Żuraw w garści. Kontakt [Журавль в руках. Контакт - pl]
- Автор: Булычев Кир, Голованов Ярослав Кириллович
- Год: 1977
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Żuraw w garści. Kontakt [Журавль в руках. Контакт - pl]». Краткое содержание книги:
Masza wyszła z nami za wrota i kiedy spojrzałem na nią, mnie również obdarzyła pożegnalnym spojrzeniem. Na skraju polany Siergiej Iwanowicz zatrzymał się i uniósł rękę. Masza nawet nie drgnęła. Zagłębiliśmy się w las i straciliśmy dom z oczu.
Szliśmy w milczeniu przez kilka minut, a potem zapytałem:
— Daleko idziemy?
— Będzie ze dwa kilometry… Żal mi jej. Kocham ją i żałuję, Powinna iść do miasta, uczyć się…
— Ile Masza ma lat?
— Dokładnie nie powiem, ale wychodzi na to, że jakieś dwadzieścia trzy.
— Pan też nie jest jeszcze stary.
— Akurat! W kwietniu skończyłem pięćdziesiąt pięć. Chcę Maszę wysłać do Jarosławia. Mam tam stryjeczną siostrę.
Skręciliśmy na prawie niewidoczną, rzadko używaną ścieżkę. Gajowy szedł przodem, odsuwając gałęzie leszczyny. Słońce jeszcze nie wysuszyło wczorajszego deszczu i z liści sypały się zimne krople.
— To taka historia, że trudno zacząć — powiedział Siergiej Iwanowicz. — Gdybym ci to powiedział w mieście, za nic byś nie uwierzył.
Przecięliśmy jasną, brzęczącą od pszczół, wonną polankę. Dalej zaczynał się ciemny, świerkowy bór.
— Już od dawna mnie to męczy. Jak tylko zobaczyłem, że człapiesz z powrotem w deszczu, bo ci się zrobiło żal Maszy, postanowiłem ci powiedzieć.
— Niech mi pan da plecak, bo idę bez niczego, a pan w dodatku ma dubeltówkę.
— Nie szkodzi. Kto z sobą nosi, nikogo nie prosi.
Las zrzedł. Coraz częściej trafiały się zwalone pnie. Wyszliśmy na porębę. Ktoś wykarczował drzewa, ale ich nie wywiózł.
— Nie dziwi cię to? — zapytał Siergiej Iwanowicz.
— To wiatrołom? Ale przecież las dokoła jest nie naruszony!
— Wicher tak nie powali.
W samym środku poręby wznosił się niewielki kopiec, opleciony na wpół zmurszałymi korzeniami. Dotarliśmy do niego przeskakując z kępy na kępę przez czarne, bagienne kałuże. Kępy porastał długi, ciepły mech, w który nogi zapadały się po kolana. Starałem się iść dokładnie śladem leśnika, ale raz chybiłem i do buta wlała mi się lodowata woda. — No tak — powiedział gajowy z wyrzutem. — Trzeba nam się było posłuchać Maszy i założyć gumiaki.
Dotarliśmy do wzgórka. Ziemia była tam zupełnie naga, pokryta szarawym nalotem — kurzem czy też jakimiś porostami, kryjącymi kruche gałęzie i korzenie. Siergiej Iwanowicz rozrzucił stos chrustu i za nim, pod daszkiem ze splecionych gałęzi, ukazał się czarny otwór.
— Postawiłem tu szałas — powiedział. — Naściągałem świerkowych gałęzi. Wyschły i teraz nie odróżnisz. Odpoczywaj.
— Nie jestem zmęczony.
— Wcale nie mówię, żeś się zmęczył. Potem się zmęczymy.
Nabił dubeltówkę, skrócił pasy plecaka, żeby nie krępowały ruchów.
— Tam jest paskudny zwierz. Niekul. Słyszałeś o takim?
Dał nura w czarny otwór, rozległ się chrzęst chrustu, z góry posypało się rude igliwie.
— Jesteś tam, Mikołaju? — usłyszałem jego głos. — Idź za mną. Ciemności się nie bój. A jak cię skręci, też się nie lękaj. Zamknij oczy. Słyszysz?
Schyliłem się i ruszyłem za nim, wysuwając przed siebie rękę, żeby nie nadziać się w ciemności na jakąś gałąź.
— Siergieju Iwanowiczu! — zawołałem.
Nie odpowiedział.
