Sekret Alchemika Sędziwoja
- Автор: Пилипюк Анджей
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Sekret Alchemika Sędziwoja». Краткое содержание книги:
– Kogo pochowano tak bez nagrobków? – zdziwił się Szef. – Miejsce też chyba nieco dziwnie dobrane.
– Grupa ludzi wyprawiła wesele. Świętowali kilka dni i nie uszanowali Szabasu. Umarli wszyscy, a tutaj zostali pochowani.
– To można by łatwo sprawdzić – powiedziałem. – Wystarczy ściągnąć archeologów…
Szef posłał mi niechętne spojrzenie. Poczułem niestosowność swojego zachowania.
– Tylko po co? – zagadnął pan Icek. – Przyjmijmy, że znaleźlibyśmy szkielety. Albo byśmy ich nie znaleźli. W pierwszym przypadku potwierdziło by się to co wiemy, w drugim zniszczylibyśmy jedną z legend naszego miasta. Zbyt duże ryzyko, aby mogło się opłacać… Salomon Storm mieszkał w tym budynku – wskazał nam odrapaną, walącą się kamienicę po drugiej stronie placu.
Budynek oplątywały rusztowania, po których leniwie dreptali budowlańcy.
– Hmmm – mruknął Szef. – Przy okazji remontu co nieco można znaleźć. Pamiętam, jak w Warszawie podczas burzenia ruin kamienic na terenie getta ludzie opowiadali sobie o różnych precjozach…
Kustosz uśmiechnął się zagadkowo.
– Nie doceniacie panowie naszej inteligencji – powiedział z zadowoleniem w głosie – Zanim przystąpiono do remontu, ten budynek spenetrowali pracownicy naszego muzeum. Użyliśmy najnowszego sprzętu, wykrywaczy metali, echosondy i kamery termowizyjnej.
– Biedni budowlańcy nic nie znajdą.
– A panowie co znaleźli? – zainteresowałem się.
– Niewiele – westchnął. – W jednym pomieszczeniu był ukryty w ścianie sejf, a w nim pół miliona złotych w przedwojennych banknotach. Natomiast mieszkanie Storma było dokładnie puste. Zerwaliśmy nawet podłogę, w nadziei, że coś pod nią ukrył. Niestety. Jeśli w jakiś sposób zabezpieczył swoje zbiory, to musiał to zrobić gdzie indziej. Jeśli nie macie panowie więcej pytań, pora dla mnie wracać do pracy.
Nie mieliśmy pytań. Pożegnał się i poszedł.
– No to klapa – powiedziałem.
– Czekaj – mruknął Szef. – Zastanówmy się. Załóżmy taką hipotezę roboczą: Storm zgromadził sporą kolekcję dzieł alchemicznych, w tym "Niemą Księgę" i traktaty Sędziwoja. Pójdziesz do antykwariatu, w którym byliśmy wczoraj, i dowiesz się wszystkiego na temat tego, jakie dzieła Sędziwoja przeszły przez ręce krakowskich bukinistów w ciągu ostatnich stu, może stu dwudziestu lat. Wynotujesz daty pojawiania się kolejnych pozycji.
– Co nam to da? – zainteresowałem się.
– Och, to proste. Skąd Storm mógł mieć pisma Sędziwoja? Mógł je kupić albo natrafił na skrytkę. Poza tym, te miłe cielątka musiały gdzieś zdobyć "Traktat o Rtęci". Albo go kupiły, albo przywiozły gdzieś spoza miasta, albo też dobrały się już do biblioteki Storma. Tak czy siak, pójdziesz i sprawdzisz. Wynotujesz, jakie księgi miał w swojej kolekcji, a potem zbadasz, czy coś z tego pojawiło się po wojnie w handlu.
– A pan, Szefie?
– A ja pójdę na Wawel. Coś tam muszę sprawdzić…
Rozstaliśmy się na ulicy Stradom. Zakręciłem w stronę Rynku, a Pan Samochodzik powędrował naprzód.
Rozdział VI
Pan Aaron na mój widok nie okazał większego zdziwienia.
– Cóż tym razem sprowadza? – zagadnął z uśmiechem. – Udało wam się coś ustalić, czy też coraz więcej zagadek?
– Mam pytanie – wyłuszczyłem mu prośbę Szefa.
– No, macie szczęście, że trafiliście właśnie na mnie – uśmiechnął się.
W jednym z pokoi na zapleczu antykwariatu stał komputer. Staruszek usiadł przy nim i ostrożnie wystukał palcami odpowiednie komendy. Z pudełka wyjął CD-Rom i umieścił do w czytniku.
