Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 92 93 94 95 96 97 98 99 100 ... 111
Перейти на страницу:

Do tego jeszcze dochodził Rosen. To właśnie przez niego siedziałem teraz przykuty do skały gdzieś na gołym stepie, pozbawiony najmniejszej, najdrobniejszej nawet odrobinki narkotyku. To mu nie może ujść na sucho. To mu na pewno nie ujdzie na sucho.

Odrzuciłem pustą butelkę. Zagrzechotała na żwirze, ale się nie rozbiła. Równocześnie uświadomiłem sobie, że przez cały ten czas coś Łasiczce zawzięcie wykładałem, choć za żadne skarby nie mogłem sobie teraz przypomnieć co.

- Zorganizujecie to tak, że wszyscy ludzie Ruvarka, Horowitza czy Janicka znajdą się w tym samym miejscu, a wtedy ja wpadnę tam i wszystkich pozabijam. Potem powiecie mi, gdzie schowali moje opium. Odbiorę je i już nigdy więcej o mnie nie usłyszycie. Wy będziecie zadowoleni, ja będę zadowolony i K. też będzie zadowolony. Brzmi jak całkiem dobry plan, nie?

Słońce przestało palić, zaszło za horyzont. Paliła już tylko i wyłącznie wódka oraz myśl o tym, jak to wprowadzam w życie swój plan.

- Nie, nie brzmi. Już prędzej jak samobójczy.

- Aha - zgodziłem się.

- Tyle że dla was i tak nie ma żadnej nadziei. Albo zginiecie na miejscu, albo się zaćpacie na śmierć.

- Kiedy już wszyscy będą martwi, uważajcie tylko, żeby nie wejść mi w drogę. Żebyście nie stanęli gdzieś między mną a tym opium, co tam mają zgromadzone na jednej kupie - ostrzegłem Łasiczkę, unosząc następną butelkę. - Ono należy do mnie.

- Tak, wiem.

Gdzieś pomiędzy kolejnymi łykami ściemniło się. Nie widziałem już Łasiczki, nie dostrzegałem nawet jego sylwetki. Na chybił trafił sięgnąłem po czwartą butelkę. Myśli zaczęły mi się zlewać. Czegoś tam chciałem, ale nie byłem pewien czego. Stopniowo zaczęła się przede mną rysować dalsza część planu, jaką przed tym trzeźwiejszym Baklym, któremu tak strasznie zależało na… No nie wiem, na czymś mu zależało, ale nie mogłem sobie przypomnieć czego tak strasznie pragnął, w każdym razie przed tym drugim Baklym skrywałem. Tę część planu znaczy.

Znów o czymś rozprawiałem. Gorzałka zdążyła się wychłodzić, gładko wchodziła w gardło. Zrobiło mi się niemalże przyjemnie. Niemalże, bo wciąż miałem poczucie, że czegoś istotnego mi brakuje, choć nie mogłem sobie przypomnieć czego. Wiedziałem jedno, jutro będzie mi dużo, dużo gorzej. To nic, mnie to nie przeszkadza. Gdzieś daleko ode mnie rozbiła się flaszka. Sięgnąłem po następną.

Ktoś jęczał. Nie, nie ktoś - to byłem ja. To było gorsze, niż byłbym sobie w stanie choćby wyobrazić. Leżałem na gołej, wciąż jeszcze zimnej ziemi, słońce paliło mnie w potylicę, a w ustach miałem wielką, opuchniętą gąbkę, która próbowała mnie udusić. Potrzebowałem swojej działki, potrzebowałem jej potwornie. Gdzie ona jest, do cholery? Jeśli się nie napiję, zdechnę tutaj i już nigdy jej nie dostanę. Będę umierał powoli, na głodzie, wiedząc, że go nie ukoję. Pragnąłem, żeby się to wszystko już skończyło, ale z pragnień nigdy nic nie wynikało. Zacząłem się czołgać do strumienia. Z początku ręce i nogi nie chciały mnie słuchać, ale po paru chwilach krwawe rany od ostrych kamieni pobudziły je do życia. Woda. Chłeptałem ją jak zwierzę, bez pomocy rąk. Potem po prostu zastygłem tak z głową w zagłębieniu.

Nie pamiętałem zbyt wiele z poprzedniej nocy. Jedynie tyle, żeśmy się z Łasiczką zgodzili na jakiś plan, który miał mnie doprowadzić do opium. Tyle tylko, że nie wziąłem pod uwagę faktu, iż z rana w dalszym ciągu będę tu leżeć przywiązany do drzewa wyrastającego ze skały nade mną. Miał mnie uwolnić! Zatrzęsła mną wściekłość. Uniosłem się na kolana i natychmiast tego pożałowałem, kiedy od wypitego alkoholu zrobiło mi się ciemno przed oczami…

Zapasy, które przywiózł Łasiczka, leżały na swoim miejscu. Puste flaszki walały się porozrzucane w dość sporym promieniu. W świetle słońca rzucały teraz tu i ówdzie kolorowe odbłyski. Poza tym wszystko było po staremu. Potrzebowałem działki. Natychmiast. Krzyczałem tak długo, na jak długo wystarczyło mi sił i oddechu. Łasiczka mnie tu zostawił. Spisał na straty, nie udało mi się go przekonać. Trzeba go było zabić. Zatłuc i zeżreć jego ubranie, jego skórę. Na wszystkim musiały przecież być jakieś drobinki, pyłeczki opium, którego tak potwornie potrzebowałem.

