Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 ... 143 144 145 146 147 148 149 150 151 ... 156
Перейти на страницу:

Bogoria odwrócił się gwałtownie. Odkąd wiedział, kto się skrywa pod postacią wesołka w żółtych rajtuzach, całkiem mu minęła śmiałość do pogwarek z karłem. A Szydło bezwstydnie korzystał z jego konfuzji, łaził za nim krok w krok i dogadywał paskudnie. Czasami szlachcic łapał się na bezbożnej myśli, żeby wreszcie kark skręcić paskudzie i uciszyć ją na zawsze. Ale był człekiem roztropnym, więc milczał. Nie odpowiadał nawet na szyderstwa niziołka. Liczył, że ten się wreszcie znudzi i znajdzie sobie inną ofiarę. Niestety, na razie zupełnie się na to nie zanosiło.

– Co chcecie? – burknął, usiłując ukryć niechęć.

– Trzy piersiaste Servenedyjki, pieczonego wołu i beczkę najlepszej skalmierskiej małmazji – Szydło ani mrugnął. – Jeno nie guzdrajcie się zbytnio, bo wnet inne będę miał zajęcie.

Bogoria aż oczy wybałuszył na podobną bezczelność.

– Chybaście do cna zdurnieli.

– Pytacie, czego chcę, to gadam. – Niziołek wzruszył ramionami. – Przecie wielki z was pan, szlachetny i roztropny, zatem bez powodu nie pytacie, prawda? Ale zmartwię was. Nie będzie ani tak, jak ja chcę, ani jak wy chcecie. I z chcenia waszych krewniaków, coby cicho siedzieć i na księcia czekać, też niewiele przyjdzie. Wężymord się ruszył.

Za plecami Szydła na ganek chaty wysypywali się panowie bracia, znużeni nocną biesiadą i przepici krzynę. Jeden z nich, wielki, zeschnięty szlachcic w łosiowej kurcie, spojrzał w twarz Bogorii i znieruchomiał gwałtownie. Bodnął łokciem najbliższego sąsiada i obaj bacznie jęli się przysłuchiwać rozmowie.

– Pewni jesteście? – spytał przyciszonym głosem Bogoria.

Od razu zrozumiał, że popełnił błąd. Niziołek odął się na gębie, a jego oczy zapłonęły żółtym światłem.

– A jak wam się zdaje, kto ja jestem? – rzekł ze złością. – Jarmarczna wróżka? Armia siedm dni temu z Uścieży wyszła i prosto na nas wali. Ale rzecz gorsza, że się z drugiej strony Skalmierz do nas podkradł. Już pod wzgórza Zatretu podchodzą.

Bogoria aż się za czuprynę porwał.

– Teraz mi mówicie? – wrzasnął, nie dbając zupełnie o gapiów, których wciąż przybywało. – Dłużej trzeba było poczekać, aż nam pod bramą obozowiska staną!

– Pohamujcie się! – syknął przez zęby karzeł i zacisnął palce na łokciu Bogorii.

Ten tylko sapnął głucho z bólu. Miał wrażenie, jakby wsadził ramię w imadło.

– Tak lepiej – pochwalił go kpiąco Szydło. – Milczcie i słuchajcie. Pomorcką armię Zird Zekrun chroni i zasłania przed wzrokiem niepowołanych, a Sen Silvar podobnie dla swoich czyni. Inaczej dawno bym ich wyczuł. No, ale jest jedna korzyść. – Uśmiechnął się chełpliwie. – Gdyby nie ja, nikt by was nie przestrzegł. A moi drodzy bracia nie wzięli pod rozwagę jednej mało istotnej osoby. Mnie. – Wykrzywił się szyderczo i Bogoria pojął, że waśnie bogów są równie głębokie jak śmiertelników. – Nie będą się spodziewali oporu.

Szlachcic desperacko spróbował zebrać myśli.

– Ile zostało nam czasu?

– Niewiele. – Karzeł znów sposępniał. – Zależy, gdzie chcecie się spotkać. Cztery dni, nie więcej.

– Kiedy księcia nie ma! – wyrwało się Bogorii z głębi duszy. – Ani nawet Twardokęska nie ma! Kto ludzi poprowadzi?

Wstyd mu się zrobiło, ledwie posłyszał własny głos, cienki i piskliwy od przestrachu. Co gorsza, spostrzegł, jak pół tuzina szlachty u ganku odyma się po pańsku i ukradkiem szacuje postawę reszty. Jakby mógł, sam by się w gębę strzelił za krewkość i głupotę. Przecież powinien przewidzieć, że skoro się trafiła podobna gratka, wilczojarscy panowie z lubością zaczną debatować, który z nich najbardziej zasłużył, by pod nieobecność Koźlarza przewodzić rebeliantom. Cud boski, jeśli tym razem obejdzie się bez burd i zajazdów. Zazwyczaj się nie obywało.

