Wynajęta furgonetka podskakiwała i przechylała się na wybojach polnej drogi. Jamie Waterman rzucił krótkie spojrzenie w stronę zachodzącego na czerwono słońca, dotykającego wystrzępionej linii gór. Jamie jechał za szybko i doskonale o tym wiedział. Chciał tam jednak dotrzeć, zanim dziadek umrze.
Zaraz zrobi się ciemno i będzie musiał zwolnić. Żadne światło nie padało na nieoznakowaną drogę wijącą się wśród pustynnych wzgórz — z wyjątkiem reflektorów i gwiazd. Równie dobrze mógł jeździć łazikiem po Marsie, powiedział do siebie.
Słońce znikło za odległymi górami i cienie padły na pustynię, przeganiając go. Jamie wiedział, że powinien znów się zatrzymać i zapytać o drogę; minął hogan już parę mil wcześniej, ale wyglądał on na ciemny i pusty.
Teraz zobaczył przyczepę kempingową, ściany z zardzewiałego metalu i pochyłą zasłonę nad siatkowymi drzwiami. Świeciło się w środku. Para podniszczonych półciężarówek stała od frontu. Podjechał i zatrzymał się, rozpryskując pył i drobne kamyczki, pies wyskoczył z ciemności.
Siatkowe drzwi otworzyły się z impetem i w drzwiach pojawił się młody mężczyzna: dżinsy, koszulka, puszka piwa w zaciśniętej dłoni, długie splecione włosy.
Jamie zsunął szybę od strony kierowcy i zawołał:
— Szukam Ala Watcrmana.
Przy świetle zapalonym wewnątrz przyczepy nie dało się dostrzec jego twarzy. Jamie wiedział jednak, jak wygląda: zimne, ciemne oczy, szerokie policzki, uczucia ukryte za nieprzeniknioną maską. Całkiem jak u niego.
— Kogo?
— Ala Watermana.
Młody Indianin Nawaho potrząsnął głową.
— Tu nie mieszka.
— Wiem. Jest w hoganie gdzieś przy tej drodze. Tak mi powiedzieli na posterunku.
— Nie tutaj — odparł młody człowiek.
Jamie rozumiał jego powściągliwość.
— To mój dziadek. On umiera.
Młody Nawaho stanął na pylistym gruncie i podszedł do furgonetki Jamiego, jego buty miażdżyły żwirowatą glebę. Przyjrzał się Jamiemu z bliska.
— To ty jesteś ten facet, co poleciał na Marsa?
— Tak. Al to mój dziadek. Chcę go zobaczyć, zanim umrze.
— Al Waterman. Staruszek z Santa Fe.
Jamie skinął głową.
— Zaprowadzę cię. Jedź za mną.
Nie czekając na odpowiedź, ruszył w kierunku bliższej z półciężarówek.
— Nie jedź za szybko — zawołał Jamie. Jeździł już po pustkowiach Marsa, ale nie chciał ścigać niewyraźnych tylnych świateł z szaloną prędkością po ciemnej pustyni Nowego Meksyku.
No tak, chłopak ruszył z wyciem, wzbijając chmurę pyłu. Jamie przełączył napęd na cztery koła i ruszył za nim, siłując się z kierownicą podskakującej furgonetki zaciśniętymi rękami.
Al Waterman był sklepikarzem w Santa Fe przez całe swoje dorosłe życie, miał mieszkanie w mieście i chatkę narciarską w górach, ale teraz umierał i wrócił do rezerwatu, w którym się urodził.
Chyba wszyscy znali Ala i jego słynnego wnuka, który poleciał na czerwoną planetę. Wszędzie, gdzie Jamie się zatrzymywał, by spytać o drogę, wiedzieli doskonale, gdzie znajduje się hogan Ala. Problem polegał jednak na tym, rozmyślał Jamie w podskakującej furgonetce, że przy tych starych drogach nie było drogowskazów. Tylko ciemność i bezchmurne pustynne niebo. Tysiące gwiazd, ale ani jednego znaku, który wskazałby mu drogę.
