Rzeź bezkręgowców
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Rzeź bezkręgowców». Краткое содержание книги:
Nie miałam tyle czasu. Zaczęłam się rozglądać, może uda mi się tyłem osiągnąć Wiśniową, w przeciwną stronę pojadę, ale lepiej w przeciwną niż wcale. Policja okazała odrobinę litości i zrozumienia, ruszyli akcję pozbywania się niepotrzebnych pojazdów, które im się tu wrąbały niczym klęska żywiołowa. Czekając na swoją kolej, nie miałam, co robić, opuściłam szybę, z czystej ciekawości chciałam się zorientować, co tu zaszło i skąd przy dwóch ledwo tkniętych pudłach takie zamieszanie. Nie wjechali przecież obaj w wycieczkę turystów, bo skąd wycieczka turystów na Narbutta?
Ludzie gadali, nikt mowy nie stracił. Wyleciał jakiś, nie jakiś, tylko jakaś, jakiś by tak nie leciał, do takiego lecenia wyłącznie baba zdatna, z tych drzwi wyleciała i prosto na jezdnię, pod samochód. Bo jeżdżą jak wariaci…! Jacy znowu wariaci, wloką się jak za pogrzebem, a ona mu prosto pod koła! A i to jeszcze przyhamować zdążył, ominąć chciał wariatkę, skręcił i tego drugiego dmuchnął. Pod dwa samochody wpadła. Całkiem na śmierć zabita. Nic jej się kompletnie nie stało. Głowa rozwalona, nogi połamane… Ledwo parę siniaków, rajstopy jej się podarły, kapelusz zleciał… Nic podobnego, w ogóle nie miała żadnego kapelusza, o własnych siłach na nogach stanęła i do karetki poszła. Całkiem pijana była, to pani chyba pijana, trzeźwa leciała i krzyczała, fakt, darła się jak powietrze. Wypchnął ją ktoś. O trupie wrzeszczała, bandyci. Huknęło strasznie. Nic nie było słychać…
Nader ścisłe informacje…
Jedna baba i dwie karetki…? Cóż za niespotykana rozrzutność służby zdrowia! Zaraz, ta druga karetka, tuż przede mną nadjechała, jakaś inna… Czy to przypadkiem nie taka dla nieboszczyków?
Na skręcie w Wiśniową udało mi się zadać pytanie policjantowi, który już opanował ruch na jezdni i ocierał pot z czoła.
– Obaj niewinni – zaopiniował. – I z refleksem. Inaczej by ją rozmazali jak nic, pod dwa samochody razem się rzucić, to duża sztuka.
– Samobójczyni?
– Gdzież tam. Na zwłoki się nadziała, histeria jak róży kwiat!
– Jakie zwłoki? Znajomych mam w tym domu – wymyśliłam pośpiesznie.
– Jakiś artysta czy coś… Drżączek Eugeniusz. Zna pani?
– Nie, Drżączkanie…
– Pani jedzie, już, już!
Pojechałam.
Zełgałam podwójnie. Znajomych w tym domu nie miałam absolutnie żadnych, za to, co do Drżączka… Nie było to obce nazwisko, chyba on mi się po zwojach mózgowych plątał!
Pan Tadeusz czekał pod moją furtką niepewny, czy nie powinien przeleźć przez ogrodzenie i zajrzeć do wnętrza domu, bo powinnam być, więc może umarłam, skoro nie otwieram. I nie odbieram komórki. Rzeczywiście nie odbierałam, słyszałam, że dzwoni, ale nie mogłam się do niej dogrzebać, a na Sobieskiego tuż za mną jechał radiowóz i wolałam nie ryzykować.
– Panie Tadeuszu, Eugeniusz Drżączek, czy ja przypadkiem nie zetknęłam się z takim nazwiskiem?
– No jak to, przecież to jeden z pani ulubieńców – odparł pan Tadeusz z lekkim sarkazmem, przechodząc do salonu. – Sam go pani w Internecie znalazłem, kazała mi pani. Robił tę megakomedię, która panią tak zachwyciła. „Niepotrzebni mogą odejść”… nie, nie tak, „Najpiękniejsze mogą zostać” czy coś w tym rodzaju…
Przypomniałam sobie, skąd mam Drżączka w zwojach. Padłam na fotel i z jadowitą satysfakcją wpatrzyłam się w czarny ekran wyłączonego telewizora.
