Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl]
Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl]

Электронная книга - «Powersat — satelita energetyczny [Powersat - pl]». Краткое содержание книги:

Powieść będąca prequelem do całego cyklu „Droga przez Układ Słoneczny”. Ambicją młodego inżyniera, Dana Randolpha, jest zapewnienie uzależnionej odbliskowschodniej ropy Ameryce alternatywnego źródła energii. Eksploatacjazbudowanego przez Dana satelity energetycznego będzie jednak opłacalnatylko pod warunkiem wykorzystywania taniego środka transportu na orbitę, aprototyp wahadłowca ulega katastrofie podczas lotu próbnego. Wiele poszlakwskazuje, że ktoś dokonał sabotażu. Kto stoi za tą zbrodnią? Międzynarodowekoncerny naftowe czy arabscy fundamentaliści? Firma Dana, AstroCorporation, stoi na skraju przepaści. Skąd może nadejść ratunek? Czy od Saito Yamagaty, którego koncern również inwestuje w energię ze Słońca? Amerykańskich koncernów naftowych, które zastawiają się nad inwestowaniem winne źródła energii?
1 ... 11 12 13 14 15 16 17 18 19 ... 103
Перейти на страницу:

O dziewiątej wieczorem prezydent Stanów Zjednoczonych przemówił w telewizji ze swego domu na Florydzie, gdzie spędzał świąteczny weekend.

— To tragiczny czwarty lipca — mówił z pobladłą twarzą. — Naród amerykański nie zapomni tego dnia. Nie ustaniemy, dopóki terroryści i ci, którzy ich finansują, nie zostaną wytropieni i zniszczeni. Zwołałem dziś wieczorem spotkanie z szefem obrony narodowej i głównodowodzącym sił zbrojnych…

Gdy prezydent zakończył swe przerażające, krótkie przemówienie, Dan wyłączył telewizor. Jedyne światło w pokoju docierało z okna. Na ulicach nadal wyły syreny, jak demony opłakujące zmarłych.

Jane poruszyła się.

— Nie. Włącz. Chciałam zobaczyć…

— Widzieliśmy to już parę razy, Jane. Nie ma nic nowego do pokazania.

— Przejeżdżaliśmy przez ten most — powiedziała, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bliscy byli śmierci. — Jeszcze godzina i…

— Nie żylibyśmy, tak jak tamci. Pokiwała głową.

— Ale żyjemy, Jane. Żyjemy. A ja cię kocham. Będę cię chronił. Wszystko będzie dobrze, obiecuję.

Położyła głowę na jego ramieniu, a on objął ją mocno.

— Już dobrze, Jane. Wszystko w porządku. Jesteśmy bezpieczni. Nie bój się.

— Wiem, Dan — szepnęła. — Kocham cię. Nie chcę, żeby coś nas kiedyś rozdzieliło.

Uniósł jej podbródek. Dostrzegł kłaczek dzianiny, który przykleił jej się do policzka. Zdjął go i pocałował ją.

— Wyjdź za mnie — powiedział. — Zaraz. Dziś wieczorem.

Jane przetarła oczy i uśmiechnęła się słabo.

— Chcesz zrobić ze mnie przyzwoitą kobietę?

— Chcę się z tobą ożenić, Jane Thornton. I chcę, żebyś pojechała ze mną do Japonii.

— Chcesz wrócić do Japonii? Teraz?

— Muszę — odparł. — Satelita demonstracyjny Yamagaty jest prawie gotowy, ale ciągle jest przy nim sporo pracy. A ja jestem związany kontraktem. Muszę wracać.

Milczała przez chwilę.

— A ja muszę zacząć planować kampanię przedwyborczą.

— Przecież to jeszcze całe lata?

— Na świecie jest tylko stu senatorów, Dan. Nie zamierzam z tego rezygnować.

— Ale…

— Dan, to moja kariera. Teraz, po tym ataku terrorystycznym, po prostu muszę tam być.

Pokiwał głową ponuro.

— Możesz wyplątać się z kontraktu z Japończykami.

— Ale nie chcę.

— Nie chcesz? Czemu?

— Satelita energetyczny to coś bardzo ważnego. Te nawet jeszcze ważniejszego.

— Po tym ataku terrorystycznym, a pewnie będą następ sądzisz, że ta zabawa w kosmosie jest ważna?

— To nie jest zabawa! Jane, jeśli uda nam się pozysl energię z kosmosu, będziemy mogli wypiąć się na Arab i ich ropę.

Patrzyła na niego, jakby nie wierzyła w to, co mówi.

— Dan, to będzie trwało lata! Z terrorystami musimy w czyć teraz.

— Dopóki jesteśmy zależni od ropy z Bliskiego Wscho‹ mogą nas trzymać krótko.

