Córka Nastawiacza Kości
- Автор: Tan Amy
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Córka Nastawiacza Kości». Краткое содержание книги:
Аннотация
Córka Nastawiacza Kości– Czyli to może także być depresja – powiedziała Ruth.
– Nie wykluczyliśmy jeszcze żadnej możliwości.
– Cóż, jeśli tak, będzie pan jej musiał powiedzieć, że najlepszym lekiem antydepresyjnym jest żeń-szeń albo pigułki po chai.
Doktor Huey wybuchnął śmiechem.
– Często spotykam się z oporami przed lekami Zachodu wśród moich starszych pacjentów. Kiedy tylko poczują się lepiej, przestają je brać, żeby zaoszczędzić pieniędzy. – Podał Ruth formularz. – Proszę to oddać Lorraine, która siedzi przy komputerze za rogiem korytarza. Skierujemy pani matkę na badania w oddziale neurologiczno – psychiatrycznym, a za miesiąc zgłosi się do mnie.
– W okolicach Święta Pełni Księżyca.
Doktor Huey uniósł głowę. T
– To już teraz? Nigdy nie pamiętam dokładnie.
– Wiem, ponieważ w tym roku będę miała zjazd rodzinny i uroczystą kolację.
Wieczorem, przygotowując rybę na parze, Ruth rzuciła od niechcenia do Arta:
– Zabrałam mamę do lekarza. Zdaje się, że ma jakąś depresję.
– Nic nowego – skwitował Art.
Podczas kolacji LuLing siedziała obok Ruth.
– Za słone – zauważyła po chińsku, dziobiąc swój kawałek. – Powiedz dziewczynkom, żeby skończyły rybę – dodała. – Nie pozwalaj im marnować jedzenia.
– Fia, Dory, dlaczego nie jecie? – zwróciła się do dziewczynek Ruth.
– Nie mogę – odrzekła Dory. – Wcześniej wstąpiłyśmy do Burger Kinga w Presidio i zjadłyśmy frytki.
– Nie powinnaś im pozwalać jeść takich rzeczy! – skarciła ją LuLing, wciąż mówiąc po mandaryńsku. – Powiedz im, że to był ostatni raz.
– Dziewczynki, wolałabym, żebyście się nie napychały takim niezdrowym jedzeniem.
– A ja bym wolała, żebyście przestały gadać po chińsku jak szpiedzy – oświadczyła Fia. – To niegrzeczne.
LuLing zgromiła córkę wzrokiem, a Ruth zerknęła na Arta, ten jednak patrzył w swój talerz.
– Waipo mówi po chińsku – powiedziała Ruth – bo jest przyzwyczajona do tego języka.
Ruth kazała im mówić na LuLing waipo. Była to chińska forma grzecznościowa zwracania się do babci. Na szczęście dziewczynki używały jej, lecz sądziły, że to przydomek.
– Ale umie też mówić po angielsku – powiedziała Dory.
– Tss! – mruknęła do Ruth LuLing. – Dlaczego ojciec ich nie skarci? Powinien im kazać, żeby cię słuchały. Czemu bardziej się tobą nie przejmuje? Nic dziwnego, że się z tobą nie ożenił. W ogóle cię nie szanuje. Powiedz mu, żeby był dla ciebie milszy…
Ruth zapragnęła znów stać się niema. Chciała krzyknąć na matkę, żeby przestała narzekać na rzeczy, których nie jest w stanie zmienić. Równocześnie pragnęła jej bronić przed dziewczynkami, zwłaszcza teraz, gdy coś z nią wydawało się nie tak. LuLing zawsze była osobą silną, lecz nie znaczyło to, że jest niewrażliwa. Dlaczego Fia i Dory nie potrafią tego zrozumieć i wysilić się na odrobinę więcej uprzejmości?
Ruth przypomniała sobie, jaka sama była w ich wieku. Też nie cierpiała, gdy LuLing mówiła po chińsku w obecności innych, wiedząc, że nie rozumieją jej uwag.
“Patrz, jaka gruba pani" – potrafiła powiedzieć LuLing. Albo: “Luyi, poproś tego człowieka, żeby trochę spuścił z ceny".
