Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Płomień serca [Heartfire - pl]
Płomień serca [Heartfire - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Płomień serca [Heartfire - pl]

Электронная книга - «Płomień serca [Heartfire - pl]». Краткое содержание книги:

Peggy jest Żagwią, potrafi spojrzeć w płomień jaśniejący w sercu każdego człowieka. Chroni Alvina Stwórcę od chwili narodzin, od dnia, kiedy Niszczyciel pierwszy raz spróbował go zabić. Jednak przeznaczenie pchnęło ich oboje na różne szlaki. Alvin ruszył na północ, gdzie jego zdolności uważane są za czarnoksięstwo, a korzystanie z nich karane jest śmiercią. Peggy pociągnęła na południe, gdyż zobaczyła w przyszłości straszliwą wojnę i zniszczenie. Tylko jedna ścieżka prowadzi przez chaos wojny, a misją Peggy jest przeprowadzeni…
1 ... 12 13 14 15 16 17 18 19 20 ... 80
Перейти на страницу:

— Czy angielski nie jest zabawny?

— Im dłużej cię znam, tym mniej jestem pewny, że to, co mówisz, jest po angielsku.

— Do diabła, na tym polega doskonałość języka. Można nim mówić na dziesięć tysięcy różnych sposobów, a wciąż jest OK.

— To barbarzyńskie wyrażenie! Co to znaczy?

— „Oli Korrekt”, czyli wszystko w porządku. Taki żart z ludzi, którzy za bardzo się przejmują, jak słowa są zapisane.

— O właśnie. Zapisać, to ma sens. Ślad atramentu zostaje za piórem. Za sobą zostawiasz swe pisma. Twoja ohydna mikstura powinna się nazywać „podmieszanka”.

Gęsta maź z masła i melasy bulgotała już na ogniu.

— Dobra i gorąca — stwierdził Calvin. — Chcesz trochę?

— Tylko aby odsunąć grożącą mi śmierć głodową.

— Leczy głód, ale też francuską chorobę, i jeszcze cholerę, że już nie wspomnę o tym, jak wściekłe psy od niej skomlą i uciekają.

— We Francji nazywamy ją angielską chorobą.

— Od tej bandy purytanów? Jak mogą złapać chorobę płciową?

— Może i żyją czystą doktryną, ale rżną się jak króliki — oświadczył Honore. — Dziewięcioro dzieci w rodzinie, a mniej to znak, że Bóg ich znienawidził.

— Obawiam się, że nauczyłem cię mówić prymitywnym angielskim. — Calvin skosztował zamieszanki. Była smaczna. Ciecierzyca okazała się trochę za twarda i Calvin podejrzewał, że w ciemności niechcący dodał nieco komarzego mięsa, ale wypił dość, by przejmować się tym mniej niż na trzeźwo. — Ludzie uprzejmi nie mówią „rżną”.

— Sądziłem, że to eufemizm.

— Ale raczej wulgarny. Mamy w planie bywać tu w eleganckich domach, a nic z tego nie wyjdzie, jeśli będziesz tak się wyrażał.

Calvin podał łyżkę Honore, który skrzywił się od zapachu, lecz skosztował. Maź sparzyła mu język. Sycząc, wachlował otwarte usta.

— Ostrożnie — ostrzegł go Calvin. — Jest gorąca.

— Dzięki Bogu, że inkwizycja nie zna twoich potraw.

— Ale smakuje nieźle, co?

Honore zgryzł kilka ziaren ciecierzycy — słodkich i tłustych.

— Na surowy, prymitywny, dziki sposób, owszem — przyznał.

— Surowa, prymitywna i dzika, to najlepsze cechy Ameryki — orzekł Calvin.

— Istotnie, to smutne — odparł Honore. — W przeciwieństwie do Rousseau, nie uważani dzikusów za szlachetnych.

— Ale rżną się jak króliki! — zawołał Calvin.

W stanie upojenia uznał to zdanie za nieopisanie zabawne. Śmiał się, aż stracił oddech. A potem zwymiotował na patelnię.

— Czy to fragment przepisu? — zapytał Honore. — Piece de resistance?

— Rzygnąłem nie po zamieszance. To przez ten ocet, który kazałeś nam pić.

— Zapewniani cię, że było to najlepsze wino w tym lokalu.

— Bo nikt tam nie chodzi na wino. Specjalizują się w kukurydzianej whiskey.

— Wolę raczej zwrócić to, co mam w żołądku, niż pozwolić się oślepić alkoholem z kukurydzy. A zdaje się, że tylko taki mieliśmy wybór.

— To był jedyny saloon otwarty nad rzeką.

— Jedyny, z którego jeszcze nas nie wyrzucili, chciałeś powiedzieć.

— Teraz zaczynasz narzekać? Zdawało mi się, że lubisz przygody.

