Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 98 99 100 101 102 103 104 105 106 ... 141
Перейти на страницу:

Nascimonte wpatrywał się w Valentine'a jak ktoś, kto poczuł na sobie dotknięcie bóstwa.

Po chwili opadł na kolana i zrobił dłońmi znak gwiazdy.

— Mój panie — powiedział stłumionym, zamierającym w gardle głosem. — Mój panie… przebacz mi… przebacz…

Rozdział 4

To, że na tej pustyni żyli bandyci, niezmiernie Valentine'a zaskoczyło, ponieważ anarchia rzadko zdarzała się na dobrze administrowanym Majipoorze. Jednak to, że dobrze gospodarujący włościanie za przyczyną beztroski obecnego Koronala zamieniali się w żebraków, zdziwiło go jeszcze bardziej. Na Majipoorze klasa rządząca nie miała w zwyczaju tak bezmyślnie wykorzystywać swojej pozycji. Jeżeli Dominin Barjazid myśli, że postępując w ten sposób potrafi długo utrzymać tron, jest nie tylko podstępnym człowiekiem, lecz głupcem.

— Czy obalisz uzurpatora? — spytał Nascimonte.

— W odpowiednim czasie — odrzekł Valentine. — Wiele jest jeszcze do zrobienia, zanim nadejdzie ten dzień.

— Jeśli przyjmiesz mnie na służbę, możesz mną rozporządzać.

— Czy między tym terenem a bramą Labiryntu kręcą się inni bandyci?

Nascimonte skinął głową.

— Jeszcze ilu! Swobodne życie pośród tych pagórków stało się już zwyczajem prowincji.

— A czy masz na nich jakiś wpływ, czy jesteś tylko władcą tytularnym?

— Słuchają mnie wszyscy.

— To dobrze — rzekł Valentine. — Proszę cię zatem, abyś nas przeprowadził przez te ziemie aż do Labiryntu i bronił przed swymi przyjaciółmi.

— Postaram się, mój panie.

— Ale ani słowa o tym, co ci wyjawiłem. Traktuj mnie jako urzędnika Pani, zdążającego z poselstwem do Pontifexa.

W oczach Nascimonte'a pojawił się przelotny błysk nieufności. Spytał zaniepokojony:

— Nie mogę rozgłosić, że jesteś prawdziwym Koronalem? Dlaczego? Valentine uśmiechnął się.

— Ci, których widzisz w tych kilku ślizgaczach, stanowią całą moją armię. Nie chcę wypowiadać wojny uzurpatorowi, póki nie urosnę w siłę. Stąd cały sekret i stąd moja wizyta w Labiryncie. Im prędzej otrzymam wsparcie od Pontifexa, tym prędzej rozpocznie się prawdziwa walka. Kiedy będziesz gotowy do odjazdu?

— Za godzinę, mój panie.

Nascimonte z garstką swoich ludzi wsiadł z Valentinem do pierwszego wozu. Mijane okolice pustoszały coraz bardziej i zamieniały się powoli w brunatną, jałową ziemię, prawie zupełnie pozbawioną jakichkolwiek oznak życia. Hulał po niej tylko gorący wiatr, sypiąc wokół tumanami piasku. Od czasu do czasu z dala od głównej drogi pojawiały się trzy- lub czteroosobowe grupy jeźdźców ubranych w obszarpane stroje. Mężczyźni przystawali, aby popatrzeć na podróżnych, ale nie wszczynali żadnych awantur. Na trzeci dzień Nascimonte zaproponował skorzystanie ze skrótu, który według niego miał zaoszczędzić parę dni jazdy. Valentine przystał na to bez chwili wahania i nakazał opuścić główną drogę. Karawana przejechała po dnie ogromnego wyschniętego jeziora, przeprawiła się przez urwiste wąwozy i płaskie pagórki, minęła pasmo zwietrzałych i zrudziałych gór i w końcu znalazła się na rozległym, wystawionym na wiatry pustynnym płaskowyżu. Valentine zauważył, że kiedy ślizgacze wjechały na tę niegościnną ziemię, Sleet i Zalzan Kavol wymienili zaniepokojone spojrzenia. Domyślał się, że muszą teraz szeptać sekretnie o podstępie i zdradzie, jednak jego wiara w Nascimonte'a była niezachwiana. Dzięki diademowi Pani dobrze wiedział, że dusza herszta bandy nie jest duszą zdrajcy.

Następny dzień i jeszcze jeden, i kolejny, szlakiem przez bezdroża. Teraz już i Carabella marszczyła czoło, a hierarchini Lorivade wyglądała jeszcze bardziej srogo niż zazwyczaj, aż w końcu Lisamon Hultin odciągnęła Valentine'a na bok i powiedziała niezwykle cichym, jak na nią, głosem:

— Co będzie, jeśli ten człowiek, ten Nascimonte, okaże się sługą fałszywego Koronala, wynajętym po to, aby cię doprowadzić do miejsca, w którym nikt i nigdy cię nie znajdzie?

