Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Byłem Księdzem II. Owce Ofiarami Pasterzy - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Byłem Księdzem II. Owce Ofiarami Pasterzy

Электронная книга - «Byłem Księdzem II. Owce Ofiarami Pasterzy». Краткое содержание книги:

…Najbardziej wstrząsająca, bardzo pouczająca i rozbijająca mity książka, w której były ksiądz-Roman Jonasz, na kanwie własnych przeżyć, opisuje prozę kapłańskiego życia- pełnego intryg, skandali, ludzkich słabości i upadków. Nie księża są tu jednak piętnowani, ale błędny system który ich deprawuje…
1 ... 5 6 7 8 9 10 11 12 13 ... 46
Перейти на страницу:

Powróćmy jednak do naszego bohatera „na wygnaniu”. Zapewne przekraczając granicę PRL – u odetchnął biedula pełną piersią. „Zaszczuty” przez „głupią dziwkę” (która nie chciała usunąć dwóch bachorów) oraz jej matkę – nareszcie będzie miał spokój z dala od nich. W końcu… „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” – ta myśl musiała mu przyjść do głowy, bo tak też było w istocie. Dzięki „numerowi” z Grażyną otwierała się przed nim świetlana przyszłość i wielka kariera, u samego progu kapłaństwa. Polska propaganda o tym milczała, ale on dobrze wiedział z listów i paczek od rodziny

– jak wygląda życie w Zachodnich Niemczech. Ani przez chwilę nie zamierzał dzielić się swoim przyszłym dostatkiem z tą „idiotką” i,jej dziećmi”.

Według tego, co później dowiedziała się pani Grażyna – jej Antek poszedł najpierw do szkoły, uczyć się języka. Jako, że miał w Raichu rodzinę i był „otrzaskany” z ichniejszym szwargotem, szkołę skończył szybko i pozytywnie. W międzyczasie zmienił pisownię swego imienia i nazwiska na: Anton Jonietz. Został następnie skierowany do parafii w Essen, w charakterze wikariusza. Tam poderwał niemiecką „laskę” tak ostro, że aż pisały o tym lokalne gazety (ale na pewno protestanckie…więc kłamały). Nie przeszkodziło mu to po kilku latach awansować dużo wyżej – objął probostwo nad 5 – ma (słownie: pięcioma) parafiami w uroczym zakątku Niemiec, gdzie przebywa do dziś. Dla kieszeni księdza Jonietza nie bez znaczenia pozostaje fakt, iż podległe mu 5 „folwarków” zamieszkują niemal wyłącznie sami Katolicy. Jego rezydencja, o wymiarach pałacu polskiego biskupa, znajduje się w mieście Salz, w pobliżu Limburga (Land Westerwald), słynącym z uroczego położenia i pięknej architektury. Her Jonietz zarabia niewyobrażalne – jak na warunki polskie – pieniądze i to wyłącznie w twardej walucie.

Grażyna, kiedy w końcu wywalczyła należne jej pieniądze ze sprzedaży starego Fiata, mogła nareszcie oddać długi i jako tako się okupić. Nie rozłożyła sobie otrzymanej kwoty na dwa lata, gdyż i tak było wiadomo, że najdalej po roku zapomoga się skończy. Nie myślała co będzie dalej. Dość miała oszczędzania na wszystkim – począwszy od ogrzewania zimą mieszkania, a skończywszy na gatunku mleka dla dzieci. Miała cichą nadzieję, że Antoni dotrzyma danego przy biskupie słowa i po upływie dwóch lat zacznie łożyć na rodzinę; choć wiedziała już, iż może się spodziewać po nim najgorszego. Te jego wybiegi, kłamstwa, sposób w jaki ją traktował; a nawet to, kiedy nastawał na nią, aby usunęła dwie ciąże – to wszystko nie bolało ją tak bardzo jak jeden, jedyny fakt: jego stosunek do własnych dzieci. Ciągle w pamięci i w uszach brzmiały jej okrutne słowa, których sensu nigdy, do końca życia, nie będzie potrafiła zrozumieć. „…Ja ich nienawidzę, słyszysz: NIENAWIDZĘ!!!” – krzyczał jej prosto w twarz swoim silnym, pewnym głosem; zupełnie jakby miał na myśli morderców własnej matki. Znienawidził je od pierwszej chwili, kiedy się o nich dowiedział. Nie przejawił nigdy absolutnie żadnych zachowań ojcowskich. Nie wziął na rękę żadne z nich, choć wielokrotnie miał po temu okazję. Nie kupił im nigdy żadnej zabawki, czekolady – kompletnie nic! Będąc u Grażyny starał się w ogóle na nie nie patrzeć; a jeśli – mimo woli

– jego wzrok napotkał jedno z nich, widać w nim było autentyczną nienawiść i odrazę. Wielokrotnie użalał się natomiast nad samym sobą

– jakie to on ma ciężkie życie – „zniszczoną karierę”, „naplute w życiorys” itp. W tym człowieku nie było za grosz odpowiedzialności, współczucia. Był wynaturzonym do cna egocentrykiem i samolubem. Od najbardziej prymitywnych zwierząt różnił się tylko tym, że nie zjadł swoich „młodych”, zaraz po ich narodzeniu.