— Lubię. Ale dochodzę do wniosku, że zebrałem już wszystkie niezbędne materiały na temat najgorszych mętów amerykańskiego społeczeństwa.

— No to wracaj do domu, ty żabożerco i pniakolizie.

— Pniakolizie? — zdziwił się Honore.

— Nie podoba ci się?

— Jesteś bardzo pijany.

— Ale przynajmniej surdut mi się nie pali.

Honore bardzo powoli przeniósł wzrok na połę surduta tlącą się przy ogniu paleniska. Ostrożnie uniósł tkaninę do oczu.

— Nie przypuszczam, żeby dało się to wyprać — stwierdził.

— Zaczekaj, aż będę przytomny — uspokoił go Calvin. — Umiem to naprawić. Jestem Stwórcą.

— Czy jak zwymiotuje, będę się czuł równie dobrze jak ty?

— Czuję się jak zdeptane końskie gówno — oznajmił Calvin.

— To właśnie poprawa, o jakiej marzę. — Honore zwymiotował, ale nie trafił w patelnię. Wymiociny zaskwierczały na blasze pieca. — Podziwiaj człowieka edukowanego i wyrafinowanego.

— Mało przyjemnie pachnie — ocenił Calvin.

— Muszę iść do łóżka. Nie czuję się dobrze.

Dotarli do krzaków na granicy ogrodu, zanim zdali sobie sprawę, że nie zmierzają w stronę domu. Chichocząc, runęli pod liście i wkrótce obaj zasnęli.

* * *

Słońce świeciło jasno. Calvin spływał potem, kiedy się wreszcie obudził. Czuł, jak chodzą po nim insekty, i w pierwszym odruchu chciał się poderwać, strzepnąć je z siebie, ale ciało nie reagowało. Po prostu leżał. Nie mógł nawet otworzyć oczu.

Dmuchnął lekki wietrzyk. Insekty znów się poruszyły na twarzy Calvina. Aha. To wcale nie insekty. To liście. Leżał w krzakach.

— Czasami żałuję, że nie można zbudować muru wokół kolonii Korony, by nie dopuszczać tu tych natrętnych cudzoziemców.

Głos kobiety. Kroki na brukowanym chodniku.

— Słyszała pani, że królowa chce udzielić audiencji tej wścibskiej, przemądrzałej, abolicjonistycznej nauczycielce?

— Nie, to po prostu nie do wiary.

— Zgadzam się, ale z lady Ashworth jako protektorką…

— Lady Ashworth!

Damy przerwały spacer ledwie kilka kroków od miejsca, gdzie leżał Calvin.

— Pomyśleć, że lady Ashworth nawet pani nie zaprasza na swoje soiree…

— Bardzo przepraszam, ale sama jej zaproszenie odrzuciłam.

— A mimo to chce przedstawić tę jakąś Peggy…

— Zdawało mi się, że ma na imię Margaret…

— Ale w jej kraju nazywają ją Peggy, jakby była klaczą.

— A gdzie jest jej mąż? Jeśli w ogóle ma męża.

— Ależ ma. Sądzony za kradzież niewolników. Wprawdzie uniewinniony, ale dobrze wiemy, że właściciel niewolników nie może liczyć na sprawiedliwość w sądach abolicjonistów.

— Jak się pani o tym wszystkim dowiedziała?

— Myśli pani, że agenci króla nie śledzą cudzoziemców, którzy przybywają tu siać zamieszanie?

— Zamiast ich śledzić, lepiej ich tu w ogóle nie wpuszczać. Ojej!

Ten okrzyk zdumienia zdradził Calvinowi, że właśnie został dostrzeżony. I chociaż z wolna wracała mu władza nad własnym ciałem, uznał, że rozsądek nakazuje nie otwierać oczu i leżeć nieruchomo. Poza tym był okryty liśćmi i kobiety nie zdołają go rozpoznać; jeśli zaś się ruszy, mogą zobaczyć jego twarz.

— Coś podobnego! Ten zajazd powinno się zamknąć. Sprowadza absolutnie niewłaściwy element do porządnej dzielnicy miasta.

— Proszę spojrzeć. Zapaskudził sobie spodnie.

— To niedopuszczalne. Złożę skargę w magistracie.

— Jak może pani to zrobić?

— Jak mogę tego nie zrobić?

— Ale pani zeznanie przed sądem… Jak zdoła pani opisać stan tego nędznika, pozostając przy tym damą?

— Nie. Po prostu go nie zauważyłyśmy. — Oj!

Ten drugi wykrzyknik zdradził Calvinowi, że kobiety odkryły Honore de Balzaca. Przyjemnie było wiedzieć, że nie został osamotniony w swym poniżeniu.

— Coraz gorzej…

— On wyraźnie nie jest dżentelmenem. Jak może przebywać poza domem w ogóle bez spodni?

1 ... 12 13 14 15 16 17 18 19 20 ... 80
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)