Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dzieci Boga [Children of God - pl]
Dzieci Boga [Children of God - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dzieci Boga [Children of God - pl]

Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:

Debiutancka powieść Mary Dorii Russell „Wróbel” zdobyła dla autorki powszechne uznanie. Oto kontynuacja owej jednej z najwspanialszych powieści fantastycznych ostatnich lat. Zaledwie ojciec Emilio Sanchez, jedyny członek pierwszej wyprawy, który powrócił na Ziemię, zdołał odzyskać zdrowie i równowagę psychiczną po straszliwych przejściach na planecie Rakhat, Towarzystwo Jezusowe prosi go (a właściwie zmusza), by zechciał wziąć udział w kolejnej misji. Sancheza dręczą wspomnienia i lęki, ale nie może uciec od swojej przeszłości. Rozpoczyna się druga batalia o rozum i duszę tak ciężko doświadczonego przez los kapłana.
1 ... 118 119 120 121 122 123 124 125 126 ... 137
Перейти на страницу:

— Najwyraźniej pamiętam głos mojej małej siostrzyczki — powiedział im Rukuei, gdy kości płonęły z trzaskiem. — Wszystkie wolno urodzone dzieci Najdonioślejszego były w ambasadzie… Musiał wiedzieć, jak to się skończy, ale miał nadzieję, że oszczędzą dyplomatów… — Roześmiał się, szydząc z naiwności swego ojca. — Moja siostra była gdzieś w tym pożarze. Kiedy uciekaliśmy z miasta, słyszałem, jak mnie woła. Srebrna nić dźwięku: Ru-ku-eiiiii…

Tego wieczoru, kiedy się ściemniło, zaśpiewał im o nie zabliźnionych ranach, o utracie, żalu i tęsknocie, o pogłębianiu się i otwieraniu takich ran za każdym nowym ciosem godzącym w duszę, o spowolnieniu i rozrzedzeniu bólu i smutku w tańcu życia, w obecności dzieci. Kiedy tak śpiewał, Shetri Laaks powstał i odszedł chwiejnym krokiem, aby uwolnić się od bólu tych pieśni, ale kiedy zatrzymał się w sporej odległości od stosu, usłyszał za sobą kroki cudzoziemca i poznał po zapachu Sandoza.

— Powiedz mi — rzekł Sandoz, a jego milczenie było pustką, którą Shetri zapragnął wypełnić.

— On nie chciał mnie zranić — wyszeptał Shetri. — Jakżeby mógł? Rukuei myśli, że dzieci są nadzieją, ale się myli! One są wiecznym strachem. Dziecko to członek, który mogą oderwać… — Zamilkł i starał się uspokoić oddech, zmusić go do stałego rytmu.

— Powiedz mi — powtórzył Sandoz.

Shetri zwrócił się ku głosowi cudzoziemca.

— Moja żona jest w ciąży i boję się o nią. Jest jedną z Kitherich, a oni są tacy mali. Ha’anala ledwo przeżyła ostatni poród… dziecko było szerokie w zadzie jak Laaksowie. Ha’anala bardzo się boi. Ta ciąża jest bardzo ciężka. Boję się o nią i o dziecko. I o siebie — dodał. — Sandoz, chcesz wiedzieć, o co mnie zapytała moja córka Sofi’ala, kiedy się dowiedziała, że jej matka znowu jest w ciąży? Zapytała: Czy to dziecko też umrze? Straciła już dwóch młodszych braci. Myśli, że wszystkie dzieci umierają. Ja też.

Usiadł tam, gdzie stał, nie zważając na błoto i popiół.

— Byłem kiedyś adeptem Sti. Byłem trzeciakiem i czułem się z tym dobrze. Czasami tęsknię za czasami, kiedy w moim życiu była tylko nieruchoma woda i pieśni. Ale śpiewać musi sześciu, a myślę, że ci inni też już nie żyją, a nie ma nikogo, kogo by można nauczyć obrządku. Kiedyś uważałem się za szczęśliwca, bo mogłem zostać ojcem, ale teraz… To straszna rzecz za bardzo kochać. Kiedy umarł mój pierwszy syn…

— Przykro mi z powodu tego, co utraciłeś — powiedział Sandoz, siadając obok niego. — Kiedy ma się urodzić to dziecko?

— Pewnie za parę dni. Z kobietami nigdy nie wiadomo. Może już się urodziło. Może już jest po wszystkim. — Zawahał się. — Mój pierwszy syn umarł na chorobę płuc. — Stuknął się w klatkę piersiową, żeby cudzoziemiec zrozumiał. — Ale drugi…

— Powiedz mi — powiedział cicho cudzoziemiec.

— Kapłani Sti słyną… słynęli ze swoich leków, z wiedzy, jak uzdrawiać rany i pomóc ciału pokonać chorobę, kiedy uzna się to za stosowne. Nie mogłem patrzyć, jak Ha’anala się męczy, więc próbowałem jej pomóc. Są leki zmniejszające ból… — Długo milczał, zanim wreszcie był w stanie skończyć. — To moja wina, że dziecko urodziło się nieżywe — powiedział w końcu. — Chciałem tylko pomóc Ha’anali.

— Ja też patrzyłem na śmierć drogiego mi dziecka. Zabiłem je — wyznał mu Sandoz. — To był chyba wypadek, ale odpowiedzialność spada na mnie.

