Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Impresjonista». Краткое содержание книги:

Na przełomie wieków, w odległym zakątku Indii, angielski urzędnik służby cywilnej poznaje młodą hinduskę podczas wyjątkowo ciężkiej ulewy. Dziewięć miesięcy później, rodzi się dziecko. Jego przyszłość jawi się niepewnie. Jasny kolor skóry Prana Natha jest odbierany jako symbol szlachetnego urodzenia, jednakże, gdy jego prawdziwe pochodzenie wychodzi na jaw zostaje wyrzucony z domu ojca. Sprzedany parze eunuchów, trafia do zaściankowego Pendżabu i staje się przynętą w dynastycznych intrygach rozwiązłego dworu hinduskiego. W końcu ucieka do Bombaju, gdzie odnajduje się w roli Pretty Boba (Ślicznego Boba), księcia dzielnicy czerwonych świateł. Gdy przypadkiem poznaje pewnego pijanego Anglika, w jego życiu dochodzi do niezwykłego przełomu. IMPRESJONISTA jest historią chłopca, którego życie zbudowano na kłamstwie. Autor stworzył niezwykle sugestywną opowieść, w sposób mistrzowski operując wyobraźnią. W swej pierwszej powieści przedstawił bohatera, jakiego można by długo szukać we współczesnej prozie. (Za tę pozycję, jej trzydziestoletni autor otrzymał już rekordową kwotę 1,8 miliona dolarów.)
1 ... 90 91 92 93 94 95 96 97 98 ... 105
Перейти на страницу:

Jako uczeni, antropolodzy podlegają szczególnie krytycznemu osądowi. Uwagi na ich temat padają głównie w prywatnych rozmowach, goście mogą więc rozlokować się w pokojach bez szczególnych przykrości ze strony starych wyjadaczy. Jest jeszcze tyle do zrobienia. Ładunek wyprawy pozostał w magazynie na nabrzeżu. Trzeba zdobyć kilka pozwoleń i skontaktować się z kilkoma urzędami. Wkrótce pod siedzibę klubu zajeżdża w służbowym aucie jakiś oficjel. Przedstawia się jako Smith i pokazuje Jonathanowi przepustkę opatrzoną mnóstwem pieczęci i podpisów niezmiernie ważnych osobistości. „Posiadacz tego dokumentu – głosi napis – może przebywać w każdym wybranym przez siebie miejscu i nosić każdy mundur wedle uznania. Wszystkie osoby podlegające prawu wojskowemu zobowiązane są do okazania mu wszelkiej pomocy”.

– Z jednej strony ciebie to nie dotyczy – oznajmia Smith – ale z drugiej tak.

Smith zamyka się na chwilę w pokoju razem z profesorem. Po wyjściu kładzie plik papierów na stole w palarni.

– Wszystko dla ciebie – zwraca się do Jonathana. – Baw się dobrze u Fotse. Na razie, mały!

Wkrótce z pokoju wychodzi profesor. Ma poważną minę. Jonathan podnosi wzrok znad półki z powieściami sensacyjnymi przesyconymi stęchlizną, Gittens i Morgan znad stołu bilardowego.

– Wydaje się – zaczyna profesor – że od czasu mojego ostatniego pobytu sporo się zmieniło. Rząd zaczął utrzymywać kontakty z Fotse.

– Kontakty? – pyta Gittens.

Obaj z Morganem wydają się zmartwieni. Kontakt to jedna z ich zmór. Jeśli tubylcy zaczną utrzymywać kontakt ze światem zewnętrznym, czy ich życie pozostanie, jakie było? Czy będzie co badać?

– Myślałem – zaczyna Morgan z właściwą sobie refleksyjną powolnością – że są względnie pierwotni.

– Myślę, że nadal są – odpowiada profesor. – Względnie. Tyle że administracja na północy chce zrobić spis ludności przed wprowadzeniem podatku od chaty. Pewne kroki w tym kierunku już poczyniono, ale oni chcą, żebyśmy zrobili coś więcej.

Gittens jest oburzony.

– To przecież nie nasze zadanie.

– Zgadza się, ale oni twierdzą, że patriotycznym celem badań etnograficznych jest gromadzenie informacji, które pozwolą Brytyjczykom usprawnić rządy. Trudno polemizować z tak sformułowanym poglądem. Najwyraźniej brak im pieniędzy albo ludzi, albo mają inne problemy. Czy nam się to podoba, czy nie, taki jest warunek otrzymania zezwolenia na podróż do ziem – Fotse. Gittens, ty i tak nie musisz się o to martwić. Spisem ludności zajmie się Bridgeman.

– Ja? – pyta osłupiały Jonathan.

– Aha – mówi Gittens. – W takim razie wszystko w porządku.

– Bridgeman, wszystkie papiery są tutaj. Mają specjalny system. Różnokolorowe kartki czy coś podobnego. Musisz tylko wypełnić odpowiednie formularze. – Na widok przerażonej miny Jonathana klepie go po plecach. – Przynajmniej mają lód – mówi, patrząc na szklaneczkę dżinu z tonikiem, który ogrzewa mu się w dłoni. – W IRC zawsze jest lód.

Jonathan spogląda ponuro na plik papierów. Gittens próbuje dodać mu otuchy.

– Wiedziałem, że to jakiś podejrzany facet. Zauważyłeś, że był ubrany jak oficer belgijskiej marynarki?

