Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Znaczy Kapitan - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Znaczy Kapitan

Электронная книга - «Znaczy Kapitan». Краткое содержание книги:

В книге Znaczy Kapitan говорится не о чем-то, далеким от жизни, о чем-то выдуманном, чего никогда не имело места. Она не является и хронологией фактических событий; их последовательность и сопутствующие им второстепенные обстоятельства могли быть несколько иными. Но все, написанное в книге, основывается на правдивых событиях. Книга рассказывает о неизменных ценностях, которые были, есть и будут - подобно морю, которое существовало, существует и будет существовать до скончания веков.
Книга получила ряд премий - литературную им. М. Запуского, премию читателей журнале Morze и др. - как наилучший морской роман двадцатилетия Польской Народной Республики. 
1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 135
Перейти на страницу:

Doprowadziło to nas do takiego stanu, że na widok na przykład źle zawiązanego krawata czy sznurowadła kolegi mówiliśmy do niego:

- Twój krawat „Vulcania”, „Neptunia”, „Oceania”!

Zapytani kiedyś przez kapitana o nasze postępy w poz­nawaniu statku i opinię o wykonywanych robotach, od­powiedzieliśmy niemal chórem:

- „Vulcania”, „Neptunia”, „Oceania”!

W odpowiedzi usłyszeliśmy jeden tylko dźwięk:

- Hm!

Poza tym nic więcej, nawet ulubionego „znaczy”. Pierwszy raz porozumiewaliśmy się z kapitanem przy po­mocy tylko trzech włoskich słów.

Wszystkie te nasze bolączki pokrywał w końcu wspa­niały, włoski kit. Trzymał jak żelazo, zmieniał najbardziej chropowatą powierzchnię w idealnie gładką, na której do­skonale układały się i mocno trzymały lśniące lakierem farby. Pod kitem ginęły wszelkie usterki.

Z każdym dniem ogarniał nas większy niepokój, jak to wszystko będzie działało, kiedy znikną zastępy „mrówek” i będzie wolno nam samym wszystkiego się dotknąć. Sta­raliśmy się przewidzieć, co pierwsze może zacząć się psuć, czego możemy się obawiać i czego musimy nauczyć się najszybciej.

Z rana zanurzaliśmy się w rosnący z każdym dniem zgiełk „Perskiego Rynku” (tak nazwaliśmy teraz wnętrze naszego transatlantyku). Wieczorem wychodziliśmy z chaosu, który - jak nam się wydawało - nigdy nie bę­dzie miał końca. Nie wyobrażaliśmy już sobie, by kiedy­kolwiek mogło być inaczej, zdawało się nam, że pracujący na tym statku ludzie pozostaną na nim wiecznie jako nie­odzowna część składowa. Intruzami czuliśmy się nawet w kabinach, w których mieliśmy mieszkać w najbliższej przyszłości.

Kiedyś .podczas wędrówki po statku, znaleźliśmy na głównym korytarzu - zwanym przez nas „ulicą porto­wą” - malutki, włoski kalendarzyk kieszonkowy, wy­twornie wykonany. Nie widniało w nim nazwisko właści­ciela, ale był to z pewnością Polak. Podobnie jak i my musiał ciężko chorować na „Yulcanię”, „Neptunie” i „Oceanię”. Cierpienia swe wyrażał jednym słowem - wpisując je w wąziutką, rubryczkę przy dacie dnia tygod­nia - BAŁAGAN. W niektórych dniach zwiększonej bo­leści wtłoczone były w rubrykę jak okrzyk grozy dwa sło­wa: NIEPRAWDOPODOBNY BAŁAGAN. W jednym miejscu zdołaliśmy odczytać wypisane „maczkiem” zda­nie: BAŁAGAN NIE DO OPISANIA... Och, jak dobrze to zdanie było przez nas rozumiane.

Właściciel kalendarzyka stał się obiektem naszych dłu­gich dociekań. W poszukiwaniu cierpiącej bratniej duszy prowadziliśmy niezmordowanie dochodzenie. Miejsce, gdzie znaleźliśmy kalendarzyk, nasuwało przypuszczenie, że zgubił go któryś z naszych mechaników. Ale żaden z nich się nie przyznał. Demonstrowaliśmy kalendarzyk głośno i wszędzie, niestety właściciela nie mogliśmy od­szukać.

