Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 6 7 8 9 10 11 12 13 14 ... 123
Перейти на страницу:

Szaman zamilkł. Zapanowała złowróżbna cisza.

– Okazało się też – podjął po chwili – że skoro jesteśmy najdalej na północ mieszkającym ludem, to musimy być aherami – wyszczerzył z pogardą kły – potomkami pomiotu Ciemności. Jeszcze trzydzieści lat temu kapłani Reagwyra płacili złotem za uwędzone mumie naszych dzieci, by wieszać je w świątyniach, a gubernatorzy prowincji wyznaczali nagrody za każdego zabitego Ag’heeri. Choć nikt już nie używał tej nazwy. To takie proste, prawda? Nadać komuś nowe imię – i odebrać całą resztę, łącznie z prawem do życia. A wiesz, co jest najgorsze? Nie pogromy, nie rzezie i mordy. Najgorsze jest to, że i my powoli zaczynamy się nazywać aherami. Nasza młodzież mówi o sobie Ag’ahher, zapomina... zapomina kim jest, kim powinna być. Okrucieństwo traktuje jak cnotę, żądzę krwi jak powód do dumy. Chyba za to właśnie nienawidzę was najbardziej, człowieku. Już nas prawie wymordowaliście, jeszcze pokolenie czy dwa, a nie będzie już ludu Ag’heeri. Zostaną tylko aherowie.

Kenneth odchrząknął.

– Ja nie...

– A ona – Borehed przerwał mu i wskazał na jaskinię – ma na imię Inlah. Była... jest córką mojego najbliższego przyjaciela. Znałem ją od urodzenia. Nosiłem na rękach. Jest z rodu wodza i tylko inna kobieta z tego rodu może otworzyć jej drzwi do Domu Snu. Ale nikogo takiego nie ma w promieniu kilku dni drogi. Więc nie będziemy dawać jej wody, żeby jak najszybciej umarła, tylko że ona... nie chce umrzeć. Trzyma się życia i krzyczy. Niemal bez przerwy – dokończył cicho.

Jakby na potwierdzanie z jaskini dobiegł podnoszący włosy na głowie skowyt.

Kenneth spojrzał na szamana i szybko odwrócił wzrok. Nie chciał pamiętać wyrazu jego twarzy. Za dobrze wiedział, że gdy znów się spotkają, nie będą już rozmawiać, z pewnością nie.

Ta chwila minęła bardzo szybko, tak szybko, że Kenneth nie był pewien, czy nie uległ złudzeniu, bo oto znów miał przed sobą Boreheda – Rzeźnika z Rwith. Mimowolnie zadrżał pod ciężarem jego spojrzenia.

– Nie będę cię błagał, żebyś nam pomógł – powiedział aher. – Ani nie rozetnę Węzła Wody. Jeśli natychmiast zawrócicie i przejdziecie z powrotem na lodowiec, żaden z moich wojowników nie wyciągnie przeciw wam broni. Woda wyschnie, gdy ostatni z was postawi stopę po drugiej stronie.

Był to dość uczciwy sposób zakończenia kruchego sojuszu. Kenneth popatrzył ponad głową ahera na jaskinię. Znów rozległo się skomlące wycie.

– Nie krzycz – powiedział, choć szaman w ogóle nie podniósł głosu. – Idziemy z wami.

W ten właśnie sposób trafił tu ze swoimi ludźmi. Żleb był niemal pozbawiony śniegu, kamienisty i niegościnny. W okolicy próżno byłoby szukać śladu życia, nawet mchy nie chciały tu rosnąć. Paskudne miejsce, żeby umierać, pomyślał. Cholernie paskudne miejsce.

Dwóch aherów, których przydzielono im w charakterze przewodników, leżało teraz kilka kroków od niego, w swoich szaro-brązowych strojach przypominając przypadkowe usypiska kamieni. Od przeszło godziny żaden nawet nie drgnął, tylko oczy błyskały im spod kapturów. Na temat maskowania jego żołnierze mogliby się od nich sporo nauczyć.

Niewielki kamyk przeleciał nad żlebem i stoczył się w dół. Wszyscy zamarli. To był sygnał od zwiadowców z drugiej grupy. Shadoree nadchodzili.

