Paragraf 22
- Автор: Хеллер Джозеф
- Язык: польский
- Переводчик: Lech Jeczmyk
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Paragraf 22». Краткое содержание книги:
Paragraf 22 to jedna z najbardziej radykalnie antymilitarystycznych i antywojennych książek w literaturze światowej.
Joseph Heller (ur. 1923) podczas II wojny światowej służył w amerykańskim lotnictwie bombowym stacjonującym we Włoszech. Po zwolnieniu z wojska i powrocie do Nowego Jorku pracował w wielu różnych zawodach, nosząc się przez cały czas z zamiarem napisania książki o swoich wojennych doświadczeniach.
Wydany w 1961 r. Paragraf 22 zyskał ogromy rozgłos, stając się tzw. powieścią kultową środowisk młodzieżowych – początkowo w USA, a później także w wielu innych krajach świata. Świadomość, że każda następna książka będzie porównywana z Paragrafem 22, paraliżowała inwencję autora, toteż dopiero po dłuższej przerwie Heller wydał powieść Coś sie stało (1974), następnie m.in. Good as Gold (1979), Bóg wie (1984), Namaluj to (1998) – jednakże żadna z nich nie dorównała sławą jego debiutanckiemu utworowi.
We wszystkich sprawach wielkiej wagi generał P. P. Peckem był realistą, jak zawsze mawiał, kiedy przystępował do publicznej krytyki któregoś ze swoich bliskich współpracowników. Był przystojnym pięćdziesięciotrzyletnim mężczyzną o różowej cerze. Zachowywał się zawsze ze swobodą i nonszalancją i nosił mundury szyte na miarę. Miał srebrnoszare włosy, z lekka krótkowzroczne oczy i cienkie, obwisłe, zmysłowe wargi. Był wrażliwym, pełnym uroku, wykształconym człowiekiem, który dostrzegał wady i śmiesznostki u wszystkich oprócz siebie i wszystkich oprócz siebie uważał za absurdalnych. Generał Peckem przywiązywał ogromną wagę do drobnych spraw stylu i smaku. General Peckem nieustannie coś “podkreślał". Wydarzenia zawsze “zbliżały się wielkimi krokami". To nieprawda, że wysyłał pisma, w których domagał się rozszerzenia swoich prerogatyw na wszystkie działania bojowe; on wysyłał “memoriały". A styl w memoriałach pozostałych oficerów był zawsze “napuszony, koturnowy i zawiły". Pomyłki innych były niezmiennie “godne pożałowania". Przepisy były “surowe", a jego dane zawsze pochodziły “ze źródeł dobrze poinformowanych". Generał Peckem często bywał do różnych rzeczy “zmuszany przez okoliczności". Różne rzeczy “spadały na jego barki" i często też działał “z największą niechęcią". Nigdy nie zapominał, że czarny i biały to nie są kolory, i nigdy nie mówił “słownie", kiedy miał na myśli “ustnie". Potrafił cytować bez zająknienia Platona, Nietzschego, Montaigne'a, Teodora Roosevelta, markiza de Sade'a i Warrena G. Hardinga. Dziewicze audytorium w osobie pułkownika Scheisskopfa byto wodą na jego młyn, nową okazją do otwarcia na oścież olśniewającego erudycją skarbca kalamburów, dowcipów, kalumnii, homilii, anegdot, przysłów, epigramatów, sentencji, bon motów i innych ciętych powiedzionek. Promieniując wytwornością zaczai zapoznawać pułkownika Scheisskopfa z nowym otoczeniem.
– Moją jedyną wadą – rzucił z wypróbowanym humorem, czekając na efekt swoich stów – jest całkowity brak wad.
Pułkownik Scheisskopf nie roześmiał się, czym wprawił generała Peckema w osłupienie. Ciężkie brzemię zwątpienia zmiażdżyło jego zapał. Oto wystrzelił jednym ze swoich najbardziej niezawodnych paradoksów i był poważnie zaniepokojony, gdyż nawet najsłabszy błysk zrozumienia nie przemknął przez tę nieprzeniknioną twarz, która nagle zaczęła mu barwą i fakturą przypominać nie używaną gumkę do wycierania. Może pułkownik Scheisskopf jest zmęczony, dopuścił wielkodusznie generał Peckem; przyjechał z daleka i wszystko jest tu dla niego nowe. Stosunek generała Peckema do podwładnych, zarówno oficerów, jak i szeregowców, cechował duch tolerancji i pobłażliwości. Często mawiał, że jeżeli jego podkomendni wychodzą mu naprzeciw w pół drogi, to on wychodzi im naprzeciw jeszcze dalej, w wyniku czego, jak zawsze dodawał z przebiegłym śmieszkiem, spotkanie nie dochodzi do skutku. General Peckem uważał się za estetę i intelektualistę. Jeżeli ktoś się z nim nie zgadzał, generał Peckem wzywał go do obiektywizmu.
