Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
– Słyszał pan, panie naczelniku? – rzekł ślepiec. – Ledwie się skosi zboże, od razu widać wilka!
Lu Liren pośpieszył na pomoc żonie. Złapał Xu Xuan'era i próbował go odciągnąć, lecz ten ciągle wracał na swoje miejsce, sprężysty jak słodka galaretka w cukrze.
– Dziadku – rzeki Lu Liren – słusznie domagasz się rozstrzelania Simy Ku, ale zabicie jego dzieci nie byłoby właściwe. Dzieci przecież nie zrobiły nic złego.
– A Zhao Szósty? Co on zrobił? – odparował ślepiec. – Zhao Szósty tylko sprzedawał bułki! I pokłócił się z Zhangiem Dechengiem! Ale wy powiedzieliście: rozstrzelać i rozstrzelaliście go! Szanowny panie naczelniku, ja nie ustąpię, dopóki nie zlikwidujecie wszystkich potomków Simy Ku!
– Ciotka Zhao Szóstego była matką Xu Xuan'era, byli kuzynami! – zauważył ktoś w tłumie.
Sztuczny uśmieszek pojawił się na twarzy Lu Lirena. Kurcząc się w sobie, podszedł do ważnego gościa i wymamrotał coś z zawstydzeniem. Ważniak głaskał swój kamień do tuszu; jego chuda twarz nabrała morderczej zaciętości. Patrząc na Lu Lirena z dezaprobatą, rzekł lodowato:
– Nie żąda pan chyba, żebym za pana rozwiązywał takie banalne problemy?
Lu Liren wyjął chusteczkę, wytarł pot z czoła i zawiązał mocniej opaskę z tyłu głowy. Jego twarz miała barwę wosku. Zbliżył się do skraju podium i oznajmił gromkim głosem:
– Nasz rząd jest rządem mas ludowych i wykonawcą woli ludu. Proszę wszystkich, którzy są za rozstrzelaniem syna i córki Simy Ku, o podniesienie ręki!
– Oszalałeś? – wybuchła Pandi.
Ludzie zwiesili nisko głowy, nikt nie podniósł ręki, nikt nie odezwał się ani słowem.
Lu Liren popatrzył pytająco na ważną osobę.
– Niech pan spyta, kto jest za utrzymaniem ich przy życiu – poradził specjalista z zimnym uśmieszkiem.
– Kto jest za tym, by nie rozstrzeliwać syna córki i Simy Ku, proszę podnieść rękę! – polecił Lu Liren.
Wieśniacy wciąż siedzieli ze spuszczonymi głowami, nieruchomo i bez słowa.
Matka podniosła się powoli i oświadczyła:
– Xu Xuan'er, jeśli chcesz czyjejś śmierci, to niech rozstrzelają mnie. Twoja matka wcale się nie powiesiła. Miała wylew krwi do mózgu, a jej choroba zaczęła się wcześniej, jeszcze w czasach Sha Yuelianga. Wiem, bo moja teściowa pomagała wam w przygotowaniach do pogrzebu.
Ważny gość wstał i zszedł z podium od zaplecza, a Lu Liren pośpieszył za nim. Tam, na otwartej przestrzeni, specjalista tłumaczył mu coś szeptem; jego miękka, biała dłoń to podnosiła się, to opadała, przecinając powietrze niczym lśniący nóż, tnący jakąś niewidzialną rzecz.
Ważna osobistość w asyście osobistej ochrony dumnie opuściła zgromadzenie.
Lu Liren wciąż stał w tym samym miejscu, ze spuszczoną głową, nieruchomo jak pień drzewa. Po dłuższej chwili ocknął się i powłócząc ciężko nogami, przygnębiony, wrócił na swoje miejsce naczelnika powiatu. Spojrzał na nas nieprzytomnie; jego gałki oczne na długo zastygły w bezruchu. Wyglądał żałośnie. Wreszcie otworzył usta; jego spojrzenie zalśniło blaskiem oczu hazardzisty, zamierzającego postawić wysoką stawkę.
– Ogłaszam, że syn Simy Ku, Sima Liang, zostaje skazany na śmierć. Wyrok zostanie wykonany natychmiast. Córki Simy Ku, Sima Feng i Sima Huang, także otrzymują wyrok śmierci. Będzie on wykonany natychmiast.
Matka zachwiała się, lecz natychmiast odzyskała równowagę.
– Ciekawe, kto się ośmieli! – rzekła, biorąc dziewczynki w ramiona.
Sima Liang czujnie przypadł do ziemi i zaczął się ostrożnie wymykać. Ludzie z pozoru nieumyślnie zasłaniali czołgającego się chłopaka własnymi ciałami.
– Sunie Niemowo! – zawołał Lu Liren. – Czemu nie wykonujesz mojego rozkazu?!
– Chyba straciłeś rozum! – krzyknęła Shangguan Pandi. – Co to za rozkaz?!
– Jestem doskonale przytomny i w pełni sił umysłowych – rzekł Lu Liren i uderzył się pięścią w czoło.
