Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Blizna [The Scar] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Blizna [The Scar]

Электронная книга - «Blizna [The Scar]». Краткое содержание книги:

Blizna, rozgrywająca się w tym samym świecie co Dworzec Perdido, to kreacjapełna rozmachu i młodzieńczej energii, widać w niej przy tym, że Mieville próbuje szukać oryginalności także w fabule. Kogo znużyły powtarzane w nieskończoność schematy fantasy tolkienowskiej i tęskni do światów naprawdę innych, niepodobnych do niczego, co zna, powinien odwiedzić uniwersum Chiny Mieville`a – tędy prowadzi droga do fantastyki XXI wieku.Grupa skazańców i niewolników o groteskowo przetworzonych ciałach jest transportowana drogą morską do młodej kolonii Nowego Crobuzon. W podróży tej towarzyszy im kilka innych osób, z których każda ma powód do ucieczki z miasta. Jest wśród nich Bellis Coldwine, zdolna lingwistka, która zatrudnia się jako tłumaczka, co pozwala jej opłacić przejazd i uniknąć straszliwej kary. Jest bowiem powiązana z Isaakiem Danem der Grimnebulinem, genialnym naukowcem-renegatem, który niegdyś niechcący sprowadził koszmar na Nowe Crobuzon. Bellis ma jasno określony plan: przemieszkać w kolonii do czasu, gdy będzie mogła bezpiecznie wrócić. Na Wezbranym Oceanie statek opanowują jednak piraci i mordują wszystkich oficerów. Pasażerowie i szeregowi członkowie załogi zostają przewiezieni na Armadę, do miasta zbudowanego z kadłubów zdobytych okrętów. Tym pływającym lasem masztów rządzi dziwna, dwuosobowa struktura zwana Kochankami. Na Armadzie wszyscy dostają pracę i nawet prze-tworzeni mają takie same prawa jak ludzie, ludzie-kaktusy i ludzie-raki. Nikomu nie wolno jednak opuścić miasta.Samotna i sfrustrowana Bellis wie, że zdradzenie się z chęcią ucieczki oznaczałoby dla niej wyrok śmierci. Zamiast tego Bellis ukradkowo szuka informacji na temat planów Armady. Odpowiedź tkwi w ciemnych, amorficznych kształtach zwisających w wodzie wiele kilometrów pod miastem – przerażających obiektach obarczonych niezwykłą, mrożącą krew w żyłach misją…
1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 162
Перейти на страницу:

– Nie jestem z krainy umarłych, tylko z kraju, w którym umarli się rodzą – podjął. – Urodziłem się i wychowałem w Cromlech. – Z trudem stłumiłam w sobie okrzyk. Jestem przekonana, że oczy wyszły mi z orbit. Gdyby spytać mnie o to przed sześcioma miesiącami, nie byłabym pewna, czy Cromlech w ogóle istnieje. Znałam je tylko jako na poły wyimaginowany kraj fabryk zombi i zmarłych arystokratów. Kraj, w którym upiory są głodne. Aż tu nagle Silas mi mówi, że tam był, że tam mieszkał… i ja mu wierzę. Jego opisy nie przewyższają jednak precyzją marzeń sennych. Są to tylko mgławicowe, ascetyczne wizje. A teraz znam drugą osobę, której kraj ten nie jest obcy? I tym razem nie podróżnika, lecz tubylca? Zdałam sobie sprawę, że mocno naciskam arterię Doula. Delikatnie wyswobodził rękę z moich palców. – Pogląd, że Cromlech zamieszkują sami thanati, to nieporozumienie – powiedział. – Są tam też żywi. – Słucham go teraz z wytężeniem, usiłując wyczuć akcent. – Stanowimy mniejszość, to fakt. Wielu z tych, którzy rodzą się każdego roku, hoduje się na farmach, trzyma w klatkach, aż okrzepną na tyle, żeby można ich było zgasić i przerobić na zombi. Innych wychowuje arystokracja, a kiedy osiągną odpowiedni wiek, zabija się ich i wita w społeczeństwie umarłych. Ale… – Urwał, popadając na chwilę w zamyślenie. – Ale jest też Żywkowo. Getto. Tam mieszkają autentyczni żywi. Moja matka była zamożna. Mieszkaliśmy w lepszej części dzielnicy. Niektóre zawody mogą wykonywać tylko żywi. Niektóre prace fizyczne są zbyt niebezpieczne, aby powierzyć je zombi. Ożywianie trupów jest kosztowne, ale zawsze można wyhodować więcej żywych. – Doul mówił rzeczowym tonem. – Dla nielicznych szczęściarzy, dla śmietanki: żywomościów, szlachty żywych, są objęte tabu prace, których thanati nie tykają, a żywym zapewniają przyzwoite utrzymanie.