Profesor rozpiera się w jednym ze skrzypiących trzcinowych foteli w świetlicy.

– A tak na marginesie, zaprosiłem dziś resztę uczestników naszej wyprawy na kolację – oznajmia. – Powinni być lada chwila.

– Resztę uczestników, profesorze?

– Tak – odpowiada Chapel, strzepując owada z okularów. – Dwóch gości z Królewskiego Towarzystwa Geograficznego. Jadą z nami opracowywać mapy. Kolejny warunek uzyskania zezwolenia. Rząd chce pomiarów regionu zamieszkanego przez Fotse.

Towarzysze profesora słyszą o tym po raz pierwszy. Gittens unosi brew

– Jakich pomiarów?

– Nie mam pojęcia. Przypuszczam, że oni to panu objaśnią.

– Myślałem – wtrąca Morgan – że ziemia Fotse nie należy do nas i tam pomiarów nie robimy.

– Nie bądź głupi – warczy Gittens. – Oczywiście, że jest nasza. Tyle że nie pod naszą bezpośrednią kontrolą. Rządzimy przez lokalnych emirów, co wcale nie oznacza, że nie możemy sporządzać map tych terenów.

– Myślałem, że to sprawa francuskich…

– Ech, polityka, polityka – wzdycha Chapel. – Ci ludzie jadą z nami, żeby się rozejrzeć. Zobaczyć, jak ta ziemia wygląda. Polityka nie ma z tym nic wspólnego.

– Świetnie pan to ujął, profesorze – mówi Gittens z zachwytem.

– „Jak ta ziemia wygląda”. Świetnie.

Temat wydaje się zamknięty. Wszyscy rozchodzą się do swoich pokoi przebrać się do posiłku. O zachodzie słońca wylęgają na werandę, by słuchać odległego huku fal i czekać niecierpliwie, aż steward, sędziwy tubylec z plemiennymi bliznami na policzkach, skończy nakrywać do stołu. Gdy światło dnia niknie, z wnętrza klubu dobiegają krzyki, którym wtóruje śmiech. Na werandę wypada Famous, a za nim żylasty Europejczyk z ryżym wąsem, wymachujący rakietą tenisową.

– Sławny, tak? – krzyczy i okłada Afrykanina rakietą. – A z czego słyniesz, co?

– Proszę, panie, proszę… – powtarza Famous, starając się unikać ciosów.

– Nie rozumiesz, czarnuchu? – śmieje się mężczyzna. – Pytałem – płask! – z czego – płask! płask! – słyniesz?

Widok Famousa obrywającego w tyłek rakietą budzi powszechne rozbawienie. Nieszczęśnik podryguje komicznie i nieskładnymi zdaniami błaga o litość. Członkowie klubu wychodzą na zewnątrz, ciekawi przyczyn zamieszania. Nagle Jonathan znajduje się pośród dziko rechoczących mężczyzn, którzy tworzą krąg wokół oszołomionego sługi. Cofa się o krok, umożliwiając Famousowi ucieczkę.

– Dobry wieczór – rzuca rudzielec. Jego londyński akcent wywołuje na twarzy profesora chwilowy grymas. – Jesteście pewnie resztą wyprawy. Nędzne miejsce, co? – Wyciąga dłoń. – Marchant. George Marchant.

Rozpoczyna się prezentacja. Gittens zachęca profesora, by powtórzył swój dowcip z „jak ta ziemia wygląda”. Wtedy na werandzie pojawia się ktoś jeszcze. Wszystkie głowy zwracają się w jego kierunku. Nie chodzi tylko o imponujący wzrost nowo przybyłego (przechodząc przez drzwi, musiał się schylić). Jest w nim coś, co sprawia, że cichną wszelkie rozmów)’.

– Dobry wieczór, panowie – odzywa się mężczyzna. Jego glos jest matowy i jednostajny.

Marchant rozkłada szeroko ręce niczym zapowiadacz w cyrku.

– Pozwólcie, że przedstawię. Kapitan Gregg.

– Już nie kapitan, Marchant. Tylko pan.

Gregg wymienia uściski dłoni z uczestnikami wyprawy. Wszystkie spojrzenia wędrują ku jednemu punktowi. Tuż poniżej kości policzkowej Gregga widnieje głęboka dziura gruba na palec, której brzegi otacza nieregularna blizna. Jest w tym maleńkim kraterze coś nieprzyzwoitego i fascynującego zarazem. Niektórym kojarzy się z odbytem, innym z gwiazdą. Gregg ma zupełnie przeciętne rysy i niczym by się nie wyróżniał, gdyby nie to coś na policzku, co czyni jego twarz niepokojąco ruchliwą. Wygląda, jakby w każdej chwili miała zostać we-ssana w czeluść krateru wraz z resztą głowy. Gittens, który spędził wojnę przy biurku w Oksfordzie, wprowadza kombatancki nastrój.

– Gdzie pan służył? – pyta.

– Francja. Artyleria polowa.

Kiedy Gregg postępuje krok naprzód i znajduje się w kręgu światła rzucanego przez lampy oliwne, Jonathan widzi jego oczy: przenikliwe, kalkulujące oczy celowniczego, nawykłe do kalibrowania cudzych ust i rąk.

1 ... 90 91 92 93 94 95 96 97 98 ... 105
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)