Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Zaginiona Ewangelia
Zaginiona Ewangelia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiona Ewangelia

Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:

Ponad pięćset stron pochłonęłam w trzy dosłownie wieczory. Na okładce napisane jest że jest to thriller a'la kod da Vinci Dana Browna a moim zdaniem to Kod powinien być nazwany powieścią a'la Zaginiona Ewangelia. Po pierwsze dlatego ze powieść Wallace powstała początkiem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Nie ma w niej w porównaniu z Kodem żadnych technicznych super-urządzeń ratujących głownego bohatera z każdej opresji. W Zaginionej ewangelii nie ma nawet telefonów komórkowych a bohaterowie używają jedynie pagerów. Musze powiedzieć że powieść mi sie podobała, choć przyznam że bardzo długo sie rozkręca. Trzeba przebrnąć przez około 200 stron a potem to już nie wiadomo jak szybko ksiązka sie kończy. Bałam sie troche zakończenia bo niestety często sie zdarza że powieść jest swietna ale zakończenie rozczarowuje. U Wallace zakończenie nie jest banalne i zaskoczyło mnie w takim pozytywnym sensie. Z miłą chęcią sięgnę po kolejną powieść tegoz autora…
1 ... 130 131 132 133 134 135 136 137 138 ... 153
Перейти на страницу:

Życzliwy młody policjant wyszedł z Randallem przed budynek komendy rzymskiej policji i złapał dla niego taksówkę.

– Obitorio – powiedział do kierowcy i podał mu adres. – Piazzale del Verano.

Taksówkarz przeżegnał się szybkim ruchem i ruszył w kierunku kompleksu uniwersyteckiego, gdzie mieściła się w Rzymie miejska kostnica.

Randall, kołysząc się na tylnym siedzeniu, gdy taksówka brała ostro zakręty, powoli dochodził do siebie po szoku.

Momentów wstrząsu, rozmyślał, doświadcza w życiu niemal każdy. On jednak przetrwał już kilka takich sytuacji – nagłego zaskoczenia i przerażenia, rozedrgania emocji i zmysłów – w ciągu miesiąca z kawałkiem. Najpierw choroba ojca, zaraz potem sprawa rozwodu z Barbarą i problem Judy z narkotykami. Później dwukrotnie był przekonany, że Angela jest zdrajczynią, i jednocześnie usłyszał o „fatalnym błędzie" odkrytym przez Bogardusa. W ostatnich dniach dowiedział się o pobycie profesora Montiego w zakładzie psychiatrycznym, a pamiętne spotkanie z de Vroome 'em przyniosło kolejny szok, w postaci informacji o fałszerstwie. Pomniejszych sytuacji tego rodzaju – gdy czuł zamęt w głowie, a krew zastygała mu w żyłach – było jeszcze więcej. Miał wrażenie, że stan szoku stał się jego codziennością.

Nigdy jednak cios nie był tak silny jak przed dwoma godzinami, kiedy usłyszał od dozorcy kamienicy o śmierci Roberta Lebruna.

Pamiętał -jakby to było we śnie -jak dozorca relacjonował mu wypadki wczorajszego popołudnia. W kamienicy przy Via Boncampagni zjawili się policjanci, pytając, czy mieszka tam niejaki Robert Laforgue. Kiedy dozorca potwierdził, poinformowali go, że Laforgue przed trzema godzinami zginął w wypadku.

Ofiara przechodziła przez plac w okolicy piramidy Caio Cestio i dworca Porta San Paolo – kierując się właściwie ku małej Stazione Ostiense – kiedy została potrącona przez duży czarny samochód. Jeden ze świadków zeznał, że był to amerykański pontiac, inny – że angielski aston martin. Auto uderzyło mężczyznę tak mocno, że przeleciał w powietrzu dziesięć metrów i zginął na miejscu. Samochód odjechał, nie zatrzymując się.

Policjanci weszli do mieszkania Lebruna, szukając informacji o jakichś jego bliskich, których należałoby zawiadomić i którzy mogliby zająć się pogrzebem. Dozorca o nikim takim nie wiedział i oni także nie znaleźli żadnego śladu.

Randall poprosił o wpuszczenie go do pokoju Lebruna i niczym w lunatycznym śnie dał się zawieźć windą na trzecie piętro. Kiedy dozorca otworzył zielone drzwi, oczom Randalla ukazał się skromny pokój z zapadniętym łóżkiem, dwiema stojącymi lampami o brzydkich beżowych abażurach, starą komodą, radiem i pękniętym lustrem. Na podpartych cegłami półkach stało trochę książek w tanich wydaniach, lecz żadna z nich nie traktowała o archeologii czy religii. Do pokoju przylegała ciasna kuchnia i równie nieduża łazienka.

Pod czujnym okiem dozorcy Randall przepatrzył pokój i nieliczne rzeczy gospodarza – dwa wyświechtane garnitury, znoszony płaszcz, szuflady w komodzie i podniszczone książki. Oprócz kilku paragonów ze sklepu i pustego notesu nie znalazł żadnych osobistych papierów ani listów, niczego, co wiązałoby Lebruna z jakąś inną osobą na świecie.

– Nic tu nie ma – stwierdził zrezygnowany. – Żadnych zdjęć, notatek, adresów.

– Przyjaźnił się z kilkoma dziewczynami z ulicy – odparł dozorca – ale poza tym żył jak pustelnik.

