Gwiezdne okręty
- Автор: Ефремов Иван Антонович
- Год: 1949
- Язык: польский
- Год: Książka i Wiedza
- Переводчик: Zofia Beylin
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gwiezdne okręty». Краткое содержание книги:
— Czy macie jakieś nowe koncepcje dotyczące tych „pól śmierci”, Ilja Andrejewiczu? — zapytał pomocnik. — W ogłoszonych pracach…
— Wypowiedziałem się niejasno? — przerwał Dawydow. — Nie tylko niejasno, ale nawet błędnie. Nie wyobrażałem sobie wtedy dokładnie rozmiarów tego zjawiska.
— A obecnie, co myślicie o tym, Ilja Andrejewiczu?
— Nie wiem, po prostu nie wiem i nie myślę! — szorstko odpowiedział Dawydow. — No dobrze, trzeba już pójść. Jeśli odjadę za trzy godziny, to wieczorem będę na stacji Ługowa. Pociąg do Moskwy odchodzi o godzinie pierwszej w nocy.
— A ja, czy mam dalej prowadzić obserwacje?
— Oczywiście! Proszę dobrać sobie pomocników do segregowania kości. W masie odłamków znaleźć można czasem coś możliwego. Wreszcie na innych działkach mogą się znaleźć inne złoża. Zresztą jeśli wciąż będzie się napotykać na żwirowiska i zlepieńce, to nie ma się czego spodziewać. Tak się przedstawia sprawa z numerem dwa. Natomiast numer pięć ma już całkiem inny charakter osadów: piaski, żwir oraz piaskowce prawie bez żwiru. Są to osady małych spokojnych potoków i nawet częściowo powstałe na skutek wiatrów. Ale Starożyłow w ciągu pół roku pracy nie nadesłał nic ciekawego. Siedzi bez rezultatów i smuci się biedaczysko…
W dużym pokoju, gdzie pracowali aspiranci znajdowało się troje młodych ludzi. Jeden z nich wgramoliwszy się na stół, z zapałem rozmawiał o czymś z dziewczyną, która siedziała w kącie przy małym stoliku.
— Obecna chwila historyczna — mówił wichrząc ‘ zawzięcie swoje gęste rudawe włosy — decyduje o wielu rzeczach w przyszłym losie ludzkości. Energia atomowa w rękach napastników grozi zniszczeniem cywilizacji oraz wszystkich zdobyczy kultury. Uważam, że obecnie geologia i paleontologia nie są najważniejszą dziedziną nauki, i to budzi we mnie wątpliwości, czy właściwie obrałem sobie specjalność. Czuję się jakoś na uboczu prawdziwego życia. Chciałoby się być w liczbie tych, którzy wyzwalają energię atomową dla naszej ojczyzny. Kraj socjalizmu powinien mieć najpotężniejszą i najlepszą fizykę. Czy słusznie mówię, Żeniu?
— To wszystko jest słuszne — odpowiedziała dziewczyna — ale jeśli ktoś nie jest zdolny do matematyki? Na przykład ja jej nie lubię — jak więc mogę pracować w dziedzinie fizyki?
— To nie jest takie straszne. Według mego zdania, w niektórych działach fizyki wcale nie potrzeba tyle matematyki… Czego potrząsasz głową? — zwrócił się do drugiego aspiranta, który w milczeniu przysłuchiwał się ich rozmowie.
— A jednakże paleontologia jest bardzo ciekawa! — westchnęła dziewczyna. — Oczywiście fizyka jest ważniejsza. Ale mnie się zdaje, że i tutaj można przynieść wiele pożytku… Wiedza…
Drzwi otwarły się z hałasem i do pokoju wbiegła chudziutka, zgrabna dziewczyna z rolką milimetrowego papieru w ręce.
— Koledzy, przyjechał Ilja Andrejewicz Dawydow! — Widziałam go w kancelarii. Powiedział, że zaraz tu przyjdzie. Trzeba się przygotować! A wy tutaj z Miszką tylko się rozmowami zajmujecie!
Żenią obejrzała się w stronę drzwi:
— My tu z Michałem rozprawialiśmy o poważnych rzeczach.
— Domyślam się, o jakich poważnych sprawach: aby rzucić paleontologię i zająć się energią atomową. Już cię od razu biorą! Ginie nieznany geniusz! Wiecie co, zapytajmy Ilji Andrejewicza, jak on się na to zapatruje. Podobno, gdy jest wściekły klnie na czym świat stoi!
— Oszalałaś, Tamaro! — zdenerwował się Michał. — Czy można powiedzieć wielkiemu uczonemu, że jego nauki nie uważamy za ważną! My, jego aspiranci!
— A ja nie zlęknę się i zapytam! — uparła się Tamara. — Należy wreszcie postawić kropkę na wszystkich naszych rozmowach. Zamęczyłeś nimi Żenię, a mnie też znudziłeś.
Ktoś głośno zapukał do drzwi. Michał natychmiast zeskoczył ze stołu. Żenią mimo woli poprawiła sobie włosy. Wszedł Dawydow, uśmiechając się szeroko, wypoczęty i ogromny, przywitał się i w kilku słowach opowiedział o swojej podróży.
