Wędrowcy [Voyagers - pl]
- Автор: Бова Бен
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Orion
- Переводчик: Cezary Lipski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wędrowcy [Voyagers - pl]». Краткое содержание книги:
Lee Dubridge
Na drugiej półkuli, w Kwajalein, był wczesny wieczór. Reynaud siedział przy łóżku Schmidta i śledził na ekranie szpitalnego telewizora ostatnie przygotowania do lotu Stonera w przestrzeń.
Cronkite pokazywał migawki z Cape Canaveral. Prom kosmiczny NASA stał na wyrzutni cały biały w blasku reflektorów, z dziobem dumnie wzniesionym ku niebu Florydy.
— W Ośrodku Lotów Kosmicznych im. Kennedyego amerykańscy specjaliści przygotowują się do wysłania kosmicznego tankowca — mówił Cronkite — który zaopatrzy w paliwo rosyjskiego Sojuza daleko w przestrzeni w fazie jego zbliżania się do obcego statku.
— Tankowiec jest pojazdem skonstruowanym w Rosji. Przywieziono go do USA sześć dni temu drogą lotniczą w ramach współpracy amerykańsko-rosyjskiej w misji kosmicznego rendez-vous.
Schmidt usiadł na łóżku i przez zadrutowane usta wybełkotał z trudem:
— Sądzi pan, że im się powiedzie?
— Myślę, że tak — odparł Reynaud. — Stonera nic nie powstrzyma.
Sekretarz generalny również siedział w łóżku, podparty poduszkami, i na ekranie prywatnego telewizora oglądał bezpośrednią transmisję z Tiuratamu. Obok dużego, przykrytego kilkoma kocami łóżka przysiadł na krześle Borodiński.
— Wszystko idzie dobrze, towarzyszu sekretarzu — rzekł, nie odrywając oczu od odbiornika. — Musicie być teraz bardzo dumni. Cały świat obserwuje dziś, jak Rosja prowadzi w badaniach tego pozaziemskiego problemu.
Ale sekretarz już nic nie słyszał. Podbródek opadł mu na pierś. Jego ostatni oddech był długim słabym westchnieniem ulgi.
Stoner leżał na plecach w ciasnej sferycznej kapsule statku Sojuz. Na głowie miał hełm z przykręconym już wizjerem, a jego ręce, odziane w rękawice, spoczywały na jego kolanach. Pocił się. Nogi dyndały mu nad głową. Jak żółw na plecach — myślał. — Bezużyteczny i narażony na niebezpieczeństwo.”
Obrócił się, by spojrzeć na siedzącego po jego lewej stronie Fiodorenkę, lecz uniemożliwił mu to hełm. Mógł wszakże słyszeć w słuchawkach, jak jego sąsiad gwarzy wesoło z inżynierami ośrodka kontroli. Stoner mógł się tylko domyślać, o czym rozmawiają.
— Zasilanie pokładowe włączone. — Na tablicy rozdzielczej nad jego głową zamrugał rząd zielonych lampek.
— Układy regeneracji biologicznej włączone.
— Komputer sterujący włączony.
— Ciśnienie powietrza normalne.
Mimo rękawic palce kosmonauty przebiegały po przyciskach pulpitu kontrolnego jak palce pianisty po klawiaturze fortepianu. Jeden po drugim zapalały się rzędy lampek.
— Sztoner — zadudnił głos Fiodorenki.
— Słucham.
— Możesz podjąć liczenie przy T minus jedna minuta, na mój znak… Uwaga… znak.
„T minus jedna minuta” — Stoner usłyszał w słuchawkach te słowa wypowiedziane po rosyjsku. Był wdzięczny Fiodorence, że poświęcił chwilę czasu, aby mu powiedzieć, ile zostało do startu. Teraz jego wewnętrzny, ukryty w mózgu zegar, miał odliczyć ostatnich sześćdziesiąt sekund w zgodzie z głosem liczącego po rosyjsku kontrolera lotu.
Wzrok Stonera padł na pulpit kontrolny. Każdy przełącznik i każda lampka były zaopatrzone — obok napisu rosyjskiego — w napis po angielsku. W ciągu paru tygodni musiał wchłonąć zasób informacji wystarczający na rok uczenia się. Wiedział jednak, że w razie potrzeby mógłby już samodzielnie sterować Sojuzem. „Oni mogą oczywiście sterować nim zdalnie, z Ziemi — myślał — ale jeśli będzie trzeba, mogę zawsze przejść na sterowanie ręczne i polatać sobie tym ptaszkiem.”
