Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Сказки народов мира » O dwoch takich co ukradli ksiezyc
O dwoch takich co ukradli ksiezyc - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

O dwoch takich co ukradli ksiezyc

Электронная книга - «O dwoch takich co ukradli ksiezyc». Краткое содержание книги:

Два близнеца — Яцек и Плацек - ленивые и жестокие мальчики, приносящие неудобства всем односельчанам и готовые на всё, чтобы ничего не делать. Для этого они задаются целью — найти и украсть Луну, чтобы продать её и обеспечить себе безбедную жизнь (мальчики полагают, что та сделана из золота). Украв у своей бедной матери последнюю буханку хлеба, они отправляются в дорогу (позже хлеб превращается в камень).
Пройдя долгий путь, близнецы всё-таки ловят луну в свою сеть, но в результате получают лишь проблемы. В поисках Луны они посетили города Сараделла и Мортаделла, а потом попали в руки заметивших их разбойников. Последние привели их в Золотой Город, где всё было сделано из золота. Любой, кто прикасался к золоту, сам становился золотым. Та же участь постигла и всех разбойников.
Итогом приключения Яцека и Плацека стало их возвращение домой. Осознав свои ошибки, братья решили помогать своим родителям и перестать быть ленивыми.
1 ... 7 8 9 10 11 12 13 14 15 ... 54
Перейти на страницу:

— To ty przemówiłeś do nas? — zapytał drżący z trwogi Jacek.

— Ja! — odrzekł kruk.

— A czegóż ty od nas chcesz?

— Gdybym był młodszy, tobym wam wydziobał oczy i wyjąłbym wam serce. Nie uczynię tego jednakże, bo to by była zbyt mała dla was kara! Nie! nie tknę was, bo oczy macie złe, a serca robaczywe.

— Nie boimy się ciebie! — krzyknął Placek.

— Wy się też mnie nie bójcie, lecz Pana Boga! Ukradziony głodnej matce chleb zamienił się wam w kamień, ale najlepiej by było, abyście wy się zmienili w kamienie. Jesteście źli i wstrętni. Ziemia wstydzi się, że po niej chodzicie…

— A skąd ty o tym wiesz? Czyś taki mądry?

— Jestem mędrszy od siedmiu mędrców. Pióra moje są białe od starości, bo narodziłem się wtedy, kiedy słońce było jeszcze dzieckiem, a gwiazdy jeszcze się nie narodziły. Znam wszystkie mowy tego świata i przeczytałem wszystkie księgi. Byłem w arce Noego i na wierzchołku góry Ararat. Widziałem wszystko i wiem wszystko. Jestem tym krukiem, który nosił chleb Danielowi w lwiej jamie.

— A cóż ty takiego wiesz?

— Wiem, że przekleństwo ścigać będzie dziecko, co skrzywdziło matkę. Wiem, że pierwszą osobą po Bogu jest matka. Wiem, że zginiecie marnie, jeśli Bóg wam nie przebaczy i jeśli wam nie przebaczy matka wasza. Kra! Kra!

— Nie kracz tak strasznie! Nie wierzymy w to, co mówisz. Nasza matka myśli, żeśmy pobiegli w pole i że niedługo wrócimy.

— Wasza matka leży w tej chwili na progu domu jak nieżywa. Widzę ją ze szczytu dębu. Jej serce wszystko wie, więc wie i o tym, żeście ją zostawili na głód i na poniewierkę.

— Jeśli jesteś taki mądry, to nam powiedz, czy bardzo nas przeklinała.

Krukowi, kiedy to usłyszał, oczy zapłonęły szkarłatnym blaskiem.

— Chłopcy niegodziwi! — zakrakał potężnym głosem. - Wasza matka, zanim legła jak nieżywa, modliła się gorąco o to, aby was nic złego nie spotkało. Dlatego tylko nie zabiję was. Precz, precz z moich oczu!

Takim to wykrzyknął głosem chrapliwym i groźnym, że chłopcy pobledli. Udawali dotąd, że się wcale nie lękają tego sędziwego ptaka, naprawdę jednak serca w nich zamarły, kiedy do nich zagadał ponuro. Kiedy więc kazał im iść precz, porwali się z ziemi i pobiegli w dół ze wzgórza przez gąszcz krzewów. Głogi chwytały ich kolczastymi palcami za suknie, giętkie leszczyny smagały ich dotkliwie. Poza sobą słyszeli długo przeraźliwy głos kruka, biegnący za nimi jak grzmot. Myśleli też, że za nimi wali szumiąca burza, a to dąb wspaniały i z sercem wzniosłym, usłyszawszy o ich sprawach, rozszumiał się w wielkim gniewie i musiał załamać ze zgrozy potężne ramiona konarów, tak że aż trzeszczały.

Zziajani, głodni i przerażeni biegli długo, nie przemówiwszy do siebie ani słowa. Pędzili bezdrożem”, okolica bowiem była pusta i bezludna. Za nimi biegł strach niewidzialny i niesłyszalny, ale czasem czuli zimne na plecach mrowie, jakby lodowaty jego oddech. Czupryny mieli zlepione mokrością potu, suchość w gardłach i ognie w żołądkach. Biegli już resztkami sił, a to było najgorsze, że biegli bez tchu, byle przed siebie, byle jak najdalej.