Ruth dobrze pamiętała, że kiedy spełniała polecenie matki, czuła się potwornie zawstydzona. A jeśli jej nie słuchała, konsekwencje mogły być bardziej zgubne.
Za pomocą chińskich słów LuLing potrafiła wtłoczyć w głowę Ruth każdą mądrość. Umiała ją przestrzec przed niebezpieczeństwem, chorobą i śmiercią.
– Nie baw się z nią, za dużo zarazków – powiedziała pewnego dnia do sześcioletniej Ruth LuLing, pokazując dziewczynkę z naprzeciwka. Dziewczynka miała na imię Teresa, brakowało jej dwóch przednich zębów, na kolanie miała strup, a na sukience ciemne plamy od brudnych rąk. – Widziałam, jak podnosiła z chodnika cukierek i jadła. Popatrz na jej nos, cieknie z niego choroba.
Ruth lubiła Teresę, która dużo się śmiała i zawsze trzymała w kieszeniach znalezione rzeczy: kulki ze złotka, pęknięte kule do gry, kwiatki. Ruth właśnie zaczęła chodzić do nowej szkoły, a Teresa była jedyną dziewczynką, która się z nią bawiła. Obie nie były zbyt lubiane.
– Słyszałaś? – spytała LuLing.
– Tak – odpowiedziała Ruth.
Nazajutrz Ruth bawiła się na szkolnym podwórku. Matka była po drugiej stronie placyku, pilnując innych dzieci. Ruth raźno wspięła się na zjeżdżalnię, by pomknąć srebrzystą rynną w dół, prosto w ciemny, chłodny piasek. Robiły to już kilkanaście razy z Teresą, kiedy matka nie widziała.
Ale nagle z przeciwległej strony podwórka rozległ się znajomy i przenikliwy krzyk:
– Nie! Luyi, przestań! Co ty robisz? Chcesz się złamać na pół?
Ruth stała na szczycie zjeżdżalni sparaliżowana ze wstydu. Matka pilnowała grupy przedszkolaków, a wtrącała się w sprawy Ruth, która była już w pierwszej klasie! Niektórzy pierwszoklasiści na dole zaczęli się śmiać.
– To twoja mama? – krzyczeli. – Co ona bez sensu gada?
– To nie moja mama! – odkrzyknęła Ruth. – Nie wiem, kto to jest!
Matka utkwiła wzrok w jej oczach. Mimo że dzieliło je całe podwórko, wszystko słyszała i widziała. Z tyłu głowy miała parę magicznych oczu.
Nie zatrzymasz mnie, pomyślała z wściekłością Ruth. Rzuciła się głową naprzód, z wyciągniętymi przed siebie ramionami – tak zjeżdżali tylko najodważniejsi chłopcy – byle szybciej w dół, na piasek. Wylądowała na twarzy z taką siłą, że przegryzła wargę, uderzyła się w nos, zgięła okulary i złamała rękę. Leżała zupełnie nieruchomo. Świat płonął, jak gdyby rozświetliła go jaskrawoczerwona błyskawica.
– Ruthie nie żyje! – wrzasnął jakiś chłopiec. Dziewczynki zaczęły krzyczeć.
Przecież żyję, próbowała zawołać Ruth, ale czuła się, jakby mówiła we śnie. Usta nie chciały wypowiedzieć niczego tak, jak im kazała. A może rzeczywiście nie żyła? Może właśnie wtedy z nosa cieknie coś ciepłego, boli głowa i ręka, a ciało porusza się wolno i ciężko jak słoń w wodzie? W chwilę potem poczuła na głowie i szyi dotyk znajomych dłoni. Matka podnosiła ją z ziemi, mrucząc cicho:
– Aj-ja, jak mogłaś być taka głupia? Jak ty wyglądasz.
