Zaginiona Ewangelia
- Автор: Уоллес Ирвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:
Życzliwy młody policjant wyszedł z Randallem przed budynek komendy rzymskiej policji i złapał dla niego taksówkę.
– Obitorio – powiedział do kierowcy i podał mu adres. – Piazzale del Verano.
Taksówkarz przeżegnał się szybkim ruchem i ruszył w kierunku kompleksu uniwersyteckiego, gdzie mieściła się w Rzymie miejska kostnica.
Randall, kołysząc się na tylnym siedzeniu, gdy taksówka brała ostro zakręty, powoli dochodził do siebie po szoku.
Momentów wstrząsu, rozmyślał, doświadcza w życiu niemal każdy. On jednak przetrwał już kilka takich sytuacji – nagłego zaskoczenia i przerażenia, rozedrgania emocji i zmysłów – w ciągu miesiąca z kawałkiem. Najpierw choroba ojca, zaraz potem sprawa rozwodu z Barbarą i problem Judy z narkotykami. Później dwukrotnie był przekonany, że Angela jest zdrajczynią, i jednocześnie usłyszał o „fatalnym błędzie" odkrytym przez Bogardusa. W ostatnich dniach dowiedział się o pobycie profesora Montiego w zakładzie psychiatrycznym, a pamiętne spotkanie z de Vroome 'em przyniosło kolejny szok, w postaci informacji o fałszerstwie. Pomniejszych sytuacji tego rodzaju – gdy czuł zamęt w głowie, a krew zastygała mu w żyłach – było jeszcze więcej. Miał wrażenie, że stan szoku stał się jego codziennością.
Nigdy jednak cios nie był tak silny jak przed dwoma godzinami, kiedy usłyszał od dozorcy kamienicy o śmierci Roberta Lebruna.
Pamiętał -jakby to było we śnie -jak dozorca relacjonował mu wypadki wczorajszego popołudnia. W kamienicy przy Via Boncampagni zjawili się policjanci, pytając, czy mieszka tam niejaki Robert Laforgue. Kiedy dozorca potwierdził, poinformowali go, że Laforgue przed trzema godzinami zginął w wypadku.
Ofiara przechodziła przez plac w okolicy piramidy Caio Cestio i dworca Porta San Paolo – kierując się właściwie ku małej Stazione Ostiense – kiedy została potrącona przez duży czarny samochód. Jeden ze świadków zeznał, że był to amerykański pontiac, inny – że angielski aston martin. Auto uderzyło mężczyznę tak mocno, że przeleciał w powietrzu dziesięć metrów i zginął na miejscu. Samochód odjechał, nie zatrzymując się.
Policjanci weszli do mieszkania Lebruna, szukając informacji o jakichś jego bliskich, których należałoby zawiadomić i którzy mogliby zająć się pogrzebem. Dozorca o nikim takim nie wiedział i oni także nie znaleźli żadnego śladu.
Randall poprosił o wpuszczenie go do pokoju Lebruna i niczym w lunatycznym śnie dał się zawieźć windą na trzecie piętro. Kiedy dozorca otworzył zielone drzwi, oczom Randalla ukazał się skromny pokój z zapadniętym łóżkiem, dwiema stojącymi lampami o brzydkich beżowych abażurach, starą komodą, radiem i pękniętym lustrem. Na podpartych cegłami półkach stało trochę książek w tanich wydaniach, lecz żadna z nich nie traktowała o archeologii czy religii. Do pokoju przylegała ciasna kuchnia i równie nieduża łazienka.
Pod czujnym okiem dozorcy Randall przepatrzył pokój i nieliczne rzeczy gospodarza – dwa wyświechtane garnitury, znoszony płaszcz, szuflady w komodzie i podniszczone książki. Oprócz kilku paragonów ze sklepu i pustego notesu nie znalazł żadnych osobistych papierów ani listów, niczego, co wiązałoby Lebruna z jakąś inną osobą na świecie.
– Nic tu nie ma – stwierdził zrezygnowany. – Żadnych zdjęć, notatek, adresów.
– Przyjaźnił się z kilkoma dziewczynami z ulicy – odparł dozorca – ale poza tym żył jak pustelnik.
– Czyli wszystko, co pozostało po Robercie Lebrunie, to jego zwłoki – stwierdził Randall. – Czy wie pan, gdzie go zawieźli?
– Policjanci powiedzieli, że jeśli pojawi się ktoś z rodziny albo znajomych, mam przekazać, że ciało będzie przez miesiąc trzymane w Obitorio.
– W kostnicy?
– Si, w kostnicy. Będą czekali przez miesiąc, czy nie pojawi się ktoś, kto go zidentyfikuje i zapłaci za pogrzeb. Jeśli nie, pochowają go na Campo Comune.