— A teraz wy opowiadajcie. O waszych osiągnięciach i o tym, co was ciekawi? Zaczniemy od pani, Tamaro Mikołajewno!
Tamara uśmiechnęła się z zażenowaniem:
— A czy można o coś zapytać w sprawie ogólnej? — zaczęła. — Czy pan się nie śpieszy?
Michał w komicznym swoim strachu, wzniósł za plecami Dawydowa oczy do góry.
— Zupełnie się nie śpieszę — odpowiedział Dawydow. — Nawet lubię, gdy mi się zadaje pytania.
— Ilja Andrejewiczu, Michał… i my wszyscy zastanawialiśmy się, czy dobrze obraliśmy specjalność.
W takich czasach, nasze skamieliny… Na przykład, Michał mówił, że trzeba uczyć się fizyki… Byliśmy na wykładzie Piętrowa — nie wszystko było zrozumiałe, ale strasznie ciekawe! — Tamara wypowiedziała to wszystko jednym tchem, zatrzymała się, westchnęła i zakończyła pośpiesznie: — Chciałam zapytać o pańskie zdanie w tej kwestii. Jak pan nam radzi?
Dawydow spoważniał, nachmurzył się i wbrew przewidywaniu Tamary wcale się nie rozgniewał. Wyciągnął powoli papierośnicę.
— Okno otwarte, więc można palić. Pytanie jest poważne. Rozumiem was dobrze. W okresie wielkich przewrotów w technice te nauki, które stoją na uboczu, muszą wydawać się nieważne. I wy, młodzież, co zresztą jest zjaw iskiem naturalnym, wahacie się nie bacząc na to, że posiadacie już pewną specjalność. Ja bym się także wahał… Ale oto co wam powiem…
Dawydow zapalił papierosa i w zamyśleniu patrzył na unoszący się do góry dym.
— Są ludzie — powiedział powoli profesor — którym obojętny jest wybór drogi naukowej. Przypadek, wyrachowanie — i będą zajmować się wszystkim co wypadnie. I nawet z dużym powodzeniem, z dobrymi wynikami. Ale ja nie uważam ich za prawdziwych uczonych. W każdym wypadku wybór gałęzi wiedzy — zostaje określony przez osobiste zamiłowania, zdolności, upodobanie. Tylko wtedy, jeśli rozum wasz będzie pożądał wiedzy i chwytał ją, jak chwyta powietrze człowiek, który się dusi — tylko wtedy będziecie prawdziwymi twórcami nauki, którzy nie szczędzą sił w swoim dążeniu naprzód, którzy stapiają swoją indywidualność w jedną całość z nauką. Na początku sam się wahałem. Z wykształcenia jestem inżynierem, lubię technikę, ale zasadniczo mam upodobanie do nauk historycznych. Dlatego też zajmuję się najstarożytniejszą historią Ziemi i życia — niezależnie od tego, czy jest to dobre lub złe, ale wypełnia mi życie bez reszty. Oczywiście może nawet szkoda, że nie jestem fizykiem i nie tworzę w tej chwili tego, co jest najważniejsze, ale chodzi o odpowiednie skombinowanie moich zdolności i zainteresowań ze sprawami, które mogą przynieść największy efekt, jeżeli będą harmonizować z obraną przeze mnie drogą. A najwięcej powinniście bać się zwątpienia, obojętności, połowiczności i pytań—a czy warto, a po co? Bo wtedy nie będziecie warci nawet grosza!
Poza tym nie należy umniejszać znaczenia naszej nauki. Jej „jutrzejszy dzień” nastąpi może później niż w innych dziedzinach wiedzy, ona stanie się niezbędna dopiero wtedy, kiedy będziemy mogli wręcz przystąpić do badań nad człowiekiem. Nasz organizm — jest historyczną, najbardziej skomplikowaną kombinacją ewolucyjnych nawarstwień, poczynając od ryby aż do najwyższych ssaków. Zrozumienie we właściwy sposób biologii człowieka jest niemożliwe bez poznania całej drabiny ewolucyjnej. Od tego zaś zależy całkowicie medycyna przyszłości, zachowanie człowieka, jako gatunku i jeszcze wiele innych spraw. Obecnie zagadnienia te są jeszcze bardzo dalekie od nas, ale stają się bliższe z każdym dniem. Dla tych zagadnień szukamy dokładnych podstaw naukowych. Porzucić naszych badań nie wolno także dlatego, że człowiek, który buduje przyszłość, powinien posiadać ogólny poziom kultury, dużą wiedzę i szerokie horyzonty. Nauka rządzi się własnymi prawami rozwoju, które nie zawsze zbiegają się z praktycznymi potrzebami dnia dzisiejszego. I dlatego uczony nie może być wrogiem współczesności, ale nie może tkwić tylko we współczesności. Musi przodować, gdyż w przeciwnym razie będzie tylko biurokratą. Bez teraźniejszości — jest fantastą, bez przyszłości — wyrazicielem tępoty. A przecież już Piotr Wielki rozumiał to doskonale. Przypomnijcie sobie jego zarządzenie dotyczące obowiązku zbierania kości wykopaliskowych, a działo się to w tamtych czasach w biednym, niekulturalnym kraju.