Wybaczcie te bardzo ciężkie słowa pod adresem człowieka, którego nie miałem okazji osobiście poznać, ale mam przed sobą niepodważalne dowody na taką, a nie inną jego postawę i nie są to tylko nagrania moich rozmów z panią Grażyną i jej dziećmi…

Staram się w jakiś sposób zrozumieć tego człowieka, chociażby na tej podstawie, iż sam jeszcze niedawno byłem księdzem. Mnie też nie obce (przynajmniej na początku) były marzenia o zrobieniu jakiejś kariery w Kościele – doktoracie, „dochrapaniu” się porządnego probostwa, wybiciu ponad przeciętność. Są to naturalne pragnienia występujące u człowieka, którym się ciągle rządzi i pomiata, począwszy od pierwszych lat seminarium duchownego. Czy jednak po drodze do kariery i dobrej opinii można deptać innych ludzi!? Z pewnością byłbym podłamany, gdyby moja dziewczyna podwójnie „wpadła”; tym bardziej, jeślibym nie miał najmniejszego zamiaru się z nią żenić. Gdy jednak ona „na złość” już je urodziła, to jakże można – do jasnej cholery! – mieć w dupie własne dzieci; widząc jak kwilą z zimna i głodu!?! Jak może ojciec znienawidzieć bezbronne maleństwa – kość z kości i krew z krwi – podobne do niego jak dwie krople wody!?! Nie musiał wcale się z nią żenić; ale nienawidzieć…!? zostawić na pastwę losu…!? Podczas gdy on opływał w dobrobyt, zmieniał samochody i leżał do góry brzuchem, ona gnieździła się w małej klitce z dwójką jego dzieci; wstawała do nich w nocy; biegała z nimi do lekarza; przewijała; karmiła i kombinowała jak związać koniec z końcem.

A tak przy okazji – bez względu na to, czy ktoś jest za, czy przeciw aborcji – każdy powinien przyznać, iż tej dziewczynie należy się medal za urodzenie dwójki dzieci wbrew wszelkiemu rozsądkowi i namowom ich ojca – księdza. Medal ten powinna otrzymać od prymasa Glempa; ale to jest nierealne, bo według niego – takie i podobne historie się nie zdarzają, po prostu nie mają miejsca; są wymysłem żydokomunistów i masonów; roznoszone później w postaci plotek, legend i podań ludowych. Chciałoby się krzyknąć głośno słowami Chrystusa Pana: „BIADA WAM OBŁUDNICY!!!” [1]

Dla Grażyny tymczasem zaczęły się dwa lata niepewności, strachu, wytykania przez ludzi i wychowywania dwójki małych, księżowskich dzieci. Kiedy skończyły się pieniądze ze sprzedaży samochodu, chwyciła się paru drobnych zajęć za marne grosze; na ile tylko pozwalał jej czas i pomoc matki, która w tym czasie opiekowała się maleństwami. Czasami, pod nieobecność ojca, dziewczyna brała dzieci do domu; przede wszystkim po to, aby wykąpać je w wannie, co one uwielbiały.

Młoda matka żyła jak pustelniczka – nie bywała w żadnym towarzystwie, straciła koleżanki i przyjaciół; z domu doktora wychodziła tylko po zakupy. Jeśli już natknęła się na kogoś znajomego albo któregoś z księży – wielu z nich znała osobiście przez kontakty związane z charakterem rozpoczętych studiów – prawie zawsze jej rozmówca (- czyni) zbywał ją paroma zdaniami, patrząc w popłochu przez ramię – czy nikt nie widzi. W końcu sama zaczęła udawać, że nikogo nie dostrzega. Czuła jednak na sobie zawsze setki par oczu, choć dzisiaj uważa, iż mogła to być w dużej mierze psychoza strachu i kompleks „trędowatej”, ale tak właśnie się wtedy czuła. Prawdziwym utrapieniem były dla niej coraz dłuższe kolejki przed sklepami. Dzieci musiały często zostawać same w pokoju, a ona była godzinami narażona na ciekawskie spojrzenia i obmowy innych, zwłaszcza kobiet. Przez dłuższy czas miała jedną, jedyną przyjaciółkę, ale jej mąż, gdy dowiedział się o tej zażyłości, zrobił żonie karczemną awanturę – „…z kim ty się zadajesz!?!” – krzyczał.

