Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rzeź bezkręgowców». Краткое содержание книги:

Powieść niekwestionowanej pierwszej damy polskiego kryminału. Kolejna zagadka do rozwikłania. Fragment: – - Ostrowski z tej strony, pani Joanno, z zamordowaniem Wejchenmanna nie ma pani chyba nic wspólnego…? Może zbyt szczerze się pani wypowiadała, bo jakoś wszystkim się pani na myśl nasuwa… Tadzio: – Pani Joanno, co jest? Słyszała pani o tym? Agnieszka mnie podpuszcza, żeby panią zapytać, to chyba nie pani rąbnęła tego Wejchenmanna…? Nic nie wiemy, ale sensacja wszędzie! Paweł: – Joanna? Cześć! Zdaje się, ze twoja ulubiona postać z tego świata zeszła? Gdyby ci było potrzebne jakieś alibi, to my chętnie… Nie czułam się zaskoczona, z góry wiedziałam, że będę pierwszą podejrzaną. Może i rzeczywiście nie należało do tego stopnia kłapać gębą publicznie…? Z drugiej strony nie szkodzi, jeśli na mnie padnie, prawdziwemu sprawdzy ujdzie na sucho i niech w zdrowiu kwitnie! Może rozpęd weźmie i na tym jednym szlachetnym czynie nie poprzestanie…? Tak mi się jakoś pomyślało w złą godzię…
1 ... 8 9 10 11 12 13 14 15 16 ... 66
Перейти на страницу:

– Zaczęłabym pasować idealnie dopiero po „Krzyżowcach” – wyłupałam mściwie. – Teraz zemsta byłaby nieco opóźniona… a, prawda, trwały afekt.

– Ale jeśli dojdzie korzyść materialna…? Niech pani zauważy, że tego rodzaju motyw jest powszechnie zrozumiały dla ogółu społeczeństwa, a szczególnie dla władz śledczych, uczucia mogą budzić kontrowersyjne poglądy, to mogłaby być taka kropka na „i”.

– W nosie mam nawet krowi placek nad „i” – oznajmiłam i podniosłam się z fotela. – Chce pan herbaty? Bo ja owszem.

– Chętnie, dziękuję…

Udałam się do kuchni i prztyknęłam czajnikiem. W trakcie przygotowań pan Tadeusz zdążył wystąpić z dalszym ciągiem.

– No i teraz mnie pani zaniepokoiła tym Drżączkiem. Jak to było? Mógłbym usłyszeć?

Proszę bardzo, mógł usłyszeć. Opowiedziałam ze szczegółami, zajmując relacją cały czas gotowania się wody i nalewania napoju. Wspólnymi siłami przenieśliśmy szklanki do salonu.

Pan Tadeusz z troską zastanawiał się, w jaki sposób i w jakim stopniu mógłby mi zaszkodzić nader krótki i przypadkowy pobyt na ulicy Narbutta, szczególnie, że ten cały Drżączek wcale tam nie mieszkał. Stały adres miał w Łodzi, w Warszawie tylko bywał, co prawda znacznie więcej niż w Łodzi, ale nie wiadomo gdzie. Może na Narbutta miał kogoś albo coś, krewnych, dziewczynę, wynajętą metę, często odwiedzanych przyjaciół? Współpracownika, stałego pomagiera?

– Kocha pan ten cały Internet, niech pan sobie sprawdza – powiedziałam z irytacją. – Albo przez znajomych. Ja bym sprawdziła przez dziewczyny, Martusię albo Magdę, ale nie chce mi się. Do Drżączka, jak pan wie, wyrazistych uczuć nie miałam, takie ogólne obrzydzenie i nic więcej. Na zbrodnię to za mało.

– Ale tym bardziej temat parceli trzeba zostawić na uboczu!

– A czy ja lecę na miasto z gigantofonem? Skoro jednak powyciągał pan z przesłuchania rozmaite wnioski, może połapał się pan także, jak to tam było? Kogo oni tak naprawdę podejrzewają? I kogo pan podejrzewa?

Pan Tadeusz dał mi do zrozumienia, że co najmniej pół miasta. Konkurentów Wajchenmanna, młodszych od niego. Pracowników, którymi pomiatał. Odrzuconych aktorów i aktorki. Scenarzystów, bezlitośnie skrytykowanych i odpędzonych od kasy. Zlekceważonych producentów. Debilowatych włamywaczy, przekonanych, że każdy znany człowiek sztuki musi trzymać w domu nieprzebrane skarby, godne jaskini piratów. I jeszcze kilka innych grup społecznych.

Nic mi z tego nie przyszło. Dowiedziałam się od pana Tadeusza tylko tyle, że podobno znalazł się na miejscu zbrodni ktoś z telewizji, jako sprawca wykluczony, kto złośliwie przypomniał, że mieszkam w pobliżu, a stosunku do Wajchenmanna nie kryłam i mają to nawet na taśmach. Słyszał także różne uwagi na mój temat, źle o mnie świadczące, ale nie sprecyzował, gdzie słyszał i od kogo. Postanowiłam wydusić z pana Tadeusza coś więcej, nie miał w umyśle skłonności przestępczych i wnioski wyciągnął ograniczone, należało mu, zatem pomóc.

– Córka – powiedziałam, przerywając złowieszcze prognozy. – Wajchenmanna, nie pańska. Rozmawiał pan z nią przecież?

Z lekkim wahaniem pan Tadeusz wyznał, że owszem.

– I co?

– Jak to, przecież właśnie mówimy…

– Nie. Mam na myśli konkrety śledcze. Gdzie w końcu była ta gosposia, której nie było? Porwał ją ktoś? Uciekła? Córka powinna to wiedzieć.