Pierwszy szedł wysoki mężczyzna w ciemnym ubraniu i kapturze naciągniętym na oczy. Za nim dwie kobiety i młody chłopak. Borehed twierdził, że władający Mocą będą się trzymać razem, więc to musieli być oni. Potem pojawiła się reszta. Obraz nędzy i rozpaczy. Większość na wpół naga; uciekali tak, jak ich zaskoczył atak aherów. Połowa nie miała butów, ledwo się wlokła, zataczając się i znacząc każdy krok rdzawymi plamami. Widać było, że są na krawędzi ludzkiej wytrzymałości, a do przodu gna ich tylko strach. Kenneth nie poczuł na ten widok nic, ani gniewu, ani nienawiści, ani mściwej satysfakcji, nic. Chciał po prostu, żeby to wszystko już się skończyło.

Grupa była w połowie drogi. Porucznik sięgnął po leżącą obok kuszę i płynnym ruchem podniósł się, składając do strzału. To był sygnał. W ułamku sekundy zza krawędzi żlebu wyłoniło się dwudziestu strzelców.

– Teraz!

Nie wzywali do poddania się. Nie po to tu przyszli.

Salwa zebrała obfite żniwo, ale nie takie, jakiego by sobie życzył. Zgodnie z rozkazami większość kusz wymierzono w idącą na przodzie czwórkę. Obie kobiety i chłopak padli trafieni kilkoma bełtami. Umierali nieładnie, rzucając się po ziemi jak ryby przebite ościeniem. Inni również. Ale nie mężczyzna w kapturze. Jakieś fatum sprawiło, że w chwili, gdy Kenneth wstawał, przewodnik uniósł głowę, omiatając wzrokiem krawędź żlebu. Wrzasnął wściekle i w mgnieniu oka otoczyła go migotliwa kurtyna. Wszystkie pociski odbiły się od niej i zrykoszetowały z brzękiem w górę. Spojrzenia żołnierza i Shadoree spotkały się. Oficer zamarł. Spod kaptura patrzyła na niego twarz Amandellartha, czarodzieja, który zginął na lodowcu.

Mag wyrzucił przed siebie dłoń i powietrze przeciął jasny jak błyskawica promień światła. Za późno. Kenneth był już w połowie drogi na dno żlebu, zjeżdżał razem z niewielką lawiną kamieni i błota, rozpaczliwie balansując rękami. Nie dbał, czy reszta żołnierzy ruszy za nim, nie obchodziło go, że może sobie skręcić kark i że zgodnie z planem po salwie z kusz mieli zasypać żleb gradem oszczepów, więc lepiej być na górze niż na dole. Gdzieś w połowie drogi dotarło do niego, że właśnie potwierdza obiegową opinię o rudych. Miał to gdzieś. W tej właśnie chwili zrozumiał, co się stało z klanem Shadoree i kto jest odpowiedzialny za ten cały koszmar. Chciał tylko dopaść maga. I zabić.

Usłyszał gromki ryk i reszta oddziału runęła za nim. Na złamanie karku. Ale on był pierwszy. Wylądował na dnie żlebu, wyciągnął miecz i ruszył na czarodzieja. Ten wykrzywił się okrutnie i wyrzucił przed siebie dłoń z rozcapierzonymi palcami, ale w tej chwili za jego plecami pojawiło się dwóch strażników. Amandellarth odwrócił się, z jego dłoni wybuchło światło, które uderzyło w żołnierzy, zamieniając ich w żywe pochodnie. Kenneth wrzasnął nie swoim głosem i rzucił się do przodu. Mag nie wytrzymał, okręcił się w miejscu i pognał w dół żlebu, przeskakując martwych i roztrącając żywych. Wydawało się, że tak jak na lodowcu, porusza się, nie dotykając ziemi. Porucznik pobiegł za nim. Odruchowo odbił cios niezdarnie wymierzony tępą siekierą i uderzył atakującego od dołu, rozpłatując szczękę, policzek i oczodół. Napastnik, zarośnięty mężczyzna o szalonych oczach, puścił trzonek siekiery i zaskowyczał, łapiąc się za twarz. Kenneth pobiegł dalej, zostawiając go już swoim ludziom. Widział tylko oddalające się plecy czarownika. O włos minęła go jakaś włócznia, uderzeniem tarczy odrzucił na bok ostatniego zagradzającego mu drogę Shadoree. Mag dotarł do wylotu żlebu, odwrócił się i wrzasnął.

1 ... 6 7 8 9 10 11 12 13 14 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)