Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156
Перейти на страницу:

Twardokęsek z najwyższą niechęcią opuścił nogi na ziemię. Złociszka podała mu naręcze przyodziewku.

– A gdzie kubrak? – zapytał zrzędliwie. – Przecie się burmistrzowi w koszulinie nie pokażę. Ani chybi śniadanie sute wyprawił, aby swego wybawiciela uhonorować.

– Zasznuruj mi suknię – rozkazała dziewczyna, obracając się do niego tyłem. Zbójca westchnął ciężko. Łapy miał wielkie, niezgrabne, toteż szło mu niesporo. – A wedle śniadania, toś się straszliwie omylił, mój drogi. Burmistrz uprzedzony, że pilno ci w drogę, więc nijakiej biesiady nie będzie.

– Co?! – wrzasnął zbójca i tak gwałtownie ściągnął sznurówki, że Złociszka pisnęła słabo, a powietrze ze świstem wyszło jej z płuc. Zaraz jednak z całej siły nastąpiła mężowi na stopę. – Au! – zawył i poluzował uchwyt.

Dziewczyna odskoczyła o dwa kroki, dysząc ze złości.

– Ani się waż… – wycedziła przez zęby.

Zbójca machnął na nią ręką, jakby uciszał dokuczliwą muchę, i usiadł, aby wzuć buty.

– Jak to biesiady nie będzie?

Złociszka uspokoiła się nagle i uśmiechnęła słodko.

– Ponieważ, mój drogi małżonku, wiele miesięcy temu dobiłeś z moim drogim ojcem targu. I zamierzam dopilnować, abyś dotrzymał słowa. Na szczęście twoi kamraci są tego samego zdania. Wozy naszykowane i wojsko czeka z wymarszem.

– Wymarszem? – powtórzył bezmyślnie.

– Na Lipnicki Półwysep. – Spojrzała na niego krzywo. – Po skarb rdestnickich kapłanów. Pamiętasz jeszcze? Coś ci się nie spieszy po naszą fortunę.

– Co nagle, to po diable – mruknął.

– A co się odwlecze, to i uciecze. Pozostała jeszcze jedna rzecz do zrobienia. – Znowu poweselała, a w jej niebieskich oczach pojawiły się złośliwe ogniki. – To! – Kopnęła owinięty w ciemną płachtę pakunek.

Ozwał się nieznaczny szczęk. Zbójca zaniepokoił się nagle.

Dziewczyna przyklękła i przecięła kordem skórzane pasy, którymi obwiązano tobół. Nawoskowane płótno rozchyliło się, odsłaniając przeszywanicę, skórznie, srebrzysty pancerz, nagolenniki i karwasze. Były nawet żelazne rękawice i hełm zwieńczony białą kitą. Wzmacniająca opaska dziwnie przypominała koronę. Twardokęskowi na chwilę aż dech zaparło ze zdumienia.

– Co to? – Z pretensją wymierzył palec w stertę uzbrojenia.

Miał dość doświadczenia, by od jednego rzutu oka oszacować jej wartość. Była cenniejsza niż ludna wioska na żalnickim pograniczu.

– Mój prezent ślubny. – Złociszka podeszła do zbójcy rozkołysanym krokiem, wspięła się na palce i pocałowała go w czubek nosa. – Wyszłam za ciebie, więc się nie możesz dłużej jak łachmyta ludziom na oczy pokazywać.

– Chybaś zdurniała, niewiasto!

Dziewczyna nie przejęła się zbytnio.

– Poza tym zawsze miałam chęć wyprawić rycerza do bitwy. – Przechyliła głowę na ramię i uśmiechnęła się z rozmarzeniem. – A potem stać w oknie i machać białą chusteczką, jak każda dobra żona. Zresztą cały Staroźrebiec na to samo czeka. – Podeszła do okna i pomachała energicznie do kogoś. Odpowiedział jej potężny ryk entuzjazmu. – Sami posłuchajcie.

Zbójca w dwóch susach przypadł do okna. Wychylił się ostrożnie i spojrzał w dół. Istotnie pod kamienicą mincerza zebrała się gromada motłochu.

Złociszka podeszła niepostrzeżenie i stanęła za jego plecami.

– Zdziwiony? Tutaj od wieku nie trafiło się podobne widowisko, więc wszyscy chcą popatrzeć, jak ruszacie na Rogobodziec, druhowi waszemu Bogorii na odsiecz.

Pociemniało mu przed oczami ze złości.

– Skąd niby o tym wiedzą?

– Jakoś się tak nowina rozeszła – odparła niewinnie. – A co?

– Nic! – rzucił z pasją. – Dobrze rozumiesz, smarkulo, że się na żaden Rogobodziec nie wybieram. Po co tedy naszykowałaś jasełka? Żeby mi na złość zrobić, że cię do Wiergów odsyłam?

Zrobiła nieszczęśliwą minkę.

