— Zamknięte! — zawołała Tossie.
— Zamknięte? — powtórzyłem i obejrzałem się na Verity. Krew odpłynęła jej z twarzy.
— Zamknięte — stwierdziła pani Mering. — Dokładnie tak, jak mówiła madame Iritosky. „Strzeż się”. Próbowała nas ostrzec.
Jakby na poparcie jej argumentu zaczęło padać.
— Nie może być zamknięty — wymamrotała Verity, spoglądając z niedowierzaniem na tablicę. — Jak mogli go zamknąć?
— Baine, o której jest następny pociąg? — zapytała pani Mering — Niech Baine nie wie, pomodliłem się w duchu. Jeśli nie zna rozkładu, zyskamy co najmniej kwadrans, zanim pobiegnie sprawdzić na stacji i wróci, piętnaście minut, żeby coś wymyślić.
Ale przecież chodziło o Baine’a, pierwowzór Jeevesa, a Jeeves wiedział wszystko.
— Druga osiem, jaśnie pani — odpowiedział. — Pociąg do Reading. Albo ekspres o drugiej czterdzieści sześć do Goring.
— Pojedziemy tym o drugiej osiem — zdecydowała pani Mering — Goring to takie pospolite.
— Ale co z lady Godivą? — rzuciła desperacko Verity. — Skoro kazała nam przyjechać do Coventry, na pewno miała jakiś powód.
— Wcale nie jestem przekonana, że to był jej duch, zwłaszcza w tych okolicznościach — oświadczyła pani Mering. — Moim zdaniem madame Iritosky słusznie podejrzewała, że działał tu jakiś zły wpływ. Baine, powiedzcie woźnicy, żeby zawiózł nas na stację.
— Czekajcie! — krzyknąłem i wyskoczyłem z powozu prosto w kałużę. — Zaraz wracam. Zostańcie tutaj.
Ruszyłem wzdłuż muru wieży.
— Dokąd on idzie? — usłyszałem głos pani Mering. — Baine, dogońcie pana Henry’ego i każcie mu natychmiast wracać.
Pobiegłem za róg wieży, stawiając kołnierz płaszcza dla ochrony przed mżawką. Z wizyty w ruinach i z rekonstrukcji zapamiętałem, że są drzwi w południowej ścianie katedry i następne w północnej. W ostateczności będę walił w drzwi zakrystii, dopóki ktoś nie otworzy.
Ale nie musiałem. Południowe drzwi były otwarte i stał w nich robotnik, schowany pod daszkiem przed deszczem, kłócąc się z młodym człowiekiem w koloratce.
— Obiecaliście, że górny rząd okien będzie gotowy na dwudziestego drugiego, a dzisiaj jest piętnasty i nawet jeszcze nie zaczęliście lakierować nowych ławek — mówił wikary, blady i z wytrzeszczonymi oczami, chociaż może to przez robotnika.
Robotnik miał taką minę, jakby wysłuchiwał tego nie po raz pierwszy.
— Ni możem lakirować, póki nie skuńczom z uknami, przez tyn kurz.
— No to skończcie z oknami. Robotnik pokręcił głową.
— Ni możem. Bill, co zakładał stalowe dźwigary w belkach, leży w domu chory.
— No więc kiedy wróci? Prace trzeba zakończyć do następnej soboty. W sobotę urządzamy wentę dobroczynną.
Robotnik wzruszył ramionami identycznie jak elektryk, którego odziałem przed trzema tygodniami rozmawiającego z lady Schrapnell. Szkoda, że jej tutaj nie ma, pomyślałem. Dałaby mu po uszach skończyliby prace do piątku. Albo do czwartku.
— Może jotro, może za misionc. Jo tom ni wim, po co wom nowe łowki. Tamte stare łowki mnie siem podobały.
— Nie jesteście duchownym — syknął wikary, jeszcze bardziej wybałuszając oczy — ani ekspertem od nowoczesnej kościelnej architektury. Przyszły miesiąc to za długo. Musicie skończyć remont do dwudziestego drugiego.
Robotnik splunął na mokry ganek i bez pośpiechu zawrócił do kościoła.
— Przepraszam najmocniej — zawołałem, biegnąc do wikarego zanim on również zniknął. — Chciałem zapytać, czy możemy zwiedzić kościół.
— O nie! — zaprotestował wikary, tocząc wokoło dzikim wzrokiem niczym gospodyni zaskoczona przez niespodziewanych gości. — Jesteśmy w trakcie generalnego remontu arkadowych okien i dzwonnicy. Kościół jest oficjalnie zamknięty do trzydziestego pierwszego lipca, a po tym terminie pastor z przyjemnością państwa oprowadzi.
— To za późno — odparłem. — My właśnie chcemy obejrzeć prace remontowe. Kościół w Muchings End koniecznie wymaga odnowienia. Ołtarz jest dosłownie średniowieczny.
— Och, ale — zaczął niechętnie wikary — chodzi o to, że trwają przygotowania do kościelnego kiermaszu i…
— Kościelny kiermasz! — wykrzyknąłem. — Co za cudowny zbieg okoliczności! Pani Mering właśnie zorganizowała kiermasz w Muchings End.
— Pani Mering? — powtórzył wikary, oglądając się na drzwi, jakby miał ochotę czmychnąć. — Och, ale kościół w takim stanie nie nadaje się dla pań. Nie można obejrzeć chóru ani ołtarza. Wszędzie lezą trociny i narzędzia robotników.
— Paniom to nie przeszkadza — zapewniłem i stanowczo zastąpiłem mu drogę do drzwi. — One właśnie przyjechały obejrzeć trociny.
Przybiegł Baine z parasolem, który mi wręczył. Oddałem mu parasol.