Sytuacja materialna niepełnej rodziny stawała się coraz gorsza. Był rok 1980 – niepokoje społeczne, ogromne trudności w zaopatrzeniu i…nadzieja Grażyny na rychłą pomoc (mijały dwa lata od wyjazdu Jońca). Miejscowi księża, choć doskonale wiedzieli o warunkach, w jakich żyje niepełna, księżowska rodzina – nigdy nie przyszli jej z jakąkolwiek pomocą, choć już wówczas ich magazyny pęczniały od „darów” z Zachodu; w tym szczególnie słodyczy, odżywek i różnych gatunków mleka dla dzieci. To wszystko było jednak przeznaczone dla lojalnych, prawowiernych Katolików i ich pociech; ewentualnie na pokątny handel lub też dla znajomych – zaprzyjaźnionych parafian, a nie dla wyklętych ladacznic. No, ale w końcu nikt nie miał prawa ani obowiązku utrzymywać samotnej matki z dziećmi; nikt – oprócz ich naturalnego ojca. To jemu dano niepowtarzalną szansę wyjazdu do prawdziwej „kopalni złota”. To on – za spłodzenie i porzucenie dwójki własnych dzieci – mógł czerpać do woli ze złotodajnych żył; zatrzymując same samorodki, oddając zaś tylko małe okruchy. Grażynie i jej matce do głowy nie przyszło, że Joniec ma ich głęboko pod sutanną; ba!… nawet o wiele głębiej. Kobiety zapożyczyły się gdzie tylko mogły na konto jońcowych marek, aby jako tako odżywić i ubrać rosnące jak na drożdżach (po ojcu!) maleństwa. Tymczasem mijały kolejne dni i tygodnie po 2 – giej rocznicy wyjazdu, a o nim „ani widu, ani słychu”.

W końcu stało się jasne, iż nie ma na co i na kogo czekać. Załamana dziewczyna nie chciała, by po raz drugi pokazano jej kurialne drzwi – nie poszła do biskupa użalić się nad swoim losem, zerwaną umową i zapytać – gdzie jest jej „oblubieniec”. Była już jednak zbyt słaba i zrezygnowana, aby „poradzić sobie sama”. Pomogła jej jak zwykle osoba, na którą mogła zawsze liczyć – która zastępowała jej koleżanki, przyjaciół i całą rodzinę – jej matka. Jeszcze raz zaowocowały również znajomość języka oraz szerokie kontakty opolskich Ślązaków z niemieckimi landami. Mama Grażyny zaczęła szukać księdza Jonietza wykorzystując swoje znajomości za drugą granicą Niemiec. Poszukiwania trwały ponad rok. Po wielu nieudanych próbach; wielkim nakładem sił, czasu i wyrzeczeń – odnalazła w końcu „gagatka”, dzięki swojej dawnej koleżance, której mąż był prokuratorem w Munster. Jonietz pasterzował w najlepsze na parafii w Essen. Chociaż wprost tego nie powiedział, widać było wyraźnie, iż jest wielce zaskoczony – skąd jego „prześladowcy” mieli pieniądze na tak szeroko zakrojone poszukiwania. Nie wziął chyba pod uwagę, że dla nich oznaczało to „być albo nie być” i było podyktowane wielką determinacją. Antek, swoim zwyczajem (przynajmniej względem matki Grażyny, wobec której czuł pewien respekt) udał skruchę. Zaczął też wkrótce realizować ustalenia wynikające z podpisanej umowy i przysyłać po 300 marek na miesiąc. Nie wystarczało to na utrzymanie trzyosobowej rodziny, mieszkającej w wynajętym pokoju, ale dawało jej jakieś podstawy egzystencji. Powyższa kwota przychodziła regularnie przez kilka lat. Joniec wielokrotnie i przy każdej okazji powtarzał, że są to pieniądze „za milczenie”, a nie na utrzymanie jego dzieci, których on nie chciał; nie życzył sobie ich nigdy widzieć, ani o nich słyszeć.

вернуться

[1] Mt. 23, 13.

1 ... 5 6 7 8 9 10 11 12 13 ... 46
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)