– Krzywdzisz mnie. A ja taką piękną zbroję obstalowałam, aby ci sprawić przyjemność. No, dość tych figlików. – Kpina znikła z jej twarzy, jak starta ścierką. – Nie możesz się stąd wymknąć ukradkiem i z podwiniętym ogonem. Tak nie uchodzi. Mieszczanie będą podejrzliwi.

Skrzywił się. Wiedział, że Złociszka ma rację, ale dziwnie mierziła go myśl, że wszyscy będą patrzyli na jego przeniewierstwo.

– Jeno po co mi to całe żelastwo? – burknął, wymierzając pogardliwego kopniaka w pancerz. – Wystarczy porządna kolczuga. Nigdym czegoś podobnego nie nosił.

– Ale nigdyś wcześniej nie był zbójeckim hetmanem. – Dziewczyna znacząco potrząsnęła przeszywanicą. – No, przywdziewaj. Pomogę ci.

Zbójca cofnął się o krok i obronnym gestem skrzyżował ramiona na piersiach. Nie chciał myśleć, co Cherchel powie, jak go zobaczy przebranego za szlacheckiego fircyka, na dodatek z białą kitą na hełmie.

– Będę jak błazen wyglądał.

– E tam. – Wzruszyła ramionami. – Zobaczysz, pasuje jak ulał. Jeszcze jesienią moja służąca miarę z ciebie zdjęła, jak spałeś. Z brzucha też. – Popukała znacząco palcem w wypukłość puklerza.

Nie zamierzał rozprawiać ze Złociszką o wszystkich przyjaznych niewiastach, które odwiedzał w Książęcych Wiergach. Bez dalszych więc swarów włożył przeszywanicę. Była mocno dopasowana, ale nie uwierała.

Dziewczyna tymczasem mamrotała do siebie, zaciskając sprzączki i rzemienie pancerza.

– Co? – nie wytrzymał w końcu.

– Przytyłeś – stwierdziła i odsunęła się kilka kroków do tyłu, aby podziwiać swoje dzieło. – Za dużo wina i dobrego jadła. Trudno. W pochodzie schudniesz.

Puścił zniewagę mimo uszu.

– Czy to naprawdę potrzebne?

– Nie marudź! – ofuknęła go. – Jestem kupiecką córką i mam zwyczaj chronić swoje inwestycje. A ty jesteś moją inwestycją, zbójco, więc nie pozwolę ci się na próżno narażać. Pamiętaj o tym i następnym razem nie pchaj się do bitwy. Srodze mnie rozczarujesz, jak się pozwolisz zabić. Teraz karwasze!

– Nie będę mógł się ruszyć – zaprotestował odruchowo.

– I dobrze – skwitowała krótko. – Inni się będą ruszali za ciebie, to jeden z przywilejów bycia hetmanem. Bylebyś nie był zbyt ciężki i na konia sam wylazł. Bo nie uchodzi, żeby cię mieli na siodło podsadzać.

Nieoczekiwanie rozsierdziła go myśl, że smarkula uważa go za zgrzybiałego dziadka.

– Powściągnijże wreszcie ten jęzor!

– Ależ próbuję. – Dziewczyna uśmiechnęła się zdawkowo, lecz zaraz jej głos złagodniał. – Będzie mi się cniło bez ciebie, zbójco. – Zawiesiła mu na szyi ryngraf, ozdobiony wizerunkiem Kwietnej Panny. – Niech cię bogini ochroni.

– Kiedy ja w nią nie wierzę!

– Ja też nie. – Złociszka wzruszyła ramionami. – Ale twoi ludzie wierzą. Co ci szkodzi? Niechaj się cieszą, żeś jest prawy bohater ze znakiem bogini na piersi.

Zbójca z zakłopotaniem obracał w palcach kawałek blachy. Pamiętał, że podobny z nabożną czcią pokazywano mu w dworzyszczu krewniaków Pleskoty. Na ciemnej twarzy bogini była szrama od cięcia – ponoć cudownym sposobem obroniła jednego z przodków szlachcica przed skalmierskim mieczem.

Zrobiło mu się dziwnie markotnie.

– To świętokradztwo.

Dziewczyna popatrzyła na niego ze zdumieniem.

– Nie większe niż zrabowanie rdestnickiego skarbczyka, a może szlachcie oczy zmydlić i co do waszych intencji ją zmylić – odparła powoli, jakby tłumaczyła dziecku. – Bądźże rozsądny, zbójco. – Nim zdążył zaprotestować, nasadziła mu hełm na głowę. – Pięknie! – Westchnęła, przyciskając dłonie do piersi. – Chyba się rozpłaczę.

Twardokęsek łypnął ku niej podejrzliwie, oczekując nowego szyderstwa, ale w tej samej chwili ktoś zaszurał pod drzwiami. Co prędzej zdjął pocieszny szyszak i schował go za plecami. Pleskota wpadł do izby i rozpromienił się na widok przywódcy.

1 ... 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)