– Czyli wszystko, co pozostało po Robercie Lebrunie, to jego zwłoki – stwierdził Randall. – Czy wie pan, gdzie go zawieźli?

– Policjanci powiedzieli, że jeśli pojawi się ktoś z rodziny albo znajomych, mam przekazać, że ciało będzie przez miesiąc trzymane w Obitorio.

– W kostnicy?

– Si, w kostnicy. Będą czekali przez miesiąc, czy nie pojawi się ktoś, kto go zidentyfikuje i zapłaci za pogrzeb. Jeśli nie, pochowają go na Campo Comune.

– Campo Comune? To cmentarz dla ubogich? Dozorca skinął głową.

– Chciałbym go zobaczyć – powiedział Randall. Policja wprawdzie znalazła przy zwłokach dokumenty, ale chciał się upewnić, czy to na pewno Lebrun. – Jak to załatwić?

– Musi pan iść na policję i uzyskać pozwolenie na obejrzenie ciała – odparł Włoch.

Randall udał się więc do komendy, gdzie musiał wypełnić czterostronicowy Processo Verbale, formularz dotyczący osoby zmarłego i własnych z nim relacji. Podał znane sobie nazwiska, Lebrun alias Laforgue, jego rysopis i wiek. Wymyślił jakąś historię na temat ich znajomości jeszcze z Paryża. W końcu wręczono mu pisemne zezwolenie na identyfikację i ewentualnie zabranie ciała, a uprzejmy policjant odprowadził skonfundowanego cudzoziemca do taksówki.

Samochód zatrzymał się na Piazzale del Verano. Kierowca wskazał mu trzypiętrowy budynek z żółtej cegły, stojący za murem z żelazną, pomalowaną na niebiesko bramą.

– Obitorio – objaśnił niemal szeptem i przeżegnał się znowu. Randall wynagrodził go hojnym napiwkiem.

Wszedł przez żelazną bramę na dziedziniec i nad drzwiami do budynku zobaczył podświetlony napis: UNIVERSIT? DI ROMA. ISTITUTO DI MEDICINA LEGALE E DELLE ASSICURAZIONI. OBITORIO COMUNALE.

Miejsce w sam raz na nastrojowe spotkanie z Robertem Lebrunem, pomyślał Randall.

W holu pokazał swoje zezwolenie strażnikowi i ten zaprowadził go do pokoju po prawej, gdzie za marmurowym kontuarem rezydował ślamazarny, wąsaty urzędnik w ciemnym uniformie z czerwonym kołnierzem.

– Nazywam się Steven Randall i chciałbym zidentyfikować ciało mojego przyjaciela – powiedział. – Jego nazwisko brzmi Robert Lebrun… przepraszam, Laforgue. Przywieziono go wczoraj.

– Czy ma pan zezwolenie? – zapytał Włoch ciężko akcentowaną angielszczyzną.

Randall podał mu wystawiony na policji dokument, a urzędnik przeczytał go, wydął usta i powiedział coś szybko po włosku przez interkom.

– Proszę iść za mną – rzekł do Randalla, wychodząc zza kontuaru.

Wrócili do holu i skierowali się do drzwi z napisem na mlecznej szybie: INGRESO? VIETATO. Randall domyślił się, że oznacza to „Wstęp wzbroniony". Kiedy ruszyli korytarzem, uderzył go nasilający się odór rozkładu i poczuł mdłości. Instynkt podpowiadał mu, żeby stąd uciekać. Cała ta identyfikacja była bez sensu.

Po chwili dotarli jednak do następnych drzwi, strzeżonych przez policjanta w mundurze. Widniał na nich napis: STANZE DI RICONOSCIMENTO.

– Co tutaj jest? – zapytał Randall.

– Sala rozpoznań – przetłumaczył urzędnik. – Tutaj identyfikuje się zwłoki.

Weszli do niewielkiego pomieszczenia, oświetlonego neonówkami. Randall zakrył nos dłonią. Przez otwarte, szklane drzwi w przeciwległej ścianie pielęgniarz wprowadzał właśnie nosze na kółkach. Leżały na nich zwłoki zakryte od stóp do głów białym prześcieradłem.

Podeszli do noszy i urzędnik odsłonił twarz nieboszczyka.

– Czy to on? Pański Robert Laforgue? – zapytał. Żołądek podszedł Randallowi do gardła. Rzucił tylko okiem i odwrócił się szybko. Pomarszczona, stara twarz o skórze martwej jak kawałek papirusu, poznaczona sińcami, należała do Roberta Lebruna alias Laforgue'a.

– Tak, to on – wyszeptał, powstrzymując falę nudności.

– Dziękuję, już po wszystkim – rzekł urzędnik. Zakrył twarz nieboszczyka i dał znak pielęgniarzowi, że może zabrać nosze.

Gdy wyszli z sali rozpoznań, poza odorem śmierci Randall poczuł jeszcze inną woń – ohydny smród przypadku, spowijający go zgniłym całunem.

Gdy chciał obejrzeć w Amsterdamie oryginalny papirus numer dziewięć, ten nagle zniknął przez przypadek. Kiedy pojechał do Edlunda zobaczyć negatywy, archiwum fotografa akurat przez przypadek przepadło w pożarze. Kiedy miał otrzymać w Rzymie ostateczny dowód mistyfikacji, fałszerz przypadkowo zginął, potrącony przez samochód. Przypadki czy celowe działania?

1 ... 130 131 132 133 134 135 136 137 138 ... 153
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)