Z obolałego nosa krew kapała prosto na białą bluzkę, plamiąc szeroki koronkowy kołnierz. Ruth leżała bezwładnie na kolanach matki, spoglądając na Teresę i twarze innych dzieci. Widziała w ich oczach strach, ale także ogromny podziw. Gdyby mogła się poruszyć, uśmiechnęłaby się do nich. Wreszcie zwrócili na nią uwagę, na nową w szkole. Potem zobaczyła twarz matki zalaną łzami, które padały na jej, Ruth, policzki jak mokre pocałunki. Matka nie była zła, ale zdenerwowana i zmartwiona, pełna miłości. Ruth ze zdumienia zapomniała o bólu.
Później leżała w gabinecie szkolnej pielęgniarki. Krwotok z nosa został zatamowany gazą, rana wargi oczyszczona. Ruth miała na czole zimny kompres, a pod ramię podłożono jej torebkę z lodem.
– Może mieć złamaną rękę – powiedziała do LuLing pielęgniarka. – I zerwane nerwy. Mocno napuchło, ale mała nie skarży się specjalnie na ból.
– Ona grzeczna, nie skarży się nigdy.
– Musi ją pani zaprowadzić do lekarza. Rozumie pani? Trzeba iść do lekarza.
– Dobrze, dobrze, iść do lekarza. Kiedy LuLing wyprowadzała ją ze szkoły, jedna z nauczycielek powiedziała:
– Popatrzcie, jaka dzielna. Nawet nie płacze.
Dwie lubiane przez inne dzieci dziewczynki uśmiechnęły się do Ruth z podziwem. Pomachały do niej. Była tam też Teresa, do której Ruth uśmiechnęła się tajemniczo.
W samochodzie, którym jechały do lekarza, Ruth zauważyła, że matka jest dziwnie milcząca. Cały czas patrzyła na Ruth, która lada chwila spodziewała się potoku ostrych słów: “Mówiłam ci, że duża zjeżdżalnia jest niebezpieczna. Dlaczego mnie nie słuchałaś? Głowa mogła ci się rozlecieć na kawałki jak arbuz! Teraz będę musiała jeszcze więcej pracować, żeby za to zapłacić". Ruth czekała, ale matka pytała tylko od czasu do czasu, czy boli. Za każdym razem Ruth kręciła przecząco głową.
Gdy lekarz badał rękę Ruth, LuLing głośno syknęła i jęknęła zbolałym głosem:
– Aj-ja, ostrożnie, ostrożnie, ostrożnie. Bardzo ją boli. Po założeniu gipsu LuLing mówiła z dumą:
– Nauczycielka, dzieci, wszyscy duże wrażenie. Lootie nie płakała, nie skarżyła nic, była cicho.
Zanim przyjechały do domu, emocje opadły i Ruth poczuła pulsujący ból w głowie i ramieniu. Starała się nie płakać. LuLing posadziła ją na rozkładanym winylowym fotelu, żeby czuła się jak najwygodniej.
– Chcesz, żebym ci ugotowała kleiku ryżowego? Musisz jeść, żeby wyzdrowieć. Może chcesz ostrej rzepy? Dać ci teraz, zanim zrobię kolację?
Im mniej Ruth mówiła, tym bardziej matka starała się odgadnąć, czego by sobie życzyła. Dziewczynka leżąc w wygodnym fotelu, słyszała, jak LuLing rozmawia przez telefon z ciocią Gal.
– O mały włos się nie zabiła! Śmiertelnie mnie przeraziła. Naprawdę! Nie przesadzam. Prawie pożegnała się z życiem i już była w drodze do żółtych źródeł… Widziałam, jak bardzo ją bolało, o mało nie wyskoczyłam ze skóry… Nie, nie płakała, musiała odziedziczyć siłę po babce. Teraz trochę je. Nie może mówić i na początku myślałam, że odgryzła sobie język, ale to chyba ze strachu. Przyjdziecie do nas? Dobrze, dobrze, ale powiedz dzieciom, żeby były ostrożne. Nie chciałabym, żeby straciła rękę.
Przyszli obładowani prezentami. Ciocia Gal przyniosła buteleczkę wody toaletowej. Wujek Edmund podarował Ruth nową szczoteczkę do zębów i kubek w takim samym kolorze. Kuzyni dali jej książki do kolorowania, kredki i pluszowego psa. LuLing przysunęła telewizor bliżej fotela, ponieważ bez okularów Ruth gorzej widziała.