* * *

Nadszedł wreszcie czas, gdy zastępy „mrówek” zaczęły wynosić się ze statku. Każdego dnia zjawiało się ich coraz mniej, aż przybyła włoska załoga pokładowa, mechanicz­na i hotelowa. Statek udał się do Triestu i zacumował przy reprezentacyjnym molo. Z Triestu mieliśmy wyru­szyć w pierwszą próbną podróż, w kierunku umiłowanej przez Odysa wyspy I taki, symbolu osiągalnego na ziemi szczęścia.

W tę pierwszą podróż zaprosiła stocznia setki osób, przeważnie ze sfer rządowych we Włoszech. My również znaleźliśmy się na statku jako goście stoczni.

Na rzęsiście oświetlonym molo zasiadła olbrzymia or­kiestra marynarki wojennej. Za chwilę odcumujemy. Sta­ramy się wyobrazić siebie na wszystkich stanowiskach manewrowych. Orkiestra gra wspaniałego marsza „Drew­nianych żołnierzyków”, nieświadome arcydzieło teścia, skomponowane na powrót do domu ze służby wojskowej ukochanego zięcia.

Znika molo. Widoczne są już tylko amfiteatralnie roz­mieszczone światła Triestu. Wychodzimy w morze.

Wszystkie próby na statku przebiegają pomyślnie. Nie bierzemy w nich bezpośredniego udziału, lecz widzimy, że odbywają się sprawnie i bez zarzutu. Osiągnięta szybkość przechodzi oczekiwania: dwadzieścia jeden i siedem dzie­siątych węzła!

Niecierpliwimy się coraz bardziej. Chcemy jak najszyb­ciej stać się sami gospodarzami, by mieć jak najwięcej czasu na wypróbowanie wszystkiego.

Z tej pierwszej podróży wracamy zachwyceni, ale nie uspokojeni. Nurtuje nas jedna i ta sama myśclass="underline" jak statek będzie się zachowywał na dużej fali, jaka będzie jego sta­teczność? Jak wytrzyma pierwszy sztorm na północnym Atlantyku?

Chwila wyruszenia do naszej Itaki - Gdyni - zbliża się szybko. Nareszcie przybywa załoga, za trzy dni wy­chodzimy do kraju, zabierając w podróż przeszło sied­miuset pasażerów. Jesteśmy gospodarzami na statku.

Pierwszy dzień pracy. Przed rozpoczęciem robót zbiór­ka całej załogi na pokładzie rufowym. Ustawiają się obok siebie trzy działy: pokładowy, mechaniczny i hotelowy. Wygląda to jak w wypadku największego niebezpieczeń­stwa: „Wszystkie ręce na pokład! Ali hands on deck!” Nie możemy zapomnieć o epoce żaglowców.

- Znaczy, zebraliśmy się tutaj wszyscy... - rozpoczy­na kapitan swoje przemówienie.

Mimo woli przypomina mi się Trzeci Maj w Gdańsku, sprzed dziesięciu lat. Na pokładzie statku szkolnego - na którym rozpoczęliśmy pracę na morzu wśród niewiary całego społeczeństwa i niechęci najwyższych dostojników państwowych do naszych poczynań - przemawiał ten sam kapitan. Tam, na „Lwowie”, byliśmy wraz z kapita­nem garstką romantyków, która wbrew wszystkiemu i wszystkim postanowiła wedrzeć się w szeregi ludzi morza, stworzyć flotę handlową, zbudować port, stocznie, zbudo­wać statki. Trzeciomajowe przemówienie kapitana sprzed dziesięciu lat było odzwierciedleniem nastroju niewiary.

Podyktowała je raczej chęć uczczenia rocznicy przebudze­nia się narodu z uśpienia.

Dzisiaj, po dziesięciu latach, mamy prawo nazwać sie­bie ludźmi morza. Rozpoczynamy pracę na najszybszym i największym motorowym transatlantyku na Bałtyku, Na pokładzie stoją szeregi ludzi zaprawionych do 'pracy we wszystkich działach służby na morzu; do pracy będącej dla nich chlebem powszednim. Zdajemy sobie sprawę z kontrastu pomiędzy tym zespołem ludzi, który będzie prowadził ostatni cud techniki okrętowej, a tamtą grupą chłopców sprzed dziesięciu lat, stojących na zbiórce na pokładzie sześćdziesięcioletniego weterana z epoki ża­glowców. Zdajemy sobie sprawę, że jest to dorobek bez precedensu i że to budzi ufność w dalszy rozwój naszej floty.

1 ... 87 88 89 90 91 92 93 94 95 ... 135
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)