– Campo Comune? To cmentarz dla ubogich? Dozorca skinął głową.
– Chciałbym go zobaczyć – powiedział Randall. Policja wprawdzie znalazła przy zwłokach dokumenty, ale chciał się upewnić, czy to na pewno Lebrun. – Jak to załatwić?
– Musi pan iść na policję i uzyskać pozwolenie na obejrzenie ciała – odparł Włoch.
Randall udał się więc do komendy, gdzie musiał wypełnić czterostronicowy Processo Verbale, formularz dotyczący osoby zmarłego i własnych z nim relacji. Podał znane sobie nazwiska, Lebrun alias Laforgue, jego rysopis i wiek. Wymyślił jakąś historię na temat ich znajomości jeszcze z Paryża. W końcu wręczono mu pisemne zezwolenie na identyfikację i ewentualnie zabranie ciała, a uprzejmy policjant odprowadził skonfundowanego cudzoziemca do taksówki.
Samochód zatrzymał się na Piazzale del Verano. Kierowca wskazał mu trzypiętrowy budynek z żółtej cegły, stojący za murem z żelazną, pomalowaną na niebiesko bramą.
– Obitorio – objaśnił niemal szeptem i przeżegnał się znowu. Randall wynagrodził go hojnym napiwkiem.
Wszedł przez żelazną bramę na dziedziniec i nad drzwiami do budynku zobaczył podświetlony napis: UNIVERSIT? DI ROMA. ISTITUTO DI MEDICINA LEGALE E DELLE ASSICURAZIONI. OBITORIO COMUNALE.
Miejsce w sam raz na nastrojowe spotkanie z Robertem Lebrunem, pomyślał Randall.
W holu pokazał swoje zezwolenie strażnikowi i ten zaprowadził go do pokoju po prawej, gdzie za marmurowym kontuarem rezydował ślamazarny, wąsaty urzędnik w ciemnym uniformie z czerwonym kołnierzem.
– Nazywam się Steven Randall i chciałbym zidentyfikować ciało mojego przyjaciela – powiedział. – Jego nazwisko brzmi Robert Lebrun… przepraszam, Laforgue. Przywieziono go wczoraj.
– Czy ma pan zezwolenie? – zapytał Włoch ciężko akcentowaną angielszczyzną.
Randall podał mu wystawiony na policji dokument, a urzędnik przeczytał go, wydął usta i powiedział coś szybko po włosku przez interkom.
– Proszę iść za mną – rzekł do Randalla, wychodząc zza kontuaru.
Wrócili do holu i skierowali się do drzwi z napisem na mlecznej szybie: INGRESO? VIETATO. Randall domyślił się, że oznacza to „Wstęp wzbroniony". Kiedy ruszyli korytarzem, uderzył go nasilający się odór rozkładu i poczuł mdłości. Instynkt podpowiadał mu, żeby stąd uciekać. Cała ta identyfikacja była bez sensu.
Po chwili dotarli jednak do następnych drzwi, strzeżonych przez policjanta w mundurze. Widniał na nich napis: STANZE DI RICONOSCIMENTO.
– Co tutaj jest? – zapytał Randall.
– Sala rozpoznań – przetłumaczył urzędnik. – Tutaj identyfikuje się zwłoki.
Weszli do niewielkiego pomieszczenia, oświetlonego neonówkami. Randall zakrył nos dłonią. Przez otwarte, szklane drzwi w przeciwległej ścianie pielęgniarz wprowadzał właśnie nosze na kółkach. Leżały na nich zwłoki zakryte od stóp do głów białym prześcieradłem.
Podeszli do noszy i urzędnik odsłonił twarz nieboszczyka.
– Czy to on? Pański Robert Laforgue? – zapytał. Żołądek podszedł Randallowi do gardła. Rzucił tylko okiem i odwrócił się szybko. Pomarszczona, stara twarz o skórze martwej jak kawałek papirusu, poznaczona sińcami, należała do Roberta Lebruna alias Laforgue'a.
– Tak, to on – wyszeptał, powstrzymując falę nudności.
– Dziękuję, już po wszystkim – rzekł urzędnik. Zakrył twarz nieboszczyka i dał znak pielęgniarzowi, że może zabrać nosze.
Gdy wyszli z sali rozpoznań, poza odorem śmierci Randall poczuł jeszcze inną woń – ohydny smród przypadku, spowijający go zgniłym całunem.
Gdy chciał obejrzeć w Amsterdamie oryginalny papirus numer dziewięć, ten nagle zniknął przez przypadek. Kiedy pojechał do Edlunda zobaczyć negatywy, archiwum fotografa akurat przez przypadek przepadło w pożarze. Kiedy miał otrzymać w Rzymie ostateczny dowód mistyfikacji, fałszerz przypadkowo zginął, potrącony przez samochód. Przypadki czy celowe działania?