– A, to… Wie, oczywiście. Gosposia pojechała do rodziny gdzieś pod Białystok, zdaje się, że na pogrzeb brata. Ale już wróciła.

– Powiedziała coś ważnego?

– W jakim sensie ważnego?

– No, o znajomych Wajchenmanna, o jego zwyczajach, może go ktoś sobaczył, może jakaś nowa podrywka, porzucona gwiazda, przetrącony talent… Córkę takie rzeczy powinny interesować!

– Oczywiście, była mowa… O gwiazdach nic nie wiem, ale z pewnością na kogoś czekał i otworzył furtkę. Taki właśnie miał zwyczaj, jeśli był z kimś umówiony, zostawiał furtkę otwartą, jeśli ktoś się spóźniał, z niecierpliwości wychodził na taras i rozglądał się, gosposia te obyczaje ganiła. Każdy mógł wejść… Więcej nie wiem, krótko rozmawialiśmy.

Na tym musiałam poprzestać. Pana Tadeusza tknął niepokój, z naciskiem poprosił, żebym przypadkiem nie poleciała sama maglować gosposi. Nie żywiłam takiego zamiaru, tragiczne zejście Wajchenmanna było upojnie piękne, ale zajmowały się nim władze śledcze i miałam nadzieję pożerować na ich osiągnięciach. Osobiście bardziej interesowała mnie Ewa Marsz…

* * *

Jadąc teraz już specjalnie na ulicę Czeczota, układałam sobie całą legendę. Nie mogłam zdradzać banku, wymyśliłam, zatem, że adres na Czeczota dostałam od Lalki, która go znała z dawnych czasów, bo niby, dlaczego nie. Cienia prawdy w tym nie było, po pierwsze, nie dodzwoniłam się ponownie do Lalki… Po pierwsze, nie mamy armat… A po drugie, wątpiłam, czy Lalka go pamięta albo w ogóle kiedykolwiek znała. Dawny adres, diabli wiedzą, w jakim stopniu on dawny, może wszystkiego raptem sprzed dziesięciu lat. Nie szkodzi, do Lalki nikt się nie dodzwoni, skoro mnie się nie udaje, i nikt jej nie zapyta. Dodzwonić się do Ewy Marsz też nie było sposobu, bank zostawiał wiadomości na sekretarce. Zdecydowałam się jechać i powęszyć chyba tylko po to, żeby cokolwiek zrobić.

Domofon był zepsuty, weszłam bez przeszkód, znalazłam właściwy numer mieszkania i zadzwoniłam do drzwi. Dzwonek w środku się rozległ, było go słychać, ale nikt nie otwierał. Dzwoniłam uporczywie, co kilkanaście sekund z nadzieją, że nastąpi scena z byle, którego filmu albo powieściowa, jakaś sąsiadka wyjrzy i coś powie, względnie ktoś będzie szedł po schodach i okaże się mieszkańcem tego domu. W naturze również się to przytrafia, tyle, że znacznie rzadziej.

Nic podobnego się nie zdarzyło. Zgniewało mnie i zaczęłam dzwonić do wszystkich drzwi obok, jak leci. Niewiele ich było, raptem troje, rezultatów nie osiągałam, dokonywałam właśnie wyboru, iść piętro wyżej czy piętro niżej, kiedy jedne z nich otworzyły się nagle. W progu pojawił się bosy młodzieniec koło dwudziestki, mocno rozchełstany i rozczochrany, zionący ponurą niechęcią. Miał na sobie spodnie i niedopiętą koszulę.

Zanim zdążył otworzyć usta, zadałam pytanie zasadnicze.

– Przepraszam bardzo, jak długo pan tu mieszka?

– Rok…? – odparł odruchowo, zaskoczony, i zastanowił się. – Więcej. Z półtora roku. A co…?

– Nic. Szukam kogoś, kto tu mieszka od dawna, co najmniej kilkanaście lat.

Nie ciekawiło go, po co tego kogoś szukam, wyraźnie było widać, że chce się mnie pozbyć, czym prędzej.

– A, to na dole. Piętro niżej mieszka taka stara raszpla… to jest… przepraszam bardzo, wiedźma… znaczy nie, no, wścibskość wcielona. Wścibskość to rodzaj żeński, nie?

– Żeński. Pod panem?

– Nie, pod tamtym.

Wskazał byłe mieszkanie Ewy Marsz i zaczął przymykać drzwi. Podziękowałam, wycofałam się i dałam mu spokój. Możliwe, że jego niechęć do mnie nawet nieco przybladła.

Do drzwi na dole nie musiałam dzwonić, były uchylone i błyskało w nich oko. Jednak nie ma siły, w każdym domu znajdzie się jakaś istota, która żyje cudzym życiem, a sama ze sobą nudzi się śmiertelnie. Zatrzymałam się i zagapiłam w oko, usiłując przybrać możliwie zmartwiony wyraz twarzy.

Oko wylazło i podwoiło się, drzwi uchyliły się szerzej, przytrzymywał je łańcuch. Nie zależało mi na rozwieraniu wrót i zapraszaniu do wnętrza, wolałam pogawędkę na klatce schodowej. Nudzące się osoby, zwabiwszy gościa, natychmiast zaczynają z upodobaniem marnować czas, częstują herbatą albo kawą, jedno farfoclówa, drugie plujka, podtykają zeschnięte ciasto, robią, co mogą dla przedłużenia rozrywki.

1 ... 8 9 10 11 12 13 14 15 16 ... 66
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)