Jego ręce w rękawicach były mokre od potu. Miał nadzieję, że nie będzie jednak musiał przejmować kontroli nad statkiem.
T minus trzydzieści sekund.
Jo stała na dachu ich baraku. Wpatrywała się w jaśniejące niebo i odległą o kilka kilometrów rakietę nośną.
„Nie pozwól, aby stało się coś złego — szeptała w modlitwie. — Nie pozwól, aby stało się coś złego.”
Megafony zagrzmiały jakimś komunikatem po rosyjsku, po czym rozległo się jego angielskie tłumaczenie:
— DEPESZA OD PREZYDENTA ZWIĄZKU RADZIECKIEGO. ŻYCZĘ SZCZĘŚCIA OBU DZIELNYM PILOTOM, KTÓRZY WZLATUJĄ NA SPOTKANIE Z OBCYM STATKIEM. SZCZERY PODZIW I NAJLEPSZE ŻYCZENIA LUDZI RADZIECKICH BĘDĄ WAM TOWARZYSZYŁY W TEJ SZCZYTNEJ MISJI.
Zanim ucichło echo, megafon znów zahuczał:
— T MINUS PIĘTNAŚCIE SEKUND.
„T minus piętnaście sekund” — odliczył Stoner w duchu. Czuł, jak serce bije mu coraz szybciej, gdy liczył dalej: „pięć, cztery, trzy…”
Rakieta nośna pod nimi zadrżała. To zaczęły działać pompy paliwowe.
— …jeden, zero…
Usłyszał po rosyjsku słowo: „Zapłon!” i poczuł, że cała kapsuła zatrzęsła się. Stłumiony pomruk gdzieś na dole, pod nimi, przeszedł w rozdzierający uszy ryk, gdy milion zaklętych w silniku rakiety demonów zawyło na najwyższą nutę, a jakaś niewidzialna, niemiłosierna ręka jęła przyciskać jego pierś do siedzenia i trząść nim gwałtownie, jakby chciała rozerwać wszystkie jego stawy.
Stoner poczuł, że brakuje mu tchu. Oczy zaczęły mu wychodzić z orbit. Hałas był przemożny, niby twarda ściana, która prasowała jego bębenki. Nie mógł nawet poruszyć opartymi na poręczach rękami. Jego kręgosłup był miażdżony. Ale przede wszystkim hałas, straszliwy hałas i wibracja wstrząsająca nim, jak dziecięcą grzechotką…
Setki milionów ludzi na całym świecie śledziło, jak połyskująca rakieta jęła się wznosić do góry, wsparta na języku ognia, prosto i równo, jak wiedziona po napiętym, niewidzialnym drucie. Wlatywała najpierw wolno i majestatycznie, potem zaczęła przyśpieszać i mknęła coraz szybciej w głąb błękitu ustrojonego białymi obłokami. Z jej dysz buchał płomień, a ona wznosiła się coraz wyżej i wyżej, aż wtopiła się zupełnie w poranne niebo.
W Moskwie dziennikarze zebrani w centrum prasowym urządzili owację, gdy Sojuz mknął w górę.
W Nowym Jorku Walter Cronkite wstał zza swego biurka, zaskakując kamerzystów, którzy gwałtownie podnieśli kamery, by nie stracić go z pola widzenia. Milionom widzów wydało się, że słyszeli, jak Cronkite mruknął:
— Leć, dziecko! Leć!
Jo śledziła lot rakiety nie odrywając oczu od buchających z jej dysz płomieni, jaśniejszych niż wszystko, co dotąd widziała. Przez pierwsze sekundy statek wznosił się w górę w pełnej grozy ciszy. Dopiero potem uderzył w uszy Jo niesamowity ryk. Fala za falą przetaczały się nad miejscem, gdzie stała, grzmoty i łomot, tak iż budynek trząsł się cały i wibrował. Zdawało jej się, że czuje ciepło silników rakiety, choć wiedziała, że jest to tylko złudzenie.
— Do widzenia, Keith — powiedziała cicho.
Jakiś głos głęboko w jej wnętrzu szeptał jej, że nigdy go już nie zobaczy.
ROZDZIAŁ XLI
Ludzie nie będą wiecznie przykuci do Ziemi… Ziemia jest kolebką umysłu, ale nie można żyć wiecznie w kolebce.