gadaniem, Umaksumanie…

— Przeszkodziłem wam, ty głupcze, żebyśmy oprócz ghalów nie mieli na karkach jeszcze i farbornów! Ona jest już dość dorosła, może sobie sypiać z kim chce! To nie powód, żebyśmy…

— Ale nie z farbornem, krewniaku! A ja nie jestem żadnym głupcem!

— Właśnie że jesteś, Ukwecie, bo skorzystałeś z pierwszej okazji, żeby skłócić nas z farbornami i pozbawić jednej szansy zepchnięcia ghalów w bok!

— Nie słyszę tego, co mówisz! Ty kłamco, ty zdrajco! Chwycili za toporki i z dzikim rykiem doskoczyli do siebie pośrodku kręgu. Wold podniósł się z ziemi. Siedzący najbliżej spojrzeli na niego wyczekująco, spodziewając się, że jako Najstarszy i głowa rodu przerwie tę walkę. Ale on tego nie zrobił. Odwrócił się tyłem do zerwanego Kręgu i w ciszy, jaka zapadła, powlókł się sztywnym, ociężałym krokiem ścieżką wijącą się pod wystającymi okapami spiczastych, wysokich dachów do domostwa swego rodu.

Zszedł mozolnie po wyciętych w ziemi schodach do dusznej, ciepłej, przesiąkniętej dymem wielkiej izby ziemianki. Chłopcy i kobiety obstąpili go ze wszystkich stron, pytając, czy Kamienny Krąg został zakończony i dlaczego wrócił sam.

— Umaksuman bije się z Ukwetem — odparł, żeby dali mu spokój, i usiadł przy ogniu, przysuwając nogi do samego paleniska. Nic dobrego nie mogło z tego wyniknąć. Teraz już z niczego nie mogło wyniknąć nic dobrego.

Kiedy zapłakane kobiety wniosły ciało jego wnuka, Ukweta, znacząc drogę szeroką smugą krwi cieknącej z jego rozłupanej toporem czaszki, podniósł wzrok bez ruchu i bez słowa.

— Zabił go. Umaksuman go zabił! Swego krewniaka, swego brata! — zawodziły mu przeraźliwie nad głową żony Ukweta, ale Wold nawet jej nie podniósł. Na koniec potoczył po nich ciężko wzrokiem, jak stare zwierzę osaczone przez myśliwych, i wychrypiał łamiącym się głosem:

— Zamilknijcie… czy choć na chwilę nie możecie zamilknąć…

Następnego dnia znów zaczął padać śnieg. Pochowali Ukweta, pierwszego zmarłego tej Zimy, a śnieg zasypał zwłokom twarz, nim zdążyli przykryć je ziemią. I wtedy, i później Wold nie przestawał myśleć o Umaksumanie, wypędzonym z miasta, kryjącym się gdzieś w górach, samotnie, w sypiącym śniegu. Którego z nich bardziej żałować?

Nie miał ochoty do nikogo się odzywać, zupełnie jakby język stanął mu w gębie kołkiem. Nie ruszał się od ogniska i chwilami nie bardzo wiedział, czy to dzień, czy noc. Spał bardzo źle; miał wrażenie, że właściwie w ogóle nie zasypia, tylko bez przerwy się budzi. Właśnie znów się obudził, kiedy na zewnątrz, na dworze wybuchło jakieś zamieszanie.

Z bocznych korytarzy wpadły do izby z krzykiem jakieś kobiety, chwytając na ręce swoje małe jesienne dzieci.

— Ghale! Ghale! — rozległ się przeraźliwy wrzask. Ale zaraz inne, ze spokojem, jaki przystał kobietom wielkiego rodu, zaprowadziły porządek i wszystkie usiadły w oczekiwaniu.

Nikt nie przyszedł po Wolda.

Wiedział, że nie jest już wodzem; ale czy to znaczyło, że przestał być także mężczyzną? Że musi siedzieć przy ogniu z dzieciarnią i kobietami, w wygrzebanej w ziemi norze?

Zniósł pohańbienie przed swoimi współplemieńcami, lecz utraty własnego poczucia godności znieść nie mógł; wstał trzęsąc się trochę i zaczął grzebać w swojej starej, malowanej skrzyni, szukając skórzanego kubraka i swej ciężkiej włóczni, włóczni, którą dawno, dawno temu sam, w pojedynkę, zabił śnieżnego ghala. Teraz zrobił się sztywny i ociężały, najlepsze dni miał już za sobą, lecz przecież wciąż był tym samym człowiekiem, tym samym mężczyzną, który tą włócznią zabijał w śniegach innej Zimy. Czy tak nie było? Nie powinni byli zostawić go tu, przy ognisku, kiedy nadciągnął wróg.

Jego głupie kobiety otoczyły go z piskiem i biadoleniem, przez co wszystko zaczęło mu się plątać i jeszcze bardziej go to rozeźliło. Stara Kerly szybko je przepędziła, oddała mu włócznię, którą jedna z nich zabrała, i zapięła mu pod szyją opończę z futra szarych korio, którą uszyła dla niego Jesienią. Tylko ona jedna wiedziała jeszcze co to mężczyzna. Przyglądała mu się w milczeniu z pełną smutku dumą, więc on idąc trzymał się najprościej jak potrafił. Kerly była starą zrzędliwą babą, a on głupim staruchem, ale ich duma pozostała. Wspiął się po schodach, wyszedł na dwór i w mroźnym powietrzu jasnego dnia usłyszał dobiegające spoza murów nawoływania obcych głosów.

Mężczyźni zebrali się na prostokątnej platformie nad dymnikiem Domu Niebycia. Rozstąpili się przed nim, gdy z największym trudem wdrapał się po drabinie. Tak się zasapał i trząsł ze zmęczenia, że przez moment nic nie widział na oczy. Kiedy po chwili odzyskał zdolność widzenia, to co ujrzał wprawiło go w takie osłupienie, że zapomniał o całym świecie.

Dolina u podnóża Tewaru, wijąca się z północy na południe aż do rzeki na wschód od lasów, wezbrała po brzegi, jak górski potok Wiosną, zaroiła się, wypełniła ludźmi. Ludzka ciżba płynęła na południe falami burej powodzi, leniwie i ospale, rozlewała się szeroko i zwężała, przystawała, kłębiła się w miejscu i ruszała dalej, a wszystko przy wtórze krzyków i wrzasków, skrzypienia drewna, trzasków batów, ochrypłego ryku haynn, płaczu niemowląt i jednostajnego nawoływania się ciągnących prymitywne nosze. Tu i ówdzie błyskał kolorem zwinięty wojłokowy namiot, malowany kobiecy naramiennik, kita piór, ostrze włóczni. Ten smród, ten zgiełk, ten ruch, ciągły, nieustający ruch to wielki jesienny trek. Nigdy jeszcze w całym przedczasie nie było takiego treku, nigdy nie ciągnęło ich tylu naraz. Wypełniali rozszerzającą się ku północy dolinę aż po same jej krańce i wciąż wlewali się do niej nieprzerwaną falą, której nie było widać końca. A to tylko kobiety, dzieci i tabory…

1 ... 12 13 14 15 16 17 18 19 20 ... 33
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)