2586 kroków
- Автор: Pilipiuk Andrzej
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «2586 kroków». Краткое содержание книги:
I krok: To jedna z najlepszych polskich antologii. Bardzo dobrze, lekko napisana, pełna świetnych pomysłów, ciekawa i świeża. Obowiązkowa rzecz na każdej półce. (Tomasz Kleta, Avatarae)
II krok: 14 opowiadań zebranych w 1 książce to 13 różnych bohaterów, 14 niesamowitych historii, 14świetnych pomysłów i kilka godzin ciekawej lektury. (Piotr 'Szarik' Iwanicki, Playback)
III krok: Najlepsze ze zbioru – tytułowe 2586 kroków i Wieczorne dzwony – to najdojrzalsze i najlepiej dopracowane opowiadania grozy, urzekające mrocznym nastrojem, bazującym na lęku przed chorobą, godne porównań do klimatów twórczości E. A. Poe. (Małgorzata Koczańska, Fahrenheit)
Dalej kroczcie sami. Opowiadanie po opowiadaniu. Może dojdziecie do Czerwonej gorączki?
Zrobiło mi się żal nieznajomego dziadka.
Zrobiłem małe zakupy. Nieduży kawałek srebrnej blachy nabyłem w sklepiku przy Elektoralnej. Obok kupiłem kilka przydatnych drobiazgów. Jeszcze trochę miedzi i brązu w sklepie z metalami kolorowymi…
Gdy w liceum wycinałem ze sklejki i cienkiej metalowej folii różne detale, potrzebne do modeli statków, nie przypuszczałem, że kiedyś te umiejętności mogą mi się przydać w pracy. No i proszę…
Wypiłowałem laubzegą kontur Polski z miedzianej blachy. Postarałem się, żeby granica wyszła możliwie realistycznie. Potem wypolerowałem metal na kawałku skórzanej teczki, używając ruskiej pasty diamentowej. Głównie chodziło mi o lekkie zagładzenie ostrych krawędzi. Wreszcie miniaturowa Polska zalśniła jak lustro. Zaciągnąłem tył kwasem siarkowym i, nie żałując cyny, dolutowałem agrafkę jubilerską. Schłodziłem i sprawdziłem, jak trzyma. Solidna robota. Może lepiej byłoby dać twardy lut mosiężny – ale nie umiałem… Teraz nałożyłem na broszkę małego, dobrze wypolerowanego, srebrnego orzełka. Zlutowałem i obejrzałem krytycznie. Jak na pierwszą próbę chyba nieźle. Zabrałem się za drugi egzemplarz. Wykonanie obu zajęło mi w sumie sześć godzin.
Lotnisko przypomina gigantyczny młyn. Minuta po minucie taksówki, autobusy i inne pojazdy wypluwają pasażerów. Ich rzeka przechodzi przez szczegółową kontrolę antyterrorystyczną i wdziera się do hali. Na parterze gromadzą się ludzie, których wyrzuciły ze swych trzewi przylatujące samoloty. Z piętra odlatuje się za granicę.
Do liczby półtora miliona podróżnych, którzy rokrocznie przylatują lub odlatują, należy doliczyć drugie tyle – krewni, przyjaciele, kontrahenci odprowadzają ich lub przychodzą odebrać. Mamy więc dziennie około dziesięciu tysięcy potencjalnych klientów. Do naszego sklepiku zachodzi jeden procent wszystkich podróżnych – szef zainstalował w drzwiach fotokomórkę liczącą. Co czwarty coś kupuje.
Moim zadaniem jest zwiększenie tego odsetka dwukrotnie. W tym niełatwym zadaniu ma mi pomóc pobieżna znajomość podstawowych zwrotów w ośmiu językach. Jeśli dynamika sprzedaży nie wzrośnie w ciągu trzech miesięcy, wujaszek z żalem będzie musiał wylać mnie na bruk. Jeśli sprzedaż spadnie, sam będzie musiał zamknąć interes.
