Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Dom dzienny, dom nocny». Краткое содержание книги:

»Dom dzienny, dom nocny« jest najambitniejszym projektem prozatorskim Olgi Tokarczuk. Ta pe?na melancholijnego smutku (a miejscami i okrucie?stwa) ksi??ka oferuje nam w finale wspania?y, optymistyczny koncept. Otwiera nas na poznawanie ?ycia, do?wiadczanie naszego istnienia w jego wielowymiarowej postaci. Nie udzielaj?c nam porad ani nie serwuj?c nam odpowiedzi na tzw. najistotniejsze pytania, zach?ca do otwarcia si? na t? nie?atw? pr?b?, jak? jest nasza w?asna, niepowtarzalna egzystencja.
1 ... 108 109 110 111 112 113 114 115 116 ... 127
Перейти на страницу:

„Zobacz, moja śliczna, co kupiłem. To miało być na urodziny, ale niech dzisiaj będą twoje urodziny”.

Zaszeleścił papier i wyjęła z torby kremowe pantofle, a do nich torebkę z tej samej, doskonale gładkiej skórki. Jej oczy schły, gdy patrzyła na rzeczy. Włożyła nagą stopę w pantofel. Był doskonały. Wysoki, lekko wygięty obcas podkreślał szczupłość kostki. Pocałowała męża w policzek pokryty podróżnym zarostem.

„Włożysz je do kina. Pójdziemy obojętnie na co, bylebyś mogła włożyć te buty”.

Gdy szli spać, powiedziała mu, że ma okres. W nocy wydawało jej się, że czuje w brzuchu ten guz wielkości śliwki.

Milczenie

Nie odzywaliśmy się do siebie całymi dniami. R. wyjeżdżał i wracał. Robił zakupy, załatwiał interesy. Czasami nie było go dzień albo dwa. Suki odprowadzały jego samochód do mostku i wracały zmęczone. Mrużyły oczy. Niskie, zimne słońce mogło już tylko oślepiać, nie grzać.

O czym mielibyśmy mówić. Ludzie rozmawiają tylko o tym, co nie dzieje się naprawdę.

Czasami w ciągu dnia padało tylko jedno zdanie: „Zawołaj psy”. Nawet nie przywiązywaliśmy wagi do tego, kto z nas je powiedział. Nie było potrzeby mówić, wszystko wydawało się oczywiste i powiedziane raz na zawsze już dawno. Kiedy nikt nie przyjeżdżał, każdy dzień wyglądał tak samo; po co jeszcze mówić i robić zamieszanie, burzyć ten krystaliczny porządek.

Mówienie szkodziło, siało zamęt i rozwadniało oczywistości. Z mówieniem pojawiał się we mnie jakiś dygot.

Nie sądzę, żebym w życiu powiedziała coś naprawdę ważnego. Na najważniejsze rzeczy i tak brakuje słów.

(Lista brakujących słów. Najbardziej brakowało mi czasownika, którego znaczenie mieściłoby się gdzieś pomiędzy „przeczuwam” a „widzę”).

Milczeliśmy do tego stopnia, że gdy przyjeżdżali do nas jacyś goście, zdobywaliśmy się tylko na lakoniczne grzeczności, jakieś „cześć” czy „witaj”, ale nawet i te zwroty skracaliśmy, na ile to było możliwe, i mówiliśmy:

„U ciebie?”. Bez „co”, bo to byłoby już za dużo. „Herbaty?”, pytaliśmy bez budowania alternatyw, dając im tylko jedną możliwość wyboru.

Siadaliśmy potem po drugiej stronie stołu, w cieniu, z twarzą ku lasowi. Milczeliśmy przez całą rozmowę.

Nawet gdy wypuszczaliśmy z ust strzępki słów, milczeliśmy. Milczenie R. jest gładkie jak jego skóra. Jest naturalne, niewinne. Moje jest bardziej ponure, dochodzi z głębi brzucha, wciąga mnie, zapadam się w nim i ginę tam bezpowrotnie. Milczeliśmy do gości, do siebie, do wszystkiego wokół.

Gdy kochaliśmy się, to też w milczeniu. Nie padało żadne słowo, żadne westchnienie, nic.

Ona i On

Kiedy przychodziła seria naświetlań, musiała zostać na kilka dni w szpitalu, więc on zostawał sam. Wtedy myślał, że przydałaby się im gospodyni. Najlepiej starsza pani, która robiłaby pasztet z zająca i całe gary pierogów. Która mówiłaby po Iwowsku, z ciepłym akcentem, jak jego matka. Paliłaby w piecach i ścierała kurz z pianina. Obiecywał sobie, że to załatwi. Wtedy nie musieliby jeść odgrzewanych ziemniaków i odsmażanych kotletów.

W środę, gdy wrócił z pracy, na schodach siedziała dziewczyna. Miała włosy do ramion i zdecydowaną twarz. Nawet ładną jak od razu zauważył. Dziwacznie wyglądała w roboczych spodniach, jakie kobiety nosiły w fabrykach. Stanął przed nią zdziwiony. Podniosła na niego oczy. Były zielone, kolorowe. „Pana żona prosiła, żebym przyszła posprzątać i napalić w piecu. Jutro proszę mi zostawić klucze”.

Wpuścił ją przed sobą do sieni. Dziewczyna poszła do kuchni i zadzwoniła węglarką Widocznie znała już mieszkanie. Trudno mu się było z tym oswoić, więc usiadł w pokoju przy stole i zapalił papierosa.

„Jak masz na imię?”, zapytał, żeby cokolwiek powiedzieć.

„Agni”, odpowiedziała.

„Pewnie od Agnieszki”.

Nie zaprzeczyła, tylko uśmiechnęła się szeroko. Miała piękne, równe zęby nastolatki. Słyszał, jak krzątała się po domu, w którym robiło się cieplej i przyjemniej. Gdy była w łazience, nalał sobie kieliszek wódki i wychylił ją jednym haustem. Potem udawał, że porządkuje papiery na biurku. Przyniosła mu odgrzany bigos i herbatę.

1 ... 108 109 110 111 112 113 114 115 116 ... 127
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)