– Mój prawnuk wstukał mi w maszynę wszystkie wykazy – wyjaśnił. – Bez tego szukalibyśmy przez całe miesiące.
Po chwili urządzenie wypluło listę książek.
– To wszystko, co kupił Storm. A teraz zobaczmy, od kogo kupili to moi poprzednicy… No proszę. Coś podobnego!
Jego twarz rozjaśnił chytry uśmiech.
– Jan Moritz von Jungfrau sprzedał w 1887 trzydzieści książek i listów pozostałych po alchemiku Michale Sędziwoju w sześciu różnych antykwariatach… – zamyślił się na chwilę. – W co najmniej sześciu – uzupełnił – Nie mam przecież kompletu ksiąg. A więc handlowano nimi przez następne czterdzieści lat. Głównie jeden antykwariat sprzedawał drugiemu, cenę oczywiście cały czas podbijano. Kilka trafiło w ręce różnych klientów, ale część wróciła z powrotem. W latach dwudziestych wszystkie, które przeszły przez tych bukinistów, których wykazy mam, wykupił cadyk Salomon Storm. O, jest jeden wyjątek. Jedną pozycję kupiła w 1921 roku młoda dama.
– Jak się nazywała?
– Tego niestety nie wiem – westchnął. – Proszę mnie dobrze zrozumieć. Prowadzenie takich spisów teoretycznie w ogóle nie powinno mieć miejsca. Inaczej. Oczywiście, w tym fachu zawsze zapisuje się, od kogo się kupiło, ale nigdy nie powinno się zapisywać, komu się sprzedało. Ale to takie skrzywienie zawodowe. Jeśli ktoś kupuje manuskrypt, na który potem trafia się klient, to można próbować odkupić go z powrotem i odsprzedać drożej. Widzę, że się zgorszyłeś. Po prostu nie masz handlowej duszy – błysnął zębami. – Ale z tym to trzeba się urodzić. Zanotować można oczywiście tylko informacje o tych klientach, których się zna. Ale to nietrudne. Mamy niewielu przypadkowych nabywców. Z reguły kolekcjonerzy wpadają raz w tygodniu, inni dzwonią czy jest
już to, co zamówili. Są wreszcie tacy, nazwijmy uprzywilejowani, którzy tylko zostawiają telefon, a jak wpadnie coś z ich list, to my dzwonimy.
– Kim był ten Jungfrau? – zapytałem.
Starzec uśmiechnął się zadowolony.
– To była cała rodzina. Dostarczyli nam setki ciekawych książek. Można powiedzieć: stali dostawcy. Przez trzy pokolenia bogaciły się na nich krakowskie antykwariaty.
Popatrzyłem na niego zdumiony.
– To byli ludzie z głową na karku. Mieli firmę rozbiórkową. Zanim rozwalali budynek, zawsze dokładnie penetrowali strychy i piwnice.
– Czyli widocznie rozbierali kamienicę należącą do Sędziwoja i na strychu albo w jakimś zamurowanym pomieszczeniu znaleźli jego bibliotekę – domyśliłem się.
Westchnął ciężko.
– Z dedukcji piątka. Z przygotowania naukowego pała – podsumował mnie. – Obudź się, młody człowieku. Poczytaj sobie jakiś przewodnik. Wiesz co, nawet nie będziesz musiał daleko szukać…
Podszedł do regału z nowszymi książkami i zdjął z niego gruby tomik w lakierowanej okładce.
– Czterdzieści złotych – powiedział mrużąc oczy.
– A gdybym chciał tylko zajrzeć do środka?
– To tylko dwadzieścia za jedno zaglądniecie – uśmiechnął się.
– Nie ma handel, będzie bieda – zacytowałem jego własne słowa. – Ja chcę tylko zajrzeć i za to dwadzieścia złotych?
Tym razem zachichotał.
– Młody człowieku, widać od razu, że nie łapiesz za dobrze współczesnej cywilizacji. Ja tomik traktuję jak towar i zajrzenie też jak towar. A ty pomyśl chwilę i powiedz mi dlaczego.
– Rozumiem. To nie książka jest towarem, tylko zawarta w niej informacja. Ale czy jest warta aż dwadzieścia złotych?
– Możesz utargować na osiemnaście.
Zamyśliłem się.
– To mi się chyba nie opłaca. Jaką mam gwarancję, że w środku jest coś na temat kamienicy w której mieszkał Sędziwój, a jeśli nawet coś jest, to czy ta informacja do czegokolwiek się przyda.
Popatrzył na mnie jakby bardziej życzliwie.
– Więc teraz sam widzisz, że nie opłaca się kupić zajrzenia nawet za piętnaście złotych. A może ty byś chciał za dwanaście? Za mało dajesz…