Pozostaje się zatem modlić, żeby terroryści nie zrobili żadnej hecy na naszym lotnisku.
Wujaszek w zadumie obejrzał moje dzieło.
– Niczego sobie – mruknął. – Tylko jak my to zafakturujemy? Zrobimy eksperyment. Niech sobie leży w gablocie. Do dwu egzemplarzy nikt się nie przyczepi. Chociaż jak będzie remanent… – zasępił się.
Opowiadał mi już trochę o zwyczajach urzędu skarbowego i ZUS-u, ale dopiero po chwili zrozumiałem, że boi się wystawić lewy towar.
– A może położymy obok niego kartkę z napisem „dekoracja” i w razie czego powiemy, że to w ogóle nie jest na sprzedaż – podsunąłem.
– Ty to masz łeb – mruknął zadowolony.
Poszedł coś zjeść, a ja przygotowałem etykietkę w czterech językach. Wrócił i popatrzył na to z politowaniem.
– Dla kogo jest ta informacja? – zapytał.
– No, na wypadek kontroli.
– No właśnie. Jak cudzoziemiec zobaczy kartkę „dekoracja”, to zgrzytnie zębami i nawet nie zapyta. Informacja jest dla kontrolerów, więc niech będzie po polsku. A tamci to potencjalni klienci.
Spojrzałem na niego z szacunkiem.
– Do głowy by mi nie wpadło – powiedziałem z uznaniem.
– Porobisz parę lat w tym fachu, to takie rzeczy po prostu będziesz wiedział. – Uśmiechnął się lekko.
Jedną broszkę położyliśmy w zewnętrznej witrynie, drugą w środku.
Szef poszedł załatwiać sprawy urzędowe a ja zostałem pilnować interesu. Jak w tym dowcipie o umierającym żydowskim handlarzu – ktoś zawsze musi czuwać w sklepie… Siedziałem i w zadumie szkicowałem w kajecie nowe, bardziej skomplikowane wzory biżuterii, gdy nieoczekiwanie do środka wparował nowy klient. Od razu wyczułem, że to dyplomata. Był ubrany w garnitur, na to narzucił płaszcz z wielbłądziej wełny. W ręce trzymał czarną, skórzaną walizkę z okuciami na rogach.
– Nie ma właściciela? – zapytał po rosyjsku.
W jego głosie wyczułem rozczarowanie. I jakby tajoną złość. To nie był dobry człowiek.
– Niestety. – Rozłożyłem ręce. – Pojechał do urzędu.
I nagle skojarzyłem. Wujaszek uprzedzał, że ktoś taki może przyjść.
– Przepraszam, pan Valentin Sokow? – zapytałem.
Kiwnął głową.
– Wuj naszykował wszystko, co pan zamawiał poprzednim razem – powiedziałem.
Twarz gościa rozpromieniła się, choć oczy pozostały chłodne. Spod lady wydobyłem czarny neseser i otworzyłem go. Na aksamitnej wyściółce leżało kilkanaście wyrobów. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jest to towar odrobinę lepszego sortu niż badziewie upchane po gablotkach. Obejrzał go pobieżnie i mniej więcej połowę odrzucił. Resztę kazał zapakować.
W zadumie przebiegł wzrokiem po gablotce i gestem wskazał moją broszkę.
– Chciałbym jeszcze zobaczyć to – rozkazał.
Nie wyczułem w jego głosie żadnych uczuć, za to we mnie wszystko zwinęło się w supły. Podałem mu drobiazg. Oglądał go przez kilka minut.
– Ty to zrobiłeś? – zapytał.
– Skąd pan wie? – zdumiałem się.
Na jego wąskie wargi wypełzło coś na kształt uśmiechu.
– Błyszczące oczy, drżenie dłoni, nie potrafisz panować nad swoimi emocjami – powiedział cicho. – Popatrzmy.
Obejrzał detal pod światło i w zadumie potarł palcem wskazującym koniuszek nosa.