Moja matka na tyle się wzbogaciła, że stać ją było na oddanie się do zabalsamowania i ożywienia przez nekrochirurga. Mimo, że nie była wysokokastowa, została thanati. Wszyscy wiedzieli, w którym momencie żywomość Doul zamieniła się w martwomość Doul. Ale mnie przy tym nie było. Wyjechałem.

Nie wiem, dlaczego mi to wszystko powiedział.

***

– Dorastałem pośród zmarłych. To nieprawda, że nic nie mówią, ale wielu rzeczywiście milczy, a żaden nie jest zbyt głośny. W czasach mojego dzieciństwa biegaliśmy, chłopcy i dziewczynki z Żywicowa, ulicami obok bezrozumnych zombi, nielicznych zdesperowanych wampirów i właściwych thanati, nieboszczyków z zaszytymi ustami, w pięknych strojach i ze skórą, która wyglądała na spreparowaną. Najbardziej zapadła mi w pamięć cisza. Nie traktowano mnie źle. Moja matka cieszyła się szacunkiem, a ja byłem grzecznym chłopcem. Największą przykrością, jaka mogła nas spotkać, było swoiście współczujące szyderstwo. Stykałem się ze środowiskami przestępców i heretyków, ale powierzchownie i niezbyt długo. Istnieją dwie dziedziny, w których żywi są sprawniejsi od thanati: pierwsza z nich to hałas, a druga to szybkość. Na hałasie mi nie zależało, ale na szybkości tak.

– Gdzie nauczył się pan walczyć? – spytałam, kiedy było już oczywiste, że nie przerwał, tylko umilkł.

– Opuściłem Cromlech jako dziecko – odrzekł. – Nawet sobie nie uświadamiając, że to robię. Zakradłem się do kolejki zębatej.

Więcej nie chciał mi powiedzieć. Od ucieczki do przybycia na Armadę musiało upłynąć co najmniej dziesięć lat. Nie chciał mówić o tym okresie, ale z całą pewnością to wtedy nabył swoje niezgłębione umiejętności.

Chwile milczenia były coraz dłuższe i widziałam, że Doul traci chęć do rozmowy. Nie chciałam tego. Po tygodniach życia w odosobnieniu potrzebowałam, żeby mówił. Próbowałam rozruszać go jakimś żartem. Musiało to zabrzmieć filuternie i frywolnie.

– Ale po opuszczeniu Cromlech walczyłeś z Imperium Widmowców i zdobyłeś… jak oni to nazywają?… Ostrze Możności?

Pokazałam na jego ceramiczny miecz.

Przez moment jego twarz nie wyrażała żadnej reakcji, a potem rozjaśnił ją piękny uśmiech. Doul wygląda jak chłopiec, kiedy się uśmiecha.

– To jest kolejny łańcuch znaczenia – powiedział – które w połowie się zatraciło. Imperium Widmowców już nie istnieje, ale jego relikty są rozsiane po całym Bas-Lag. To prawda, że mój miecz jest artefaktem Imperium Widmowców.

„Co on sugeruje?” – pomyślałam. „Mówi, że miecz powstał przy użyciu technik z Imperium Widmowców, czy że jest oparty wzorach z Imperium Widmowców”. Poznałam jednak po jego minie, że sens jego wypowiedzi jest dosłowny.

