Drzwi do lata [The Door into Summer - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Mizar
- ISBN: 83-85309-56-X
- Переводчик: Zbigniew Foniok
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Drzwi do lata [The Door into Summer - pl]». Краткое содержание книги:
Niestety, Dan zna się na maszynach, ale nie na ludziach. Belle i Miles w podstępny sposób oszukują go i pozbawiają prawa do patentów. Rozczarowany życiem Dan Davis decyduje się na zamrożenie w komorze hibernacyjnej na trzydzieści lat.
Po obudzeniu doznaje szoku, powoli jednak zaczyna przystosowywać się do nowego świata. Nie pojmuje tylko jednego. Większość nowoczesnych automatów jest autorstwa... Dana Davisa.
Tę zagadkę można by wyjaśnić cofnięciem się Dana w przeszłość. Ale przecież podróże w czasie nawet w dwudziestym pierwszym wieku wydają się niemożliwe…
Miles znowu pociągnął łyk.
— Kiedy będzie gotowy do produkcji?
— Z chęcią poświęciłbym mu jeszcze dziesięć lat.
Zanim zaczął stękać, dodałem: — Powinniśmy ruszyć prawdopodobnie za pięć lat.
— Bzdura! Dostarczymy ci wszystko, czego będziesz potrzebował, i pierwszy model wypuścimy za pół roku.
— Nie, mój drogi, nic z tego… To jest dzieło mojego życia. Nie puszczę go między ludzi, dopóki nie będzie absolutnie doskonały. Muszę zmniejszyć gabaryty, wyrzucić wszystko, co jest zbędne, z wyjątkiem lamp Thorsena i wymienialnych podzespołów. Czy wiesz, do jakiego stopnia jest uniwersalny?… Będzie umiał nie tylko wypuścić kota za drzwi i wykąpać dziecko, ale nawet zagra z właścicielem w ping-ponga, jeżeli oczywiście klient będzie chciał zapłacić za dodatkowe programowanie.
Popatrzyłem na robota. ,,Frank” spokojnie ścierał kurz ze stołu, każdy papierek podnosił i odkładał na miejsce.
— Myślę, że nie miałoby sensu granie z nim w ping-ponga, nigdy by nie spudłował. Ale można dodać obwód z generatorem losowym uderzeń, który nauczyłby go przegrywać. Taak, myślę, że to jest możliwe. Zrobimy tak i będziemy mieli świetną reklamę! Jak w banku!
— Jeden rok, Dan, i ani dnia więcej. Wynajmę kogoś od Loewy'ego, żeby ci pomógł z modelem.
— Miles — przerwałem mu — kiedy wreszcie dojdzie do ciebie, że od konstrukcji szefem jestem ja?! Kiedy ci go przekażę, będzie twój… ale nie wcześniej.
— I tak będzie paprał drinki… — rzucił na odchodne Miles.
Przy pomocy mechaników z warsztatu bawiłem się z ,,Frankiem” tak długo, aż zaczął wyglądać mniej jak efekt czołowego zderzenia trzech samochodów, a bardziej jak coś, czym można się chwalić przed sąsiadami. W tym czasie usunąłem też mnóstwo niedociągnięć w systemie sterowania. Nauczyłem go głaskać Pita i drapać go pod brodą tak, że kocur przyjmował te pieszczoty z zadowoleniem — a proszę mi wierzyć, sprzężenie zwrotne wykorzystane w tej czynności musiało być tak precyzyjne jak technika stosowana w laboratoriach atomowych. Miles nie poganiał mnie, choć od czasu do czasu wpadał i obserwował, jak idą doświadczenia. Przeważnie pracowałem nocami, gdyż wieczory spędzałem z Belle, a ranki przesypiałem. Do firmy przyjeżdżałem późnym popołudniem, podpisywałem przygotowane przez Belle dokumenty, rzucałem okiem na postępy prac w warsztacie, po czym jechaliśmy na kolację. Do wieczora starałem się zbytnio nie przemęczać, ponieważ twórcza praca sprawia, że człowiek śmierdzi jak cap. Po nocy spędzonej w laboratorium jedynym stworzeniem, które potrafiło znieść mój zapach, był Pit.
Któregoś dnia, gdy wstawaliśmy od stołu, Belle spytała:
— Wracasz do warsztatu, najdroższy?
— Oczywiście. Dlaczego by nie?
— To dobrze. Miles będzie tam na nas czekał.
— Miles?
— Chce zwołać zebranie akcjonariuszy.
— Zebranie akcjonariuszy? Po co?
— Nie będzie to długo trwało. Prawdę powiedziawszy, kochanie, ostatnio w ogóle nie interesujesz się sprawami firmy. Miles chce omówić parę rzeczy i ustalić pewne zasady postępowania.
— Zajmuję się konstruowaniem. Co, do diabła, powinienem jeszcze robić?!
— Nic, nic, najmilszy. Miles mówił, że to nie będzie trwało długo.
— Co się dzieje? Może Jake nie daje sobie rady z linią montażową?
— Nie wiem, kochanie. Miles nie powiedział mi, o co chodzi. Dopij kawę i jedźmy.