— Co będzie? Będziemy zgubieni, a nasze kości zostaną tu na zawsze — powiedział Valentine. — Ja jednak nie przejmowałbym się takimi obawami.

Jednak powoli i w nim zaczął narastać pewien niepokój. Nadal ufał, że Nascimonte działa w dobrej wierze — niepodobna, żeby jakikolwiek agent Dominina Barjazida wybrał tak ponury i przewlekły sposób pozbycia się go, podczas gdy wystarczyłoby jedno pchnięcie mieczem w plecy przy ruinach miasta Metamorfów — ale nie miał żadnej pewności, że jego przewodnik wie, dokąd zmierza. Nigdzie po drodze nie było wody i nawet wierzchowce, zdolne do przetworzenia każdej substancji organicznej w paliwo, karmione jedynie z rzadka rosnącymi, cienkimi chwastami, zaczynały — jak zauważył Shanamir — chudnąć i tracić mięśnie. Jeśli tutaj zdarzy się coś złego, nie będzie żadnej nadziei na ratunek. Ale kamieniem probierczym był dla Valentine'a Autifon Deliamber; czarodziej miał nadzwyczaj rozwinięty instynkt samozachowawczy, a teraz zachowywał spokój i nie martwił się długą podróżą.

W końcu Nascimonte zatrzymał karawanę w miejscu, gdzie zbiegające się ze sobą dwa łańcuchy nagich urwistych wzgórz tworzyły ściany głębokiego jaru.

— Pewnie myślisz, że zgubiliśmy drogę, mój panie — powiedział do Valentine'a. — Chodź, pokażę ci coś.

Valentine wraz z grupą towarzyszy poszedł za nim kilkadziesiąt kroków dalej, do miejsca, gdzie jar otwierał się na rozległą dolinę. Nascimonte wyciągnął ku niej ramiona.

— Popatrz — rzekł.

Pośród bezmiaru płowej pustyni, ciągnącej się na północ i południe przez przynajmniej sto mil, wznosił się olbrzymi kopiec brunatnej ziemi, przykrywający Labirynt Pontifexa.

— Pojutrze będziemy przy Bramie Ostrzy — powiedział Nascimonte.

Valentine pamiętał, że do ogromnej budowli prowadziło siedem wejść, rozmieszczonych w równych odstępach. Kiedy przybywał tu jako wysłannik Voriaxa, wchodził przez Bramę Wody, leżącą od strony urodzajnych północno-wschodnich prowincji, przez które płynęła rzeka Glayge, biorąca początek na Górze Zamkowej. Tamtej drogi używali wysocy urzędnicy prowadzący interesy z ministrami Pontifexa; z pozostałych stron Labirynt otaczały znacznie mniej przyjazne ziemie, a pustynia, którą teraz Valentine podążał, była najmniej przyjazna ze wszystkich. Pocieszała go myśl, że o ile przybywał do Labiryntu przez martwą ziemię, to opuści go wychodząc na szczęśliwszą stronę.

Labirynt zajmował ogromną przestrzeń; był zbudowany na wielu poziomach i wił się w dół spiralami, coraz niżej i niżej, obejmując we wnętrznościach planety kondygnację za kondygnacją, a faktyczna liczba jego mieszkańców była nie do obliczenia. Pontifex mieszkał w najgłębiej położonym sektorze, do którego prawie nikt nie miał wstępu. Otaczająca ten sektor strefa była zasiedlona przez ministrów rządu i nieprzeliczone zastępy istot, które spędzały całe życie pod ziemią, mozoląc się przy wykonaniu niepojętych dla Valentine'a obowiązków, takich jak rejestrowanie, dekretowanie podatków, spisy ludności i temu podobne. Z kolei wokół strefy rządowej narastała od tysięcy lat zewnętrzna ochronna powłoka Labiryntu, spirala korytarzy zamieszkanych przez miliony biurokratów, kupców, żebraków, kancelistów, rzezimieszków, świat żyjący własnym życiem, gdzie nigdy nie czuło się miłego słonecznego ciepła, gdzie nie zaglądały chłodne, czyste promienie księżyca, gdzie całe piękno i radość gigantycznego Majipooru zamieniono na blade przyjemności życia w podziemiu.

Ślizgacze jechały wzdłuż kopca przez mniej więcej godzinę, aż w końcu przybyły do Bramy Ostrzy, zwykłego otworu w ziemi prowadzącego w głąb tunelu. Osadzony przed nim w betonie szereg zardzewiałych mieczy tworzył symboliczną barierę. Ile czasu musiało upłynąć, zastanawiał się Valentine, aby w tutejszym suchym, pustynnym klimacie miecze pokryły się rdzą?

1 ... 98 99 100 101 102 103 104 105 106 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)