Ostatni władca pierścienia [Последний кольценосец - pl]
- Автор: Еськов Кирилл Юрьевич afranius
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 83-88431-28-5
- Переводчик: Еугениуш Дембский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ostatni władca pierścienia [Последний кольценосец - pl]». Краткое содержание книги:
— Dobrze — opanowała się — chodźmy. Ale tylko razem, dobrze? Będę gotowa za pięć minut. Obiecujesz, że nie wyjdziesz z domu beze mnie?
— Tak, mamusiu!
— Mądry chłopczyk!
Elwiss cmoknęła go w policzek i wyfrunęła na korytarz; słychać było jak wydaje dyspozycje pomrukującej z niezadowolenia Tinie. „Brawo, panie baronie — pomyślał ponuro — doczekaliśmy się… Ukochana kobieta poprowadzi pana za rączkę, gwarantując pańskie bezpieczeństwo. Sam już nie zdołasz tego zrobić… I tak wyszedłeś z tej gry przegrany, co ci nie poprawia samooceny, ale jeśli teraz naprawdę będziesz czekał na Elwiss, to po prostu przestaniesz mieć prawo nazywania siebie mężczyzną… A jeśli przeczucie ją nie zawodzi — tym gorzej dla nich. Może, jako szpieg, wart jest w tej chwili miedziaka w dzień targowy, ale nie przestał z tego powodu być »trzecim mieczem Gondoru«. Ma Usypiacza i kolczugę z mithrilu. Zaryzykujmy, bracia! Niech wasze głowy staną się moją nagrodą pocieszenia. Akurat mam do tego odpowiedni humor… Tfu! — Omal nie roześmiał się na głos. — Chyba zaczynam poważnie traktować kobiece przeczucia. — Obrzucił spojrzeniem pusty ogród, a z okna piętra widać było wszystko świetnie, popatrzył na całkowicie bezludną Jaspisową z deesdesowcem w mundurze policjanta. — W kramie Chakti-Wariego są strażnicze kobry… i co z tego? Diabli, żebym tylko nie zdemolował klombu — pomyślał, przekładając nogi przez parapet — bo mi Eli za te swoje lewkonie łeb urwie…”
Elwiss była już niemal gotowa do wyjścia, gdy wychwyciła kątem oka ruch w ogrodzie. Z zamierającym sercem rzuciła się do okna i zobaczyła na ścieżce Tangorna: posłał jej całusa, a potem skierował się do furtki. Posłała szeptem swemu ukochanemu kilka wyrażeń, stosownych bardziej w czasach jej portowej młodości, niż w aktualnej sytuacji, z pewną ulgą przekonała się, że baron jest uzbrojony i, sądząc po kroku, wcale nie zamierza gapić się na uroki letniego dnia. Czujnie minął furtkę, przeciął ulicę, zamienił kilka słów z policjantem, i wyciągnął dłoń do młoteczka z brązu na drzwiach sklepu…
— Ta-a-a-a-an!!! — przeciął ciszę rozpaczliwy okrzyk.
Za późno.
Policjant uniósł rękę do ust — i w tej samej chwili baron, spazmatycznie chwytając się za gardło, upadł na jezdnię.
Gdy wybiegła na ulicę po „policjancie” nie było już nawet śladu, a Tangornowi zostało kilka sekund życia. Zatruty kolec, wyrzucony z umpitany — małej dmuchawki haradzkich pigmejów — wbił mu się w szyję, o palec powyżej kolczugi. „Trzeci miecz Gondoru” nie zdążył nawet wyjąć z pochwy Usypiacza. Baron ścisnął aż do bólu ręce usiłującej go podnieść Elwiss i wychrypiał:
— Faramirowi… Przekaż… Wykonać… — Chciał coś powiedzieć jeszcze, a było to przygotowane zdanie: — Faramirowi przekaż — nie udało się wykonać — ale zabrakło powietrza w płucach: alkaloidy anriabis, będące podstawą pigmejskiej trucizny, wywołują paraliż mięśni aparatu oddechowego… Ani wykonać swojej misji ani powiadomić o jej fiasku baron nie zdołał i z tą myślą umarł.
Z sąsiedniego strychu obserwował tę scenę przez zasnuty pajęczyną otwór wentylacyjny człowiek o ksywie Przewoźnik — „wymiatacz” z organizacji Elandara. Nie wierząc własnym oczom, opuścił kuszę, bezskutecznie usiłując zrozumieć, kto go tak zręcznie wyprzedził? DSD? Jak na Nadmorską 12 zbyt czysta akcja… A jeśli to wszystko tylko kolejna zmyłka barona? Może, na wszelki wypadek, wsadzić weń bełt?
Ichneumon tymczasem zdążył już pozbyć się munduru policjanta i, będąc znowu akredytowanym przy MSZ posłem Jego Wysokości Sułtana Sagula IV Świątobliwego — potężnego władcy nieistniejących w przyrodzie Wysp Florissantu — bez specjalnego pośpiechu podążał do portu, gdzie czekała na niego zafrachtowana wcześniej feluka „Trepang”. Pojedynek dwóch poruczników zakończył się tym, czym miał się zakończyć, ponieważ zawodowiec różni się od amatora również tym, że gra nie po to, by strzelić ładną bramkę, i nie do chwili swego „kryzysu psychologicznego”, a do sześćdziesiątej sekundy ostatniej minuty meczu. Przy okazji warto zauważyć, że dla Ichneumona owa sześćdziesiąta sekunda nastąpiła właśnie w porcie, gdzie przyszło mu jeszcze raz zademonstrować swój wysoki stopień profesjonalizmu. Pewnie sam miałby problemy z określeniem, co zaniepokoiło go w zachowaniu załogi „Trepanga”, ale nie wnikał w to, tylko się odwrócił — jakby chcąc zadać jakieś pytanie — do wchodzącego za nim po trapie szypra, kantem dłoni zmiażdżył mu krtań i skoczył w tłustą, rdzawą, powleczoną martwymi tęczowymi zawijasami wodę między pirsem i kadłubem statku. To właśnie dało mu kilka sekund przewagi — akurat tyle, by wyszarpnąć zza mankietu i włożyć do ust malutką zielonkawą pigułkę. Tym sposobem w ręce operacyjnych Jakuzziego trafił jeszcze jeden, czwarty z kolei w ciągu ostatnich dwunastu godzin, niezidentyfikowany trup. Speckomando „Feanor” zagrało z umbarską tajną służbą na remis: zero-zero.
A Tangorn umarł na rękach skamieniałej z rozpaczy Elwiss, nie wiedząc o najważniejszym: właśnie jego śmierć z ręki ludzi Tajnej Straży stanie się ostatnim dowodem, który zakończył wahania Elandara — tego samego dnia przesyłka barona nie znaną nikomu z ludzi trasą wyruszy na północ, do Lorien. Nie wiedział też tego, że Elwiss zrozumiała jego przedśmiertne zachłystujące się rzężenie jako zdanie: „Faramirowi przekaż — wykonane!” i spełni polecenie ukochanego jak należy… A Ktoś nieustannie tkający z niewidocznych przypadków i zupełnie oczywistych ludzkich słabości wspaniały gobelin, który my właśnie nazywamy Historią, natychmiast wyrzucił z pamięci ten epizod; to właśnie jest gambit, poświęca się figurę — wygrywa się grę. I tyle…
CZĘŚĆ CZWARTA
OKUP ZA CIEŃ