Na wschodzie błysnęło; przez moment Shetri zobaczył twarz cudzoziemca.

— Więc — powiedział miękko, ze współczuciem — rozumiesz, co czuję.

Nasłuchiwali przez chwilę, czekając, aż dotrze do nich łoskot grzmotu. Kiedy cudzoziemiec znowu przemówił, jego głos zabrzmiał w ciemności cicho, ale wyraźnie.

— Shetri, bardzo ryzykowaliście, wyprawiając się na południe. Czego od nas oczekiwaliście? Nas jest tylko czterech, jesteśmy cudzoziemcami! Czego od nas chcecie?

— Pomocy. Jakiegoś nowego pomysłu… jakiegoś sposobu, żeby zmusić ich, by nas wysłuchali! Próbowaliśmy już wszystkiego, ale… Sandoz, przecież my już nikomu nie zagrażamy! — krzyknął, zbyt zrozpaczony, by się wstydzić. — Chcieliśmy, żebyście to zobaczyli, żebyście im to powiedzieli! Nie prosimy ich o nic. Niech nas tylko zostawią w spokoju! Niech nam pozwolą żyć. I… gdybyśmy tylko mogli przenieść się nieco dalej na południe, gdzie są cranile piyanoty, moglibyśmy się wyżywić. Nauczyliśmy się jeść dziczyznę… możemy się wyżywić, nie tykając Runów. Moglibyśmy nawet tego nauczyć Athaansiego i oni też by zaprzestali napadów! Gdybyśmy tylko mogli przenieść się do jakiegoś cieplejszego miejsca… gdybyśmy mogli zapewnić kobietom więcej jedzenia! Te góry nas zabijają!

Nico śpiewał teraz Un bel di; wieczorny powiew unosił tęskne zawodzenie.

— Posłuchaj mnie, Shetri. Runowie kochają dzieci tak jak wy. Ta wojna zaczęła się od wymordowania niewinnych niemowląt przez jana’atańską milicję. Co na to odpowiesz?

— Odpowiem: Mimo to nasze dzieci też są niewinne.

Zapanowało długie milczenie.

— Dobrze — powiedział w końcu Sandoz. — Zobaczę, co da się zrobić. Może niewiele, Shetri, ale spróbuję.

— Dzień dobry, Frans — powiedział Emilio następnego dnia, jakby od ostatniej transmisji nic się nie wydarzyło. — Chciałbym rozmawiać z Johnem i Dannym, jeśli nie masz nic przeciwko temu.

Po chwili usłyszał głos Candottiego.

— Emilio! Wszystko w porządku? Gdzie wy, do cholery…

— Posłuchaj, John, już ci mówiłem, że chcę przebiec tę dodatkową milę. Ale jeśli ty i Danny zechcielibyście podrzucić mnie i moich przyjaciół, to chyba wolałbym ją przelecieć.

— Bez wyjaśnienia nie da rady — odezwał się Danny Żelazny Koń.

— Dzień dobry, Danny. Wyjaśnię to za chwilę…

Włączył się Carlo.

— Sandoz, mam już tego dosyć. Mendes nie przekazuje nam prawie żadnych informacji, a kiedy przekazuje, jestem pewny, że kłamie!

— Ach, don Carlo! Mam nadzieję, że tej nocy spałeś lepiej ode mnie — powiedział Sandoz, nie zwracając uwagi na jego poirytowany ton. — Muszę cię prosić o pożyczenie nam wahadłowca. Na tym przedsięwzięciu nie można, niestety, zarobić, ale mam tu bardzo dobrego poetę, który może napisać o tobie epopeję, jeśli będziesz chciał. Nie chcę pojazdu bezzałogowego. Daj mi tamten drugi, z Dannym i Johnem, i niech będzie pusty, zadowolę się skrzynką amunicji i strzelbą myśliwską Joseby.

— Po co ta amunicja? — zapytał Danny podejrzliwie.

— Pamiętasz pierwsze zasady, Danny? Najpierw nakarmić głodnych. Sytuacja jest nieco inna, niż się spodziewaliśmy. Jeśli nasze informacje są ścisłe, pozostało już tylko kilka małych enklaw Jana’atów, a część z nich po prostu ginie z głodu. Joseba uważa, że cały gatunek jest na krawędzi wyginięcia. — Odczekał, aż z tamtej strony ucichnie wrzawa. — On i Sean postanowili sprawdzić to na miejscu. Ja też. Chcę mieć Danny’ego i Johna jako bezstronnych świadków. Obawiam się, że Sean, Joseba i ja nie jesteśmy już obiektywni.

— Sandoz — powiedział Frans — zlokalizowałem wasze położenie w pobliżu czegoś, co…

— Nie musisz wymieniać współrzędnych, Frans. Możemy być na podsłuchu — ostrzegł go Emilio. — Panowie, czekam na waszą odpowiedź. Nie mamy czasu do stracenia.

— Mówiłeś o epopei? — zapytał Carlo drwiącym tonem. — No cóż, może później znajdę coś bardziej dochodowego. Wysyłam ci prom, Sandoz. Zapłacisz mi, jak wrócimy do domu.

1 ... 118 119 120 121 122 123 124 125 126 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)