Miles czekał na nas w fabryce i potrząsnął moją dłonią tak uroczyście, jakbyśmy się miesiąc nie widzieli.
— Miles, co się tutaj dzieje? — zapytałem. Obrócił się ku Belle.
— Przynieś nam umowę dotyczącą podziału obowiązków dyrekcji… Już w tym momencie powinienem był zorientować się, że Belle łgała twierdząc, iż nie wie, o co tu chodzi. Nie przyszło mi to jednak do głowy — przecież, do licha, wierzyłem Belle!
Moją uwagę przyciągnęło coś innego. Otóż Belle podeszła do sejfu, przekręciła pokrętła i otworzyła drzwi.
— Nawiasem mówiąc, kochanie — odezwałem się — wczoraj chciałem otworzyć kasę i nie udało mi się. Zmieniłaś kombinację?
Wyciągnęła papiery i nawet się nie odwróciła.
— Nie wspominałam ci o tym? Po fałszywym alarmie w zeszłym tygodniu straż domagała się zmiany szyfru.
— Aha… mogłabyś mi dać te nowe cyferki… W przeciwnym razie zadzwonię do któregoś z was o jakiejś zwariowanej godzinie w środku nocy.
— Oczywiście.
Zamknęła sejf i położyła na stole cały plik papierów.
Miles kaszlnął i zarządził:
— Zaczynajmy.
— Dobra — powiedziałem. — Kochanie, jeżeli to jest formalne zebranie, powinnaś chyba zrobić jakiś zapis… tak więc środa 18 listopada 1970, dwudziesta pierwsza dwadzieścia, wszyscy akcjonariusze obecni, wpisz tam nazwiska. Prezes rady nadzorczej: D. B. Davis. Mamy coś z poprzedniego zebrania? — Nic nie było. — Doskonale, Miles, teraz kolej na ciebie. Coś nowego?
Miles znowu kaszlnął.
— Chcę zrewidować politykę finansową, przedłożyć program rozwoju firmy i przedstawić radzie nadzorczej do rozważenia propozycję zdobycia nowych źródeł finansowania.
— Nowych źródeł finansowania? Nie mów głupstw. Pieniędzy mamy dość. Z każdym miesiącem konto rośnie. Co się z tobą dzieje, Miles? Nie wystarcza ci twój aktualny procent? Możemy go trochę podnieść…
— Na nowy program nie mamy dosyć pieniędzy. Musimy zwiększyć nakłady inwestycyjne.
— Jaki nowy program?
— Proszę cię, Dan. Wszystko dokładnie opisałem. Niech Belle nam to przeczyta.
— No… dobrze.
Dowiedziałem się — jeśli pominąć milczeniem zbyteczną paplaninę ze wstępu Milesa (jako prawnik kochał się w wielosylabowych słowach) — że chodzi o trzy sprawy:
a) odebrać mi ,,Uniwersalnego Franka”, sprzedać go zespołowi produkcyjnemu i bez zwłoki rzucić na rynek,
b) …w tym momencie wpadłem jej w słowo, krzycząc: — Nie!
— Poczekaj chwilę, Dan. Jako prezes i generalny dyrektor mam chyba prawo przedstawić w całości swoje propozycje. Zachowaj swoje uwagi na później, a teraz pozwól Belle dokończyć.
— Dobrze… niech czyta. I tak nie zmienię zdania.
Punkt (b) głosił, że powinniśmy rozszerzyć naszą działalność. Mamy oto w ręku sensacyjną nowość, tak sensacyjną, jak kiedyś samochód. Jesteśmy pierwsi, trzeba wykorzystać tę szansę, rozwinąć skrzydła, zakładając agendy firmy nie tylko w kraju, ale i na całym świecie. Filie miały się zająć produkcją i dystrybucją naszych towarów.
Zacząłem bębnić palcami po stole. Już się widziałem w roli głównego inżyniera takiej machiny. Najpewniej nie miałbym nawet własnej deski kreślarskiej, a gdybym wziął do ręki lutownicę, związki zawodowe ogłosiłyby strajk. Równie dobrze mogłem zostać w wojsku i spróbować awansu na generała.
W milczeniu słuchałem dalej. Punkt (c) głosił, że na te inwestycje będziemy potrzebowali grubych milionów, których oczywiście nie mamy. Dlatego też powinna nas przejąć i finansować następne inwestycje duża firma — Mannix Enterprises. W praktyce oznaczało to, że Mannix kupiłby nas ze wszystkimi naszymi osiągnięciami, z ,,Uniwersalnym Frankiem” na czele. Oczywiście stracilibyśmy samodzielność. Miles zostałby dyrektorem filii, ja głównym inżynierem biura badawczego, lecz na zawsze stracilibyśmy niezależność. Stalibyśmy się siłami najemnymi.
— To wszystko? — zapytałem.
— Hm… tak. Przedyskutujmy propozycje i przystąpimy do głosowania.
— Powinien tam być jeszcze paragraf gwarantujący prawo do siedzenia wieczorem przed domem i śpiewania murzyńskich pieśni nabożnych!