Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 102 103 104 105 106 107 108 109 110 ... 141
Перейти на страницу:

Hissune kiwnął głową.

— Żądam tylko trzech koron.

— Co takiego?! I tak musisz z kimś wyjechać do góry! A pięć minut temu powiedziałeś, że gdy następnym razem będziesz moim przewodnikiem, nie zechcesz żadnej opłaty.

— Następnym razem tak — odrzekł Hissune z powagą w głosie. — To jest jeszcze ten pierwszy raz. Czy pozbawisz biednego chłopca środków do życia?

Valentine, westchnąwszy, powiedział do Zalzana Karola:

— Daj mu trzy korony.

Chłopiec wskoczył do pierwszego wozu. Niebawem cała karawana zakręciła i odjechała. Valentine i jego pięciu towarzyszy przeszli przez wrota Domu Kronik.

Korytarze prowadziły tu we wszystkich kierunkach. W słabo oświetlonych niszach kanceliści pochylali się nisko nad stertami dokumentów. Powietrze było zatęchłe i suche, a miejsce sprawiało wrażenie jeszcze bardziej odpychającego niż poprzednie poziomy. Valentine uświadomił sobie, że to jest administracyjny rdzeń Majipooru, miejsce, skąd faktycznie zarządzano dwudziestoma miliardami istot. Przeszyła go dreszczem świadomość, że te rozbiegane, ryjące w ziemi gnomy dzierżą rzeczywistą władzę nad światem.

Do tej pory sądził, że prawdziwym królem jest Koronal, a Pontifex tylko zwykłą marionetką, ponieważ to Koronal stał na czele sił porządku wszędzie tam, gdzie zagrażał chaos, podczas gdy Pontifex opuszczał Labirynt tylko z okazji najważniejszych wydarzeń państwowych.

Ale teraz nie był tego taki pewny.

Pontifex mógł sobie być szalonym starcem, ale jego słudzy, te setki tysięcy bezbarwnych biurokratów w dziwacznych małych maskach, skupiali razem w swoich rękach więcej władzy na Majipoorze niż butny Koronal wraz ze swymi książęcymi pomocnikami. Tu ustalano wysokość podatków, tu dbano o zachowanie równowagi w handlu między poszczególnymi prowincjami, tu planowano kolejne prace przy utrzymaniu gościńców i rezerwatów, stąd kontrolowano instytucje oświatowe i wszelkie inne, podlegające prowincjonalnym zarządom. Valentine nie był do końca przekonany, czy na świecie tak wielkim jak Majipoor potrzebna jest centralna administracja, ale poruszając się po krętych korytarzach Labiryntu zobaczył, że rządzenie planetą nie polega jedynie na objazdach prowincji i przesyłaniu snów. Najwięcej pracy wykonywała ukryta pod ziemią potężna machina biurokracji.

I teraz sam dał się schwytać w jej sidła. Kilka kręgów poniżej Domu Kronik znajdowały się kwatery dla urzędników z prowincji, którzy przybywali do Labiryntu w sprawach urzędowych; on także otrzymał tam skromny apartament, w którym utkwił na kilka dni, nie wzbudzając swoją osobą niczyjego zainteresowania. Już mu się zdawało, że nie potrafi przebić się dalej. Oczywiście, jako Koronal miałby prawo do natychmiastowego dostępu do Pontifexa, lecz nie wyglądał na Koronala, a gdyby się nim ogłosił, tym bardziej zamknięto by przed nim dalszą drogę.

Po zajrzeniu w głąb pamięci przypomniał sobie imiona głównych ministrów Pontifexa. Jeśli ostatnio nic się nie zmieniło, w najbliższym otoczeniu Tyeverasa przebywało pięciu urzędników pełnomocnych — Hornkast, jego najwyższy rzecznik; Dilifon, jego prywatny sekretarz; Ghayrog Shinaam, minister spraw zagranicznych; Sepulthrove, minister do spraw naukowych i osobisty lekarz; i Narrameer, wieszczka, o której krążyły pogłoski, że posiada największą ze wszystkich władzę i że za jej poradą wybrano na Koronalów Voriaxa i Valentine'a.

Ale dostanie się do tej piątki było chyba równie trudne, jak dotarcie do samego Pontifexa, a posłużenie się diademem otrzymanym od matki nie wchodziło w grę, gdyż Valentine nie mógł sięgnąć do umysłu kogoś, kogo nie znał, ani wysyłać myśli na nieznaną odległość.

Niebawem się zorientował, że jako strażnicy środkowych poziomów Labiryntu służą dwaj pomniejsi, ale wystarczająco ważni urzędnicy. Byli to królewscy majordomusowie — Dondak-Sajamir z rasy Su-Suherów i Gitamorn Suul, kobieta rasy ludzkiej.