Głuchoniemy, ociągając się, zszedł z podium, a za nim dwóch żołnierzy jednostki okręgowej.
Sima Liang wypełzł z tłumu i ruszył biegiem, minął dwóch strażników i co sił w nogach zaczął się wspinać na nasyp.
– Ucieka! Ucieka! – krzyknął jakiś żołnierz, stojący na podwyższeniu.
Jeden ze strażników zdjął z ramienia broń, odciągnął zamek, wpuszczając nabój do komory i strzelił kilka razy w powietrze. Sima Liang zdążył już skryć się w gęstych krzakach, porastających brzeg rzeki.
Głuchoniemy i jego podkomendni zbliżyli się do nas, mijając po drodze tłum zgiętych ludzkich grzbietów. Starszy Niemowa i Młodszy Niemowa spoglądali na ojca zuchwałymi oczyma, z których wyzierała samotność. Kiedy Sun wyciągnął swoje żelazne łapsko w kierunku dziewczynek, matka splunęła mu w twarz. Głuchoniemy zabrał rękę, wytarł się ze śliny i sięgnął ponownie. Matka znów splunęła, lecz z mniejszą siłą; ślina wylądowała na jego klatce piersiowej. Odwrócił głowę i spojrzał w stronę podium.
Lu Liren z rękami założonymi do tyłu spacerował tam i z powrotem. Shangguan Pandi siedziała w kucki z twarzą ukrytą w dłoniach. Oblicza urzędników powiatowych i wojskowych wyglądały jak wyrzeźbione w glinie; przypominali świątynne posążki. Twarda szczęka głuchoniemego zadygotała, jak zwykle, gdy chciał coś powiedzieć; z ust wydobyły się znane słowa:
– Zdjąć! Zdjąć! Zdjąć!
Matka wypięła pierś i krzyknęła ochryple:
– Ty bydlaku! Mnie najpierw zabij!
Rzuciła się na niego, wbijając mu paznokcie w twarz.
Głuchoniemy obmacał się, podniósł dłoń do oczu i oglądał przez dłuższą chwilę, jakby sprawdzając, czy nic do niej nie przylgnęło. Następnie podstawił ją pod nos i wciągnął powietrze, jakby szukając obcego zapachu. Wreszcie wystawił gruby język i polizał palce, sprawdzając ich smak. W końcu wybełkotał coś i popchnął matkę, która lekko opadła na ziemię przed nami. Przytuliliśmy się do niej z płaczem.
Głuchoniemy podnosił nas po kolei do góry i rzucał na boki. Wylądowałem na plecach jakiejś kobiety, a Sha Zaohua na moim brzuchu. Lu Shengli spadła na plecy jakiegoś dziadka, Ósma Siostra znalazła się na ramieniu starszej pani. Starszy Niemowa uczepił się ręki ojca, w żaden sposób nie dając się strząsnąć i wbił mu zęby w przegub. Młodszy Niemowa obejmował jego nogę i wgryzał się w twarde kolano. Gdy głuchoniemy wierzgnął, Młodszy przekoziołkował w powietrzu i wylądował na głowie mężczyzny w średnim wieku, a gdy machnął ręką, Starszy pofrunął w objęcia jakiejś staruszki, z kęsem ojcowskiego ciała w zębach.
Niemowa lewą ręką podniósł małą Sima Feng, a prawą – Sima Huang, po czym ruszył wielkimi krokami, podnosząc wysoko nogi, jakby szedł przez bagno. Zbliżywszy się do podium, zamachnął się i wrzucił na górę obie dziewczynki, jedną po drugiej. Sima Feng zeskoczyła natychmiast na dół, wołając babcię, a za nią Sima Huang. Obie zostały od razu przechwycone przez głuchoniemego i wrzucone z powrotem na podium. Matka podniosła się i ruszyła chwiejnym krokiem w ich stronę, lecz po chwili potknęła się i upadła.
Lu Liren przestał się przechadzać i odezwał się przygnębionym tonem:
– Przyjaciele, powiedzcie mi, czy ja, Lu Liren, jestem jeszcze godzien miana człowieka? Czy wiecie, jak się czuję, skazując na rozstrzelanie tych dwoje dzieci? Czynię to z ogromnym bólem serca. W końcu to tylko dzieci, w dodatku połączone ze mną więzami powinowactwa. I właśnie dlatego, że jestem ich powinowatym, muszę ze łzami w oczach skazać je na śmierć. Przyjaciele, obudźcie się z tego odrętwienia! Jeśli zastrzelimy dzieci Simy Ku, z tej drogi nie będzie już odwrotu. Będziemy strzelać do małych dzieci w imieniu walki z reakcyjnym, przestarzałym ustrojem społecznym. Za chwilę rozstrzelamy dwa jego symbole! Przyjaciele, powstańcie! Kto nie jest za rewolucją, ten jest przeciwko rewolucji. Nie ma pośrednich dróg!