— I sądzisz, że loty w kosmos nam pomogą?

— Tak! Pozyskiwanie energii z kosmosu…

— Może za sto lat.

— Dziesięć! Może pięć, jeśli się przyłożymy.

— Dziesięć lat — mruknęła Jane. — Mój Boże, Dan, dziesi lat w polityce to jak stulecie.

— Jeśli teraz nie zaczniemy, nigdy nam się nie uda!

— Koszty — rzekła Jane. — Wszystko, co robi NASA, kos tuje górę pieniędzy.

— Można to zrobić taniej.

— Ale i tak potrzeba miliardów, prawda?

Dan, rozdrażniony, próbując nie stracić panowania m sobą, odparł:

— Daj mi dziesięć procent tego, co przemysł naftow wydaje rocznie na wiercenie pustych dziur, a wybuduję pe nowymiarowego satelitę energetycznego.

— Nie da się — rzekła, potrząsając głową.

— Nie da się, chyba że ktoś się ruszy i to zrobi!

— I tego chcesz? Widząc, co się dzieje, myślisz o lotac w kosmos?

Chciał coś odpowiedzieć, ale powstrzymał się. Rzeki tylko:

— Wracam do Japonii. Muszę.

— Na jak długo?

— Na rok. Może krócej.

— Rok.

Chwycił ją za nagie ramiona.

— Jane, jedź ze mną. Zapomnij o tym politycznym gównie. Jedź ze mną i pomóż mi budować przyszłość!

W ciemnościach panujących w pokoju widział, jak błyszczą jej oczy. Ale tylko przez chwilę: zaraz przybrała zrezygnowany wyraz twarzy i położyła mu głowę na ramieniu.

— Żałuję, Dan, ale nie mogę. Choć tak bym chciała.

— Więc nie pojedziesz.

— Nie mogę.

— Wyjdziesz za mnie?

— Jak będziesz w Japonii albo gdzieś w kosmosie? Uśmiechnął się smutno.

— Satelita Yamagaty jest zaledwie parę kilometrów nad Ziemią.

— A moje miejsce jest w Waszyngtonie, Dan.

— Ale co z nami? Przecież mnie kochasz?

Dan czuł, jak serce mocno bije mu w piersi. Jane milczała przez kilka sekund. W końcu odezwała się:

— Porozmawiamy o tym, jak wrócisz z Japonii.

W pokoju zapadło milczenie, w którym słychać było tylko wycie syren.

AUSTIN, TEKSAS

Dan rozmawiał przez telefon ze swoim radcą prawnym, a limuzyna pełzła cal za calem, jadąc koło budynków władz stanowych. Sześć flag stanowych Teksasu zwisało smętnie w sierpniowym upale. Len Kinsky, dyrektor PR, tkwił obok niego w klimatyzowanej limuzynie i próbował udawać, że nie słucha.

— Zaczęły spływać pozwy o odszkodowania — mówił prawnik, a jego głos bzyczał w słuchawce jak natrętny komar.

— Sumy wynoszą już miliardy.

— Przecież nikomu nic się nie stało — rzekł Dan, czując, jak ogarnia go frustracja, jak zawsze, kiedy rozmawiał z prawnikami. — Z tego, co mi powiedziano, wynika, że kawałek wraku spadł na jakąś szopę. Poza tym wszystko wylądowało na polu.

— Właściciele gruntów składają pozwy — odparł prawnik.

— Szkody na mieniu, cierpienia emocjonalne, szkody moralne. Jedna kobieta oskarża cię, że spowodowałeś u niej poronienie.

— Po dwakroć do piekła i z powrotem — zaklął Dan.

— Ubezpieczenie tego nie pokryje — mówił dalej prawnik.

— Towarzystwo unieważniło nam polisę.

Dan rozsiadł się wygodnie na siedzeniu limuzyny i próbował opanować emocje. Przypomniał sobie radę Marka Twaina: kiedy jesteś zły, policz do czterech. Kiedy jesteś bardzo zły, przeklinaj.

Odezwał się po chwili.

— Żadnych układów. Zrozumiałeś? Nawet o centa. Przynajmniej dopóki nie znajdziemy przyczyny wypadku.

— Dan, Astro ponosi odpowiedzialność bez względu na przyczynę wypadku.

Jeśli to był sabotaż, to nie — już miał powiedzieć Dan, ale ugryzł się w język.

— Żadnych układów. Z nikim. Dopóki ci nie powiem. Rozumiesz?

— To głupie, Dan. Tylko zwiększą się koszty prawników.

— Lepiej wydawać forsę, dopóki ją mamy — rzekł Dan.

— Zanim ogłosimy upadłość.

Pożegnał się z prawnikiem i z trzaskiem wyłączył telefon.

1 ... 11 12 13 14 15 16 17 18 19 ... 103
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)