I teraz generał Peckem z największym obiektywizmem ośmielił spojrzeniem pułkownika Scheisskopfa i z łaskawą wielkodusznością podjął swoją indoktrynację.
– Przybył pan do nas w odpowiednim momencie, Scheisskopf. Ofensywa letnia utknęła w miejscu z powodu niekompetencji dowódców, jakimi obdarzamy naszych żołnierzy, i dlatego odczuwam palącą potrzebę twardego, doświadczonego, kompetentnego oficera, kogoś takiego jak pan, kto pomoże mi pisać memoriały, które, jak na to bardzo liczymy, uświadomią wszystkim, jacy jesteśmy dobrzy i jak poważne spełniamy zadania. Mam nadzieję, że włada pan piórem należycie?
– Nie mam pojęcia o pisaniu – odparł pułkownik Scheisskopf ponuro.
– Niech się pan tym nie przejmuje – kontynuował generał Peckem niedbale strzepnąwszy dłonią. – Niech pan po prostu przekazuje komuś pracę, jaką panu przydzielę, i zda się na los szczęścia. Nazywamy to przekazywaniem odpowiedzialności. Gdzieś tam w dole, na najniższych szczeblach tej sprawnej organizacji, jaką kieruję, znajdują się ludzie, którzy wykonują pracę, kiedy do nich dociera, i wszystko jakoś działa gładko bez większego wysiłku z mojej strony. Pewnie dlatego, że jestem dobrym organizatorem. To, co robimy w naszej rozbudowanej sekcji, nie ma i tak większego znaczenia, pracujemy więc bez pośpiechu. Z drugiej strony jest bardzo ważne, żeby ludzie wiedzieli, że pracujemy dużo i wydajnie. Proszę mi dać znać, jak tylko pan stwierdzi, że brakuje panu ludzi do pracy. Na początek złożyłem zapotrzebowanie na dwóch majorów, czterech kapitanów i szesnastu poruczników do pomocy panu. Chociaż praca, jaką wykonujemy, nie jest zbyt ważna, ważne jest, żebyśmy wykonywali jej jak najwięcej. Zgadza się pan ze mną?
– A co z defiladami? – wtrącił pułkownik Scheisskopf.
– Z jakimi defiladami? – spytał generał Peckem czując, że jego subtelności nie trafiają do celu.
– Czy będę mógł prowadzić defilady w niedzielne popołudnia? – spytał pułkownik Scheisskopf opryskliwie.
– Nie. Oczywiście, że nie. Skąd panu to przyszło do głowy?
– Powiedziano mi, że będę mógł.
– Kto panu powiedział?
– Oficerowie, którzy mnie wysyłali do Europy. Powiedzieli mi, że będę mógł urządzać defilady, kiedy tylko zechcę.
– Okłamali pana.
– To nieuczciwe, panie generale.
– Bardzo mi przykro, Scheisskopf. Chętnie zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby był pan zadowolony, ale defilady nie wchodzą w grę. Naszych ludzi nie starczy na defiladę, a w pododdziałach bojowych wybuchnie bunt, jeżeli każą im defilować. Obawiam się, że będzie pan musiał poczekać, dopóki nie przejmiemy kontroli nad całością. Potem będzie pan mógł robić z ludźmi, co się panu spodoba.
– A co z moją żoną? – spytał pułkownik Scheisskopf krzywiąc się podejrzliwie. – Chyba będę mógł ją sprowadzić?
– Żonę? A po co, u licha, miałby pan sprowadzać żonę?
– Mąż i żona powinni być razem.
– To również nie wchodzi w grę.
– Ale powiedziano mi, że będę mógł ją sprowadzić.
– Znowu pana okłamano.
– Oni nie mają prawa tak kłamać! – zaprotestował pułkownik Scheisskopf ze łzami oburzenia w oczach.
– Właśnie że mają – uciął generał Peckem z zimną, wyrachowaną surowością, postanawiając od razu na wstępie wypróbować odwagę nowego pułkownika pod ogniem. – Niech pan nie będzie takim osłem, Scheisskopf. Ludzie mają prawo robić wszystko, co nie jest prawnie zabronione, a nie ma żadnego przepisu, który by zabraniał pana okłamywać. I proszę mi na przyszłość nie zawracać głowy podobnymi sentymentalnymi bzdurami. Słyszy pan?
– Tak jest, panie generale – mruknął pułkownik Scheisskopf.
Pułkownik Scheisskopf zwiądł żałośnie i generał Peckem błogosławił los, że zesłał mu słabeusza za podwładnego. Człowiek z charakterem byłby na tym stanowisku nie do pomyślenia. Odniósłszy zwycięstwo generał się udobruchał. Poniżanie podwładnych nie sprawiało mu przyjemności.
– Gdyby pańska żona należała do Kobiecego Korpusu Pomocniczego, może mógłbym uzyskać dla niej przeniesienie. Ale to wszystko, co mogę zrobić.