– Czy James Mason jeszcze żyje? Bo jeśli tak, powinien panu zdrowo przywalić, a jeśli nie, przewraca się w grobie. Cóż za porównanie!
– Przecież James Mason to aktor, nie reżyser.
– Nie szkodzi. Sam poziom filmu, jako taki, wystarczy. W każdym razie coś mi się widzi, że Drżączek żadnego więcej megastrupla już nie spłodzi.
– Bo co się stało? – zaniepokoił się pan Tadeusz i zatrzymał się w połowie siadania na drugim fotelu. – Coś mu pani zrobiła…?
– Nie ja! – westchnęłam z żalem i ulgą równocześnie. – Pan mnie przecenia, to ktoś inny. Podobno jego trupa znaleźli, dlatego się spóźniłam. Powątpiewam, co prawda, w ścisłość takiej pięknej informacji, bo on za cudze jeszcze się nie łapał. Własne wysiadywał.
Pan Tadeusz usiadł.
– Zaraz. Czy pani była przy tym? Pani tego trupa znalazła?
– Gdybym znalazła go osobiście, nie miałabym wątpliwości. I przy wydarzeniu mnie nie było. Tylko obok.
– Też źle. Pani sobie w ogóle nie zdaje sprawy, jak pani się naraża!
– Nijak się nie narażam, niech pan nie zawraca głowy. Mogę nie jeździć po mieście, mam, co robić w domu. Ale wtedy pan będzie musiał za mnie wszystko odpracowywać.
Pan Tadeusz gorliwie wyraził gotowość odpracowywania za mnie wszystkiego, nie mając pojęcia, co mogłoby go czekać. Jednakże ocalały mi gdzieś jakieś resztki przyzwoitości.
– Bez przesady, nie wytrzyma pan, a ja wcale nie mam ochoty oglądać pańskich zwłok. Wracajmy do tematu, o co chodzi z tym Wajchenmannem?
– No właśnie. Może lepiej tego nie nagłaśniać, otóż… widzi pani… w grę wchodzi kwestia motywu, pani trochę zbyt szczerze wyrażała swoje zdanie, nie zostało w pełni opublikowane, ale na taśmach istnieje, a to się nazywa afekt…
– Trwały afekt.
– Trwały. Powiedzmy, że zostawia miejsce na wątpliwości, ale jeśli do tego dojdzie chęć osiągnięcia korzyści materialnych…
Przyjrzałam się panu Tadeuszowi z wielkim niesmakiem.
– Sam pan to wymyślił, czy jakiś kretyn panu podsunął?
– Nie mnie! – odrąbał się stanowczo pan Tadeusz. – Policji. Ktoś im zwrócił uwagę na panią w obu aspektach…
– Ciekawe, kto. I pan to potraktował poważnie? Niech mnie pan nie rozśmiesza! Co pana tak skołowało?
– Może te szczątki wykształcenia prawniczego, jakie posiadam…
– Szczątki to i ja posiadam. Jakich korzyści?
– Proszę…?
– Korzyści materialne chciałam osiągnąć. Jakie?
– To nie jest moje zdanie ani mój pogląd – zastrzegł się, czym prędzej i z silnym naciskiem pan Tadeusz, nie życząc sobie zapewne, żebym go nagle zaczęła uważać za półgłówka. – To jest może zbyt daleko posunięta ostrożność, ale strzeżonego i tak dalej. Ta parcela… ta działka…
– Jasne, on nie chciał sprzedać, więc postarałam się go kropnąć, żeby swobodnie kupić od córki za nędzne grosze. A skąd, do cholery, miałam wiedzieć, że córka będzie sprzedawać, pomijam to, że będzie dziedziczyć? Przecież jej w ogóle nie znałam i nadal nie znam! Na oczy się nie widziałyśmy!
– Najtrudniej udowodnić to, czego nie było. Przy dużym uporze jakiegoś zdolnego, zaciętego prokuratora mógłby to być malutki punkt zaczepienia. I już swąd koło pani…
– Wynajętego zawodowca też mi się da przypisać? Bo na odległość, siłą woli, naprawdę nie dałabym rady. Szkoda, ale jednak.
– Oczywiście, może ja przesadzam. To przesłuchanie dało mi coś do myślenia, zważywszy, iż rabunek nie wchodził tam w grę… Wywnioskowałem, że brane jest pod uwagę kilka motywów… W zasadzie jeden motyw w kilku wariantach, do zemsty pani niestety pasuje…