– Co u was jest z tym zwierzchnictwem – zadrwił niziołek – że je sobie jak zgniłe jaje podrzucacie? Miał książę powstaniu przewodzić, ale na morze wypłynął, Twardokęska na swoje miejsce naznaczywszy. A Twardokęsek do Książęcych Wiergów pognał, komendę przy Bogorii zostawiając. To ja się zapytuję, dokąd teraz Bogoria umknie, aby się kłopotu pozbyć? – dokończył kąśliwie. – Do mysiej dziury?

Na wywód karła panowie szlachta gwałtownie przestali podkręcać wąsa i macać koło rękojeści szabli. Jedynie w milczeniu wodzili wzrokiem od Bogorii do niziołka, który go spotwarzył i nieledwie tchórzem obwołał w przytomności sąsiadów.

– Racja – wtrącił Chąśnik. Siedział na trawie pod gankiem i nie bez ukontentowania przysłuchiwał się rozmowie. – Jak kto piwa nawarzył, niech je teraz wypije.

Bogoria błyskawicznie odwrócił się do kamrata Twardokęska.

– A tobie co do tego? – warknął.

– A nic, nic. – Stary zbój zrobił niewinną minę. – Jeno mnie się zdaje, że wyście tę awanturę zaczęli, wedle Czymborskiej Debrzy Pomorców mordując. To wy się teraz martwcie, ot co!

– Wozacy was usłuchają – nieoczekiwanie odezwał się Pleskota. Stary szlachcic stał przy ganku i wyraźnie skonfundowany obecnością tylu znacznych osób, obracał czapkę w dłoniach. – Póki się zaciąg nie zbierze, tylko na rebeliantach możemy polegać i tych, co pod znakiem gwiazdy służą. A oni za innym nie pójdą, aby za wami. Za Twardokęska druhem.

Bogato odziany szlachcic, chorąży wilczojarskiej chorągwi, spurpurowiał na twarzy. Uczynił krok do przodu i otworzył usta, jakby chciał coś rzec, lecz zamknął je szybko. Plotki po obozie rozchodziły się szybko i wokół placu zaczynali się gromadzić rebelianci. Chorąży znał wystarczająco dobrze Wilcze Jary, by wiedzieć, że jeśli teraz wystąpi przeciwko woli pospolitaków, wybuchnie burda i powstańcy rozniosą go na szablach.

Znienacka Bogoria pochwycił za cebrzyk, wylał sobie na łeb resztę wody i otrząsnął się jak pies.

– Co się gapicie? – prychnął. – Konie siodłać i wozy gotowić!

– Kędy ich zatrzymacie? – zapytał chorąży.

Szlachcic zawahał się na chwilę.

– Na Rogobodźcu – odparł krótko. – Zacne miejsce. Niejeden kupiecki konwój my tam złupili.

Pomiędzy rebeliantami gruchnął śmiech. Tylko chorąży wyglądał, jakby go zaraz miała cholera zdjąć.

Kamrat Twardokęska nieznacznie przesunął się za węgieł chaty.

– A ty dokąd, Chąśnik? – spytał z przekąsem Bogoria, który jakoś nie ufał pomorckiemu zbójcy. – Gęsi pasać czy konie pławić? Czy też strach cię obleciał albo nie masz ochoty z pobratymcami wojować?

Chąśnik spojrzał na niego spode łba.

– Mnie tam za jedno, komu kark skręcam – burknął – jak długo mi się opłaci. A jaśnie książę Koźlarz opłacił mnie sowicie. Ale po mojemu zdałoby się Twardokęskowi naprzeciw z wieścią wyskoczyć, żeby wiedział, gdzie nas szukać, kiedy z pomocą powróci.

Jeśli powróci, poprawił w myślach Bogoria, po raz pierwszy chyba przyznając się przed sobą, że nie ze wszystkim ufa hersztowi z Przełęczy Zdechłej Krowy.

– Nie wiedzieć, kiedy Twardokęsek z Wiergów przybędzie – rzekł twardo – ani którą drogę obierze. A nie mam dość ludzi, aby ich na poszukiwanie rozsyłać. Nie, mości Chąśniku. Nie będziem się oglądać ani na Twardokęska, ani na nikogo innego. – Spode łba popatrzał na Szydło. – Załatwimy tę sprawę po swojemu. Po wilczojarsku.

Karzeł uśmiechnął się drwiąco i byłby pewnie coś rzekł, gdyby zza pleców szlachty nie pokazał się stary Podręba. Szedł powoli, podpierając się na lasce, bo był już w leciech podeszłych niezmiernie i prawie ślepy. Ale inni schodzili mu z drogi i pozdrawiali z uszanowaniem. Ktoś wziął go pod łokieć i sprowadził po schodach na murawę. Macając wokół kijaszkiem, starzec posuwał się ku Bogorii. Śmiechy i gwary milkły, kiedy kolejno dostrzegali, co trzyma w dłoni, aż w końcu stało się zupełnie cicho.

1 ... 143 144 145 146 147 148 149 150 151 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)