– Niezłe – skwitował. – Zwłaszcza jak na pierwszą próbę. Ale nie wezmę. Musisz jednak jeszcze się trochę postarać.
– Jest lepsze niż to, co pan kupił. – Uśmiechnąłem się
– Owszem, ale ten złom jest mi potrzebny na prezenty dla tych debili, z którymi będę musiał rozmawiać – wyjaśnił. – To, co zrobiłeś, jest za dobre dla nich, a dla mnie – wybacz – jeszcze za słabe. Ile się należy?
– Tysiąc osiemset dwadzieścia złotych.
Podał mi platynową kartę kredytową. Wyglądała normalnie, ale w dotyku poczułem, że wykonano ją nie z plastiku, ale z cieniutkiej płytki twardego metalu. Matową powierzchnię zdobił napis Banco National de Lissa. Automatycznym ruchem przesunąłem ją przez czytnik. Czasem bywały problemy, gdy na przykład Japończycy usiłowali tak płacić. W tym przypadku urządzenie zareagowało natychmiast: „nieznany typ karty”.
– Przykro mi – zacząłem, ale on sam zauważył swoją pomyłkę.
Teraz podał mi zwyczajną visę. Bank bez kłopotu autoryzował transakcję.
– Czasem się człowiek zagapi – mruknął.
W tym momencie zauważyłem szalonego dziadka. Stał może dziesięć metrów od nas, w głębi hali i pożerał nasz sklepik wzrokiem.
– Czy będzie pan jeszcze coś zamawiał? – zapytałem.
Dyplomata uśmiechnął się leciutko.
– Pracuj, zobaczymy, co zdołasz wymyślić – powiedział po polsku i to prawie bez obcego akcentu. – Z szefem skontaktuję się osobiście.
Uniósł z podłogi swoją walizkę. Zauważyłem, że zamki zabezpieczono nalepkami „poczta dyplomatyczna”. Na przywieszce widniały trzy literki: VIP. Zerwał ją i, zmiąwszy, wsadził do kieszeni. Pakunek z naszyjnikami wrzucił do środka.
– Do zobaczenia – burknął.
Odszedł. Wujaszek przyszedł po pół godzinie.
– Ruszałeś neseser? – Zauważył od razu, że stoi w innym miejscu.
Wyczułem w jego głosie niemy wyrzut. Widocznie pomyślał, że zawiodłem jego zaufanie…
– Był pan Valentin. Wybrał sobie trochę rzeczy. Połowę mniej więcej.
Szef otworzył walizeczkę i przejrzał pospiesznie jej zawartość.
– Cholera, wybredny jak primabalerina – mruknął. – No nic, gibaj coś zeżreć. Dobrze się spisałeś… – pochwalił mnie nieoczekiwanie. – To nasz niemal stały klient. I zawsze kupuje za ładne kilka setek…
Poszedłem rozprostować nogi. W kafejce zamówiłem sobie szklankę herbaty. Nie miałem forsy, by jeść tutaj. Ceny co najmniej dwukrotnie przewyższały normalne. Siedziałem i w zadumie sączyłem gorzki napój. Szalony staruszek usiadł po drugiej stronie stolika.
– Widziałeś go – odezwał się. – Oni istnieją…
– Kto? – zdziwiłem się.
– Tamci. Przylatują do nas raz na kilka, kilkanaście tygodni. Teraz się już nie kryją tak jak kiedyś. Czasem nawet na tablicy wyświetlą informację: „Lot specjalny z Lissy”.
– Ale biletu w tamtą stronę nie można kupić? – Przekornie przechyliłem głowę.
Szarobłękitne oczy starca spojrzały na mnie bystro. Nie wyglądał na wariata.
– Już ci o mnie mówili?
– Owszem. – Wzruszyłem ramionami.
– Rozpoznasz ich. Wcześniej czy później nauczysz się tego. To dziwni ludzie. Wtedy sam zrozumiesz. Pogadamy znowu za trzy, może cztery miesiące… Wtedy wymienimy doświadczenia.