W końcu półciężarówka przyhamowała i zatrzymała się przy niskiej wypukłości hoganu. Jamie zaparkował przy nim, ale młody człowiek już cofał półciężarówkę, ruszając do domu.
— Dzięki! — krzyknął Jamie przez okno.
— …za co! — doleciało od półciężarówki, która parsknęła żwirem i z wyciem odtoczyła się w ciemność.
Boi się śmierci, pomyślał Jamie. Nawaho nie pozostawali w miejscach, gdzie ktoś umarł, z szacunku czy ze strachu przed złymi duchami — tego Jamie nie wiedział. Opuszczą ten hogan, kiedy Al umrze. Ciekawe, co robią z przyczepami kempingowymi? Jamie zadał sobie to pytanie wychodząc z furgonetki.
Hogan wyglądał prawie jak zaokrąglona sterta wyschniętego błota na pustynnym piasku, z małym światełkiem przebijającym się przez zakryte zasłoną okno. Noc była chłodna lecz bezwietrzna; ciemne niebo było tak czyste, że mrugające gwiazdy wyglądały, jakby były tak blisko, że można je dotknąć.
W środku było chłodniej. Jamie nie rozpinał błękitnej kurtki; budzący litość mały ogień w kominku dawał migoczące światło, ale nie ciepło. Stara kobieta siedziała na podłodze koło ognia, owinięta w kolorowy koc. Skinęła Jamiemu głową, ale nie odezwała się, milcząca i nieporuszona jak skała.
Al leżał w pozycji płodu na łóżku w drugim kącie, strzęp człowieka; łupina, wyżarta od środka przez raka. Otworzył oczy i uśmiechnął się, gdy Jamie pochylił się nad nim.
— Ya ’aa ’tey — wyszeptał. Jego oddech miał zapach zgnilizny i spieczonej słońcem ziemi.
— Ya ’aa ’tey — odpowiedział Jamie. To jest dobre. To kłamstwo, tu i teraz, ale tak brzmiało stare pozdrowienie.
— Wymówiłeś to słowo na Marsie — powiedział Al, a głos miał słaby jak cień. — Pamiętasz?
Tak brzmiało pierwsze słowo Jamiego wypowiedziane przed kamerami, gdy wylądowała pierwsza ekspedycja.
— Wracam tam — powiedział Jamie, pochylając się nisko, by dziadek go słyszał.
— Na Marsa? Wracasz?
Jamie skinął lekko głową i powiedział:
— Ogłosili oficjalnie. Będę dyrektorem misji.
— Dobrze — wyrzucił z siebie Al z niewyraźnym uśmiechem. — Mars to twoje przeznaczenie, synu. Twoja droga prowadzi na czerwoną planetę.
— Chyba tak.
— Leć wśród piękna, synu. Teraz mogę umrzeć szczęśliwy. Jamie chciał zaprzeczyć, nie, nie umrzesz, dziadku. Będziesz jeszcze żył przez wiele lat. Ale słowa nie przeszły mu przez usta. Al wydał z siebie ciężkie tchnienie, które wstrząsnęło jego kruchym ciałem.
— Podniebni tancerze zaraz przylecą. Zabiorą mnie ze sobą.
— Podniebni tancerze?
— Zobaczysz. Poczekaj. To nie potrwa długo.
Jamie sięgnął po jedyne w hoganie krzesło i usiadł przy łóżku dziadka. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym dwa lata temu. Al był jego jedynym żyjącym krewnym. Po nim nie zostanie już nic i nikt. Stary człowiek zamknął oczy. Jamie nie potrafił określić, czy jeszcze oddycha. Jedynym dźwiękiem w małym, chłodnym pomieszczeniu było trzaskanie gałęzi, które stara kobieta dokładała do ognia.