Sekret Alchemika Sędziwoja
- Автор: Пилипюк Анджей
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Sekret Alchemika Sędziwoja». Краткое содержание книги:
– Jedno zajrzenie nie opłaca się nawet za dziesięć – mruknąłem. – Ani nawet za pięć.
– Ja wcale nie mówię, że się opłaca.
– Trzydzieści złotych za książkę – zaproponowałem znienacka.
– Trzydzieści złotych to jakby o dobre osiem złotych za mało – westchnął. – Pomyśl, że możesz tu spędzić jeszcze kilka dni. Z pewnością wiele razy będziesz chciał zajrzeć do środka. Co najmniej trzydzieści osiem razy…
Wyjąłem portfel i odliczyłem trzydzieści osiem złotych.
– Od razu widać, że nie lubisz się targować – uśmiechnął się. – A w tym jest cały urok handlu. Byłem gotów sprzedać ci ją za trzydzieści pięć złotych, albo nawet za trzydzieści cztery. A tak, twoja strata. No to sprawdź teraz, czy przynajmniej jest w niej ta informacja, której szukasz.
Przekartkowałem indeks i otworzyłem na odpowiedniej stronie.
– Kamienica Sędziwoja została zburzona prawdopodobnie w końcu osiemnastego wieku. W 1809 roku w tym miejscu wzniesiono budynek, który rozebrano w 1908 by w jego miejscu wybudować gmach Towarzystwa Rolniczego – zreferowałem zdobyte informacje.
– No widzisz. Jeśli ty teraz chcesz sprzedać mi tę książkę, to dam za nią dwadzieścia dwa złote – uśmiechnął się chytrze.
Polubiłem go.
– Książka się przyda – powiedziałem chowając ją do torby. – Sam pan mówił, że posiedzę tu jeszcze kilka dni. Przewodnik po tym pięknym mieście może być mi potrzebny.
– Pan Samochodzik słusznie wybrał sobie ciebie na pomocnika – uśmiechnął się – Ale jeszcze wiele musisz się nauczyć. Myślę, że powinieneś poczytać sobie życiorys Sędziwoja. Może tam natrafisz na jakieś wskazówki prowadzące do jego biblioteki. Tak czy siak, nawet jeśli była zamurowana gdzieś w jego kamienicy, to została znaleziona znacznie wcześniej, niż do nas trafiła.
– No to przejdźmy do drugiej części mojego zadania. Czy któraś z książek Storma trafiła do handlu po wojnie?
Palce antykwariusza zatańczyły po klawiaturze. Stukał w klawisze z szybkością karabinu maszynowego. Wreszcie na monitorze wyświetliła się lista.
– Ze stu sześćdziesięciu pozycji, które przed wojną sprzedano Stormowi, przez mój antykwariat przeszło ponad osiemdziesiąt – powiedział. – Wszystkie praktycznie zaraz po wojnie, gdy kupowałem księgi na Kazimierzu. Później trafiało do mnie nie więcej niż jedna co dwa-trzy lata. Oczywiście należałoby sprawdzić też w innych antykwariatach, sądzę, że trafiła tam po prostu reszta. Mieszkanie Storma przez jakiś czas stało zapewne otwarte i ktoś je wyrabował. Książki w większości przypadków były zapisane łacińskim alfabetem, dlatego nie zostały zniszczone.
– Rozumiem.
– Ale jest jeszcze coś. W moich spisach nie występuje ani jedno dzieło Sędziwoja.
– A to oznacza, może oznaczać, że najcenniejsze egzemplarze kolekcji gdzieś ukrył.
– Ma pan rację. Tak widocznie musiało być. Może uda się wam je odnaleźć.
– Właściwie to sam już nie wiem czego szukam – mruknąłem. – Szef chce chyba odnaleźć "Niemą Księgę", ale nie po to żeby ją mieć, a tylko w tym celu, aby dowiedzieć się do czego tym dwu miłym dziewczętom potrzebny jest atanator.
Stary antykwariusz mrugnął oczyma.
– A ty nie chcesz się tego dowiedzieć?
Zamyśliłem się.
– Chcę – odpowiedziałem. – Bo czuję, że tu chodzi o coś więcej. Pan Samochodzik sądzi, że to może być zagadka dawnych technologii, ale przecież mamy analizę chemiczną i komputerową symulację procesów chemicznych… bo przecież nawet osiemnastoletnia dziewczyna nie jest na tyle głupia, żeby wierzyć w możliwość zamiany ołowiu w złoto.
– Sędziwój ponoć umiał to zrobić – wyblakłe oczy zalśniły. – Zdecydowanie powinieneś bliżej zaznajomić się z tym człowiekiem.