Chyba wyglądałam na zaszokowaną. Doul skinął zdawkowo głową.

– Mój miecz ma ponad trzy tysiące lat – oznajmił.

To niemożliwe. Widziałam go: prosty, trochę zużyty i zszarzały wyrób ceramiczny. Zdziwiłabym się, gdyby miał więcej niż pięćdziesiąt lat. – A nazwa… – Znowu uraczył mnie tym swoim uśmiechem. – Kolejne nieporozumienie. Znalazłem ten miecz po bardzo długich poszukiwaniach i opanowaniu martwej nauki. Ludzie nazywają go Ostrzem Możności. To jest przeróbka jego prawdziwej nazwy. Swego czasu istniało wiele takich mieczy. Sądzę, że teraz został już tylko ten. Nazywa się Miecz Możliwości.

Już podczas podróży powrotnej naukowcy snuli plany. Doceniali ogrom tego, co pozostało im do zrobienia. Czekała ich jeszcze cięższa praca.

„Trójząb” nie wracał tą samą trasą: Armada przemieściła się i dzięki tym tajemnym metodom, których Bellis nie rozumiała, lecieli wprost ku niej.

Sterowiec nabierał tempa, poniewierany przez szare chmury i pociski deszczu. Przez okna kajuty patrzyła na wzburzone morze i ciemne powietrze na skraju nieba.

Zbliżał się sztorm.

Zdołali uciec przez niepogodą. Sztorm był gwałtowny, ale nie poruszał się szybko. Rozrywał się na kawałki od środka. „Trójząb” leciał na jego obrzeżach, bombardowany przez peryferia deszczu, ścigając się z cieniem burzy.

Zobaczywszy bryłę Armady, która przełamała horyzont i rozprzestrzeniała się na falach, Bellis wpadła w zadumę nad wielkością miasta. Wyglądała jak coś rozlanego, jak plama zepsutych i wyremontowanych łodzi, chaotyczna i bezkształtna, o przypadkowych i niezmiennych konturach. Holowniki i parowce, które ciągnęły ją po morzu, wyprzęgnięto i teraz trudniły się przewozem towarów. Bellis pomyślała o zużywanych przez nie ogromnych ilościach paliwa. Nic dziwnego, że statki pirackie Armady były żarłoczne. Na widok miasta poczuła wielką falę uczucia, którego zupełnie nie umiała zidentyfikować.

Na skraju Armady zobaczyła „Terpsychorię”. Dostrzegła też za wikłane kontury platformy „Sorgo”, której wieża buchała płomieniami, a wyziewy zakrzywiały powietrze. Wokół jej nóg krzątali się ludzie. Znowu wierciła, wysysając ropę naftową i skalne mleko z żył, których od stuleci płynęły pod ciśnieniem. Armada dotarła do uskoku. „Sorgo” magazynowało paliwo na planowaną gigantyczną taumaturgię.

Przelecieli nad północno-wschodnią częścią Niszczukowód, ostrożnie lawirując między masztami. W dole frunęło ich tropem stadko ciekawskich: aerotaksówki oraz indywidualni baloniarze, dziwaczne i koślawe statki powietrzne.

„Trójząb” zaparkował nad „Wielkim Wschodnim”, na tej samej wysokości co kaleka „Arogancja”. Bellis widziała, że ludzie patrzą z okolicznych statków i małych pojazdów powietrznych, ale „Wielki Wschodni” otaśmowano. Na jego pokładzie nie było prawie nikogo. Czekał na nich niewielki oddział gwardzistów, z uradowanym Kochankiem na czele.

Bellis zobaczyła na jego twarzy nowe nacięcie, gojący się strup. Wychodziło od lewego kącika ust i opadało krętym szlakiem przez podbródek. Było to lustrzane odbicie rany, którą – jak słyszała Bellis – zadała sobie Kochanka.

1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 162
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)