Wojna Honor [War of Honor - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-622-8
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Wojna Honor [War of Honor - pl]». Краткое содержание книги:
Biuro stało się machiną wciągającą do Ligi małe, niezależne i biedne państwa leżące w pobliżu jej granic, czy tego chciały czy nie. Większość z nich w sumie zyskiwała na tym ekonomicznie, ale dopiero po pewnym czasie.
Najpierw stawały się bowiem koloniami, których mieszkańcy nie mieli nic do powiedzenia, a jeśli protestowali, byli represjonowani. A ponieważ bezpieka jak każda agencja rządowa działająca bez ścisłego nadzoru była bardzo podatna na korupcję, szybko stała się aktywnym wspólnikiem międzynarodowych korporacji, linii przewozowych, frakcji politycznych. W imię ich interesów „chronione” były światy, które wcale sobie tego nie życzyły i często zupełnie tej ochrony nie potrzebowały. Krążyły uporczywe pogłoski, że część zarządzających Biurem ściśle współpracowała nawet z Manpower i podobnymi firmami, a także z Mesą.
Gromada Talbott miała przed sobą jakieś dwadzieścia do trzydziestu lat standardowych spokoju. Potem granica Ligi znajdzie się na tyle blisko, że Biuro zainteresuje się wchodzącymi w jej skład systemami.
— Gromada Talbott… — powiedziała Zachary cicho, bardziej do siebie niż do pozostałych.
Jefferson przytaknął.
— Zgadza się, ma’am. Posprawdzałem dane, jakie mamy w tym obszarze. Są przestarzałe o dziesięć czy nawet piętnaście lat standardowych, ale niczym nowszym nie dysponujemy. Populacja systemu Lynx to mniej więcej dwa i pół miliarda ludzi, a ekonomicznie przypomina on Grayson, przed przystąpieniem do Sojuszu, choć ma technikę na wyższym poziomie. Wygląda na to, że równie gęsto zaludnione są jeszcze dwa lub trzy inne systemy w Gromadzie, a średnia wynosi około półtora miliarda.
— I Lynx znajduje się około czternastu godzin lotu stąd — dodał Thatcher.
— To brzmi obiecująco — ucieszył się Kare. — Będziemy potrzebowali pomocy przy zakotwiczeniu terminalu. Szkoda, że nie są nieco bliżej, ale taka odległość i tak pomoże w rozwoju infrastruktury niezbędnej do sprawnego funkcjonowania terminalu.
— Tak… — mruknęła Zachary. — Sądzę, że pomoże… Kare i Wix spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się szeroko.
A ona zerknęła na Wilsona Jeffersona i w jego oczach dostrzegła odbicie swojego niepokoju.
Erice Ferrero udało się nie zakląć.
Nie przyszło jej to łatwo.
Stała obok stanowiska taktycznego i spoglądała przez ramię komandora porucznika Harrisa na czerwony symbol, którego opis był obrzydliwie wręcz znajomy.
— Definitywnie Hellbarde, ma’am — ocenił Harris. — Sygnatura napędu zgadza się idealnie. Cała reszta też.
— I nadal ani słówka od Gortza, Mecia? — upewniła się Ferrero, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Nie, ma’am.
Po ostatnim patrolu uzyskała od wywiadu Sidemore pewne informacje na temat dowódcy Hellbarde. Nie było tego tyle, ile by sobie życzyła, ale przynajmniej znała jego imię: Guangfu, oraz wiedziała, że należy do grupy oficerów serdecznie nienawidzących Królestwa i Królewskiej Marynarki. Obejrzała też jego hologram — radośnie uśmiechnięty grubasek.
W ostatnim momencie powstrzymała się przed zgrzytnięciem zębami, poklepała Harrisa po ramieniu i wróciła na swój fotel.
A potem spojrzała wściekle na ekran taktyczny, a raczej znienawidzony symbol na nim widoczny.
Przez prawie trzy tygodnie Hellbarde nie snuł się za Jessiką Epps jak uparty cień i Ferrero już zaczęła mieć nadzieję, że Kapitan der Sterne Gortz znalazł sobie inną ofiarę do denerwowania. Był to, jak się okazało, niczym nie uzasadniony tryumf optymizmu nad zdrowym rozsądkiem, ale i tak była wdzięczna losowi za ten okres spokoju. Który niestety właśnie się skończył. Ferrero poczuła głęboką, zapiekłą wściekłość gotującą się gdzieś w jej wnętrzu. Przypominała wulkan przygotowujący się do erupcji.