– Wspomniał pan o życiorysie? – przypomniałem sobie.
– Aha. Trochę sfatygowany – wyciągnął z regału niedużą książkę wydaną w latach pięćdziesiątych. – Za to kosztuje doprawdy niewiele. Tylko dwadzieścia pięć złotych.
– Bardzo sfatygowany – zauważyłem. – Oprawa introligatorska będzie kosztowała…
– Mam też książkę o konserwacji starych druków i dokumentów – wyjął kolejny tom. – Kosztuje wprawdzie aż czterdzieści, ale za to będziesz mógł tamtą zakonserwować i oprawić własnoręcznie, a przy okazji poduczysz się przydatnego fachu. Do równych siedemdziesięciu złotych mogę dołożyć jeszcze broszurę zawierającą wzory różnych gatunków papieru.
– Siedemdziesiąt złotych to sporo pieniędzy. W ministerstwie kiepsko płacą – zauważyłem.
– No to dorzucę do kompletu jeszcze powieść przygodową dla dzieci autorstwa niejakiego Nienackiego. Bardzo sfatygowana, ale dobrze się czyta.
– Niech będzie – westchnąłem.
Zapakowałem kupione książki do torby i zapłaciłem. Zbierałem się już do wyjścia, gdy nieoczekiwanie otworzyły się drzwi i do ciemnego wnętrza antykwariatu weszła ciemnowłosa dziewczyna. Poznałem ją od razu. To była ta tajemnicza Stasia, która poprzedniego dnia wieczorem wymieniła krzyżyk kuzynki na bezcenny manuskrypt.
– Witam klientkę – uśmiechnął się pan Aaron. – Czym tym razem mogę służyć?
Spostrzegła mnie, ale nie speszona zajęła wolne krzesło przed ladą.
– Potrzebuję jakichś wspomnień dawnych mieszkańców Kazimierza – powiedziała. – Szczególnie z kręgów chasydzkich.
Mówiła w jidysz, ale dzięki dobrej znajomości niemieckiego łapałem sens wypowiedzi. Mówiła powoli, jidysz nie mógł być jej językiem ojczystym. Zapewne użyła go, żeby utrudnić mi zrozumienie.
– Zaraz czegoś poszukam – uśmiechnął się i zniknął na zapleczu.
– Znowu się spotykamy – powiedziałem.
Obrzuciła mnie obojętnym spojrzeniem.
– Zakochaj się we mnie, albo lepiej w mojej kuzynce i zdobądź nam piecyk – powiedziała obojętnie. – Nawet nie na stałe. Po kilku tygodniach zwrócimy do muzeum.
– Nie mam takich możliwości – powiedziałem. – Obawiam się, że za "Niemą Księgę" też go wam nie dadzą.
Uśmiechnęła się.
– Być może nie wie pan, że prawie kompletny atanator znajduje się w zbiorach kolekcji królewskiej w Uppsala w Szwecji. Przypuszczam, że król odda go nam za "Niemą Księgę", choć wywiezienie tego dzieła z kraju jest w naszym odczuciu czynem bardzo niegodnym, na który zdobędziemy się tylko w skrajnej ostateczności.
– Byłaby pani zdolna do wywiezienia tak cennego zabytku naszej kultury za granicę? – zdumiałem się.
– Naszej kultury? – prychnęła. – Przecież to francuski druk, czy też raczej miedzioryt. Poza tym z powrotem przywiozłabym atanator. Jeśli król okaże się wystarczająco inteligentny, dojdę z nim do porozumienia…
– Ciekawe, skąd taki piecyk znalazł się w Szwecji – zamyśliłem się. – I skąd pani wie, że mógłby posłużyć pani celom?
– To też pamiątka po Sędziwoju, w czasie potopu wpadło w ręce Szwedów wyposażenie jego pracowni w dworku…
Nieoczekiwanie urwała, jakby w obawie, że powiedziała już zbyt dużo. Uśmiechnęła się na widok powracającego antykwariusza.
– Trochę tego jest – powiedział kładąc przed nią dziesięć albo dwanaście książek. Spojrzała na nie uważnie, a potem odliczyła pięć banknotów pięćdziesięciozłotowych.
Uśmiechnął się i zgarnął je do kasy, podał jej reklamówkę. Włożyła tomiki do środka i podziękowawszy ruszyła do wyjścia.
– Może moglibyśmy porozmawiać – zaproponowałem.
Odwróciła się.
– Są tajemnice, które muszą pozostać w obrębie mojej rodziny – powiedziała. – Zdobądź dla nas piecyk, a conieco ci pokażemy.
A potem wyszła.
– Skąd wiedziała, ile zapłacić? – zagadnąłem.