Tymczasem zapadała noc. Niebo pobladło, jakby z rozpaczy, że za kilka chwil nie ujrzy już słońca. Mrok, przez dzień śpiący w komyszach jak dzikie zwierzę, budził się już ze snu, przeciągał leniwie i wypełzał powoli ze swoich ciemnych kryjówek. Zerwał się wiatr i jak tropiący po śladach pies, biegał tam i sam wśród zarośli, które zakwitały dziwacznymi; kwiatami cieniów, zanim je noc nie zakryła. Pod nogami chłopców zachlupotała czasem woda i bulgotała jakby w gniewie, że ktoś ją rozprysnął ciężką stopą. Noc zaczęła gadać dziwnymi głosami: mruczeć i szeleścić, jęczeć i wzdychać. Ciężkimi, jakby wzdychającymi głosami zaczęły się nawoływać jakieś strachy czy wilkołaki. Czarne nietoperze śmigały szybko wykrętnym lotem, jak myśli złego człowieka. Wiatr zwęszył pierwszą gwiazdę i myśląc zapewne, że to jest złoty ptak, uganiał po chaszczach i piął się z piskiem i skowytem po pniach wysokich drzew, aby pożreć złotego ptaka. Drzewa zmieniały się w strasznych olbrzymów, a krzaki w straszniejszych jeszcze karłów. Wszystko było dziwne i przerażające… Chłopcy patrzyli dokoła z trwogą i gnali przed siebie straciwszy wszelką drogę i kierunek. Trwożył ich każdy krzak, a każdy zwalony pień zdawał się po nich wyciągać macki; nadaremnie wyglądali jakiegoś światełka, nadaremnie nasłuchiwali ludzkiego głosu. Chcieli odpocząć, odpocząć za wszelką cenę, lecz trwoga niosła ich wciąż naprzód, a lęk podcinał ich jak biczem.

Nagle Jacek krzyknął. Zdawało mu się, że ujrzał dwa czerwone światełka.

— To pewnie ludzkie mieszkanie! — zawołał radośnie Placek, który też je dojrzał.

Skręcili w bok i zaczęli biec w tę stronę, gdzie się, jarzyły dwa czerwone ogniki. Biegli z nadzieją, że ich ktoś przygarnie, nakarmi i napoi.

Wtem ogniki znikły, a po chwili znowu zapaliły się w dalekości.

— Biegnijmy! — krzyknął z rozpaczą Jacek.

— Tam, tam na lewo! — wołał zamierającym oddechem Placek.

Nadzieja dodała im sił. Zabiegli na jakieś moczary, bo woda, bita ich nogami, bulgotała coraz częściej i opryskliwiej.

Kiedy się znaleźli w jakimś wilgotnym pustkowiu, dostrzegli, że otacza ich mętna, zimna, ciężka mgła. Wpadli w jej zgniłą toń jak w stęchłą wodę i nie widzieli nic prócz tych migotliwych światełek. Zbliżali się do nich z coraz większym trudem, płynąc raczej wśród tego mglistego jeziora niż idąc. Nagle strach chwycił ich za gardło, tak że nie mogli schwytać oddechu. Na jakiejś wyniosłości stało, mgłami owite, straszliwe widmo przypominające psa. Czerwone światełka to były oczy potwora, teraz już tak wielkie jak dwa czerwone księżyce. On sam zaczął rosnąć i olbrzymieć. Bura mgła tworzyła jego splątane kudły, głowa, zdawało się, sięga chmur. Kiedy patrzyli zlodowaciali od lęku, rozległo się po bagniskach przeciągłe wycie i potoczyło się aż po najdalsze krańce nocy: wycie bolesne, pełne rozpaczy i grozy. Widmo skierowało na nich swoje przerażające oczy. Wtedy oni krzyknęli z wysiłkiem:

— Ratunku!

Nikt im nie odpowiedział, tylko widmo psa zawyło jeszcze boleśniej, potem się rozwiało we mgle. Zgasły straszne oczy, przebrzmiał przejmujący głos.

Chłopcy dygotali ze strachu i zimna. Jacek pochylił się do ucha Placka i wyszeptał:

— To był duch Łapserdaka!

— I mnie się tak zdaje — szczęknął zębami Placek.

— Jakie to szczęście, że był to pies łagodny za życia — szeptał Jacek. - Ale gdzie my jesteśmy?

— Nie wiem… Musimy wyjść z tego bagna… Chodźmy! Uszli z trudem kilka kroków i nagle zapadli w jakąś czeluść.

— Ssssss!.. sssss!.. — usłyszeli ciche, jadowite syczenie.

— Węże! — krzyknęli z rozpaczą. - Uciekajmy!

— Nie uciekajcie! — odezwał się syczący głos. - Odpocznijcie sobie… sssss! nic wam nie zrobimy złego… sssss! Są tu węże złe i jadowite żmije, które zabijają każdego… Śmierć! śmierć! Ale wam nie zrobimy nic złego… sssss!

— Czemu? — zapytał ostatnim tchem Jacek.

— Bo wy jesteście nasi bracia… sssss! My jesteśmy nakrapiane i wy też jesteście nakrapiani… sssss! My jesteśmy węże i wy też jesteście węże…

— My jesteśmy ludzie! — krzyknął Placek.

— Nie, braciszku! ssss! Ty jesteś wężem, a twój brat jest żmiją… Matka wykarmiła was i wyhodowała was na własnej piersi… Ssssss! A wy ukąsiliście ją w samo serce… Nic złego wam nie zrobimy… Jesteście żmije… żmije… ssss…

1 ... 7 8 9 10 11 12 13 14 15 ... 54
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)