— Ale — powiedział Sleet, który zdążył porozmawiać z prowadzącym zajazd — tych dwoje nienawidzi się wzajemnie od roku albo i dłużej. Współpracują ze sobą o tyle, o ile to jest konieczne. Ty zaś, aby zobaczyć się z wyższymi ministrami, musisz mieć zgodę obu.

Carabella parsknęła ze złością.

— Spędzimy tu na dole resztę życia, wycierając kurze! Valentine, dlaczego w ogóle zawracamy sobie głowę Labiryntem? Dlaczego nie wyniesiemy się stąd i nie pomaszerujemy wprost na Górę Zamkową?

— Całkowicie się z nią zgadzam — powiedział Sleet.

Valentine potrząsnął głową,

— Poparcie Pontifexa jest niezbędne. Tak powiedziała Pani i ja też tak uważam.

— Niezbędne do czego? — dopytywał się Sleet. — Pontifex śpi gdzieś głęboko pod ziemią. O niczym nie wie. Czy Pontifex pożyczy ci jakąś armię? Czy Pontifex w ogóle istnieje?

— Pontifex ma armię drobnych kancelistów i urzędników — zauważył łagodnie Deliamber. — Uważamy, że są przydatni w najwyższym stopniu. To oni, a nie wojownicy, stanowią o równowadze sił w naszym świecie.

Sleet nie dawał się przekonać.

— Słuchajcie, rozwińmy chorągwie ze znakami gwiazdy, zadmijmy w trąby, uderzmy w bębny i ruszmy w drogę przez Alhanrocl, ogłaszając Valentine'a Koronalem i wyjawiając wszystkim podstęp Dominina Barjazida. W każdym mieście na trasie przemarszu Valentine napotka tłumy ludzi i zdobędzie ich wsparcie albo serdecznością i otwartością, albo dzięki pomocy diademu Pani. Kiedy znajdzie się na Górze Zamkowej, będzie miał za sobą dziesięć milionów ludzi i Barjazid podda się bez walki.

— Przyjemna wizja — powiedział Valentine. — Myślę jednak, że nim my postawimy otwarte wyzwanie, powinni popracować dla nas pomocnicy Pontifexa. Odwiedzę tych dwóch majordomusów.

Po południu zaprowadzono go do głównej kwatery Dondak-Sajamira — zaskakująco niegościnnie wyglądającego małego gabinetu, otoczonego rojem maleńkich nisz kancelistów. Siedział w ciasnym i zagraconym przedsionku dłużej niż godzinę, nim wreszcie dopuszczono go przed oblicze majordomusa.

Valentine nie bardzo wiedział, jak ma się wobec mego zachowywać. Czy jedna głowa należy do Dondaka, a druga do Sajamira? Czy powinien zwracać się do obu jednocześnie, czy też mówić do tej, która właśnie przemawia? Czy podczas rozmowy dopuszczalne było wodzenie wzrokiem od jednej głowy do drugiej?

Dondak-Sajamir obdarzył Valentine'a niezmiernie wyniosłym spojrzeniem i kiedy czworo zimnych zielonych oczu beznamiętnie badało gościa, w biurze zaległa cisza. Su-Suher był gładkoskórym bezwłosym stworzeniem, o wiotkim, rurowatym ciele i o szyi niczym rozwidlona różdżka, która osiągnąwszy długość jakichś dziesięciu — dwunastu cali rozszczepiała się, aby podtrzymać dwie wąskie wrzecionowate głowy. Każdemu, kto widział, z jaką wyższością Dondak-Sajamir się nosi, przychodziła do głowy myśl, że gabinet majordomusa przy Pontifexie jest znacznie ważniejszy niż urząd samego Pontifexa. Jednak trochę tej lodowatej wyniosłości, z czego zdawał sobie sprawę Valentine, należało złożyć na karb rasy, z której majordomus się wywodził; żaden Su-Suher nie mógł nic zaradzić na to, że natura obdarzyła go wielkopańskim wyglądem.

Ostatecznie lewa głowa Doiidak-Sajamira przemówiła:

— Po co tu przybywasz?

— Prosić o audiencję u najwyższych ministrów Pontifexa. — To wiem z twojego podania. Ale jaką masz do nich sprawę?

— Mam sprawę najwyższej wagi, sprawę rangi państwowej.

— Słucham.

— Nie oczekujesz chyba, że będę o tym rozmawiał z kimkolwiek, kto nie reprezentuje najwyższej władzy.

Dondak-Sajamir nieskończenie długo rozważał to, co usłyszał. Kiedy zdecydował się odezwać, głos pochodził z prawej głowy i był znacznie głębszy od poprzedniego.

1 ... 102 103 104 105 106 107 108 109 110 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)