Wzięła kilka głębokich oddechów i zmusiła się do przypomnienia sobie rozkazów księżnej Harrington. Podobnie jak większość dowódców okrętów stacjonujących w systemie Marsh była zachwycona, gdy dowiedziała się, że Harrington została mianowana dowódcą stacji Sidemore. Nie żeby miała coś przeciwko kontradmirałowi Hewittowi — był porządnym człowiekiem i kompetentnym oficerem flagowym, ale miała nadzieję, że przybycie Salamandry oznacza, iż ktoś w Admiralicji zaczął wreszcie poważnie traktować to, co dzieje się w Konfederacji. Przecież nie wysyłaliby jej, gdyby nie chcieli przekazać Imperium wyraźnego sygnału.
Niestety wyglądało na to, że czekało ją gorzkie rozczarowanie.
Najwyraźniej jakiś papierowy strateg uznał, że wystarczającym sygnałem będzie sama Harrington, bo posiłki, które wraz z nią dotarły, świadczyły, jak to ujął Bob Lewellyn, że.Admiralicja ma Sidemore w dupie”. Podkreśliło to jedynie niespodziewane przybycie imponującej liczby graysońskich okrętów. Ale chodziło nie tylko o słabość sił, ale przede wszystkim o rozkazy. Wynikało z nich bez cienia wątpliwości, że ani rządu, ani Admiralicji nic nie obchodzi to, co się dzieje w Konfederacji, jak też i to, że sporządzili je tchórze i durnie nie mający pojęcia o rzeczywistości.
Sprowadzały się one do tego, że Okręty Jej Królewskiej Mości na obszarze Konfederacji miały utrzymywać i strzec tradycyjnie rozumianej wolności przestrzeni, jak też terytorialnej nienaruszalności Konfederacji Silesiańskiej w stosunku do wszystkich, którzy chcieliby je naruszyć, równocześnie unikając prowokacji ze strony Imperialnej Marynarki i nie reagując, w równie prowokacyjny sposób jeśli uniknąć jej nie zdołają.
Nie ulegało wątpliwości, że taki stek bzdur i komunałów musiał tkwić kością w gardle takiemu oficerowi jak admirał Harrington, co zresztą widać było po wydanych przez nią rozkazach. Nowe zasady walki kładły nacisk na to, by unikać kontrprowokacji, co w części, jak Ferrero podejrzewała, było echem zniszczenia przez nią sond Hellbarde, choć nie usłyszała z tego powodu choćby jednego złego słowa. Oprócz tego napisano wyraźnie, że: „rozkazy te nie mogą zostać uznane za ważniejsze od odpowiedzialności kapitana za zapewnienie bezpieczeństwa okrętowi, którym dowodzi. Żaden oficer podejmujący stosowne działania, by to bezpieczeństwo zapewnić, kierujący się własną oceną sytuacji, nie może być uznany winnym ich naruszenia”. Traktowane łącznie, rozkazy te były sprzeczne, a zarazem wyjaśniały wszystko — pierwsza część została narzucona przez Admiralicję, musiała więc zostać przez Harrington uwzględniona, druga odzwierciedlała jej własne stanowisko. I oznaczała, że będzie bronić każdego oficera, który w samoobronie podejmie sensowne działania.
Taki rozkaz był niebezpieczny dla wydającego go, bo jeśli cokolwiek poszłoby nie tak, Harrington mogła być Pewna, że ktoś w Admiralicji oskarży ją, iż zachęciła w ten sposób podległych jej oficerów do użycia siły. Prawdę mówiąc, wśród kapitanów przydzielonych do stacji Sidemore z pewnością byli tacy, którzy w ten właśnie sposób go zinterpretowali. Nie było ich wielu, ale wystarczył jeden w niewłaściwym czasie i miejscu.
Ferrero uczciwie przyznawała, że to ona może okazać się tym oficerem, zwłaszcza jeśli Gortz będzie ją prowokował tak jak w tej chwili. Od szesnastu godzin Hellbarde powtarzał bowiem każdy manewr jej okrętu, znajdując się dwieście tysięcy kilometrów wewnątrz skutecznego zasięgu standardowych rakiet, i nie odpowiadał na wezwania do identyfikacji. Gortz co prawda nie do końca naruszał w ten sposób międzyplanetarne prawo, ale balansował na krawędzi takiego zachowania. Każdy sąd wojenny uznałby, że Ferrero miała w tej sytuacji prawo, rozkazać mu zwiększenie odległości i wziąć na cel wszystkie aktywne systemy kontroli ogniowej.