Dopiero po południu na skale, z której wyrastało moje drzewo, dostrzegłem nagryzmolony kredą napis.

Nasza umowa jest ważna. Za dziesięć dni o świcie będę na was czekał przed południową bramą Damarkandy z informacją, gdzie są nasinieprzyjaciele i gdzie jest wasze opium.

Dziesięć dni? To nie może trwać aż dziesięć dni! Przez ten czas zwariuję, stracę rozum! Potrzebuję opium teraz!

Pozbędę się łańcucha, dotrę do miasta i wtedy zobaczymy, czy nam się tego wszystkiego nie uda trochę przyspieszyć. Przyspieszenie będzie się opierać na moich palcach i połamanych kościach Łasiczki. Połamanych kościach kogokolwiek, kto mi stanie na drodze.

Zacząłem obchodzić skałę, żeby znaleźć najdogodniejsze miejsce do wspinaczki, a równocześnie układałem w myślach listę tych wszystkich ludzi, których obarczałem odpowiedzialnością za to, że tu cierpię. Była długa, ale to się zmieni.

Po drugiej stronie zbocze okazało się dużo łagodniejsze, ale niestety łańcuch nie sięgał tak daleko. Nie pozostało mi nic innego, jak wrócić i spróbować wspinaczki po mojej stronie.

Po pięciu metrach waga łańcucha zaczęła mnie ściągać w dół. Osłabiony słońcem, piciem i odwodnieniem z wielkim trudem zdołałem uniknąć większych obrażeń, zeskakując z powrotem na ziemię.

Aby dotrzeć do opium, musiałem wziąć się w garść. Nie zważając, że każdy kęs wywoływał we mnie mdłości, zjadłem kawałek mięsa, kawałek chleba i popiłem wodą. Zacząłem się znów wspinać. Poszło mi lepiej niż za pierwszym razem, jednak gdzieś tak w połowie drogi zaczęły mnie łapać potworne skurcze i bez żadnej kontroli odpadłem od skały. Tymczasem znów zrobił się wieczór. Gapiłem się w niebo, przeklinałem Łasiczkę i obiecywałem mu, że go znajdę i zmienię w krwawą papkę. Już lepiej by zrobił, gdyby mnie po prostu zabił.

W południe następnego dnia wisiałem na koniuszkach palców kawałeczek poniżej górnej krawędzi skały, a oprócz mnie wisiało dobrych dwanaście metrów tego przeklętego łańcucha. Początkowo piąłem się po nim, ale w pewnym momencie nogi wypowiedziały mi posłuszeństwo i wymknął mi się z rąk. W ostatniej chwili udało mi się tyle o ile uchwycić skały. Niekontrolowane skurcze w rękach, nogach, ramionach i barkach przypisywałem niedostatkowi opium. Rozejrzałem się, ale łańcuch zwisał teraz zbyt daleko ode mnie, abym mógł go znów pochwycić. Będę się musiał obejść bez niego.

Tu, na samej górze, kamień był niemalże całkowicie gładki. Zapewniał minimalne uchwyty jedynie dla jakichś ludzkich pająków, ale z pewnością niewystarczające dla kogoś takiego jak ja. Wyboru jednak nie miałem. Musiało mi wystarczyć to, co było dostępne, żeby piąć się dalej. Czekałem na moment, w którym obciążone ponad miarę ludzkich możliwości palce odmówią mi posłuszeństwa. Wtedy zlecę w dół i będę miał wreszcie spokój z tym wszystkim. Choć przy moim pechu pewnie tylko skręcę kark i będę zdychał diabli wiedzą jak długo. Jeszcze kawałek wyżej, efekt będzie pewniejszy. Zebrałem się w sobie i podciągnąłem kawałek. Znalazłem się na jeszcze gładszym kawałku skały. Tym razem już naprawdę utrzymywałem się wyłącznie na opuszkach palców. Liczne rany i odrapania z poprzedniego upadku wypełniły się świeżą krwią. Usłyszałem, jak mi zaczęło strzelać coś w stawach. Nagle jednak znalazłem odrobinę pewniejszego oparcia pod prawą nogą i zamiast roztrzaskać się o kamienie pode mną, zacząłem znów powoli posuwać się ku górze. Oddychałem ciężko, głośno i chrapliwie, a wycieńczone mięśnie przestawały mnie słuchać, jednak zanim do tego doszło, lewą ręką najpierw namacałem, a potem przekroczyłem górną krawędź wieńczącą skałę. W tym samym momencie całe prawe przedramię odmówiło współpracy. Tyle tylko, że ja już się trzymałem dobrze lewą ręką i nie zamierzałem puścić. Łańcuch zakołysał się i zaczął podzwaniać o skałę. W ręce, na której zwisałem, czułem pulsowanie krwi, ta druga w dalszym ciągu nie chciała mnie słuchać. Wystarczyłaby chwila zawahania i skończyłbym na dole. Skończyłbym, jeślibym miał wystarczająco dużo szczęścia. Nie. Zamiast się wahać, dobrze się zaparłem i z całej siły podciągnąłem ciało tak, że wywindowałem się ponad krawędź aż do pasa, po czym przetoczyłem do przodu.

1 ... 92 93 94 95 96 97 98 99 100 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)