Ciemność przede mną była głucha i bezdenna. Nie należała do tego lasu, była jakaś pierwotna, nieskończona i nie mógłbym jej porównać na przykład z wejściem do głębokiego szybu kopalni już chociażby dlatego, że kopalnia lub górska jaskinia daje pewność osiągnięcia dna; jeśli rzuci się kamień, kiedyś wreszcie do uszu dotrze stuk lub plusk wody. A tutaj, nawet niczego nie widząc, wiedziałem, że ciemność nie ma końca.
Wiedziałem to i dlatego nie mogłem zdecydować się na zrobienie kroku. Rozumiałem, że gajowy jest już Tam. Że czeka na mnie. Może nawet wyśmiewa się z mojego tchórzostwa. Gdzie się podział?… Nie myślałem o tym, ale podświadomie byłem pewien, że nie jest to zwyczajna grota, że Siergiej Iwanowicz nie przyczaił się w ciemności, lecz był Tam, za czarną kurtyną… Śnię czy bredzę?! Przecież on zaraz wróci i zapyta ironicznie: „No i co z tobą, Mikołaju?…” Zrobiłem krok do przodu.
W tej samej chwili ziemia zapadła mi się pod nogami, a ja oderwałem się od niej i przestałem istnieć, gdyż ciemność nie tylko zwarła się wokół mnie, lecz także przekształciła w swoją cząstkę, rozpuściła w sobie i poniosła z szybkością, którą można odczuć, ale nigdy wytłumaczyć lub zmierzyć. W takich wypadkach starzy, dobrzy romansopisarze zwykli byli mawiać: „Moje pióro nie potrafi tego opisać…”
Wszystko to trwało nie dłużej niż mgnienie oka, chociaż równie dobrze mogło trwać rok i jeśli ktoś by mi powiedział, że pędziłem przez ciemność co najmniej trzy godziny, także bym uwierzył.
Ocknąłem się jednak w tym samym szałasie, z tą jedynie różnicą, że ujrzałem przed sobą światło i na jego tle pochyloną sylwetkę Siergieja Iwanowicza.
— Jesteś? — zapytał. — A ja już chciałem po ciebie iść.
Podał mi rękę i pomógł wyjść na zewnątrz. Gęste zarośla otaczały szałas ze wszystkich stron. Siergiej Iwanowicz postawił dubeltówkę między nogami, wyjął papierosy, poczęstował mnie i sam zapalił.
— Obejrzyj się — powiedział. Nie od razu pojąłem, o co mu chodzi. Podeszliśmy do szałasu przedzierając się przez zabagniony wiatrołom. A tutaj za szałasem ciągnęły się gęste, kolczaste, poskręcane zarośla niemal bezlistnych krzewów. Dokoła nie było też ani jednego powalonego drzewa, kępki mchu, najmniejszego śladu bagna czy kałuży.
— Nie rozumiesz? Ja za pierwszym razem też niczego nie rozumiałem — powiedział gajowy. — Szałas zrobiłem znacznie później. A wtedy, za pierwszym razem, wlazłem wprost do dziury… I zapadłem się.
6
Za plecami Siergieja Iwanowicza stała sosna. Nie, to nie była sosna, lecz stare, rozdwojone na kształt liry drzewo z pniem sosny, które zamiast igliwia miało drobniutkie, wąskie listki. Na korze widać było głębokie nacięcie pokryte naciekami żywicy.
— To po to, żeby znaleźć powrotną drogę — powiedział gajowy. — Drugiego takiego drzewa tu w pobliżu nie ma. Widzisz wejście do szałasu?
Pod gałęziami i pożółkłymi liśćmi ział czarny otwór. Siergiej Iwanowicz zebrał rozrzucony dokoła chrust i zamaskował wejście.
Nie było zbyt gorąco, ale wiatr wydawał się suchy, a liście pokrywała warstewka kurzu. W bucie mi jeszcze chlupotało.
— Droga jest tylko jedna. — powiedział gajowy. — Przez szałas. Możesz sprawdzić;
— Jak? — zapytałem. Nigdy bym się nie podejrzewał o taką tępotę.
— Obejdź dokoła.
Obszedłem szałas. Był ukryty w gęstwinie krzaków, przez które przedzierałem się z największym trudem. Basowo brzęczał jakiś owad, przez rzadkie liście przebijało spłowiałe niebo. Obejrzałem się. Gajowy szedł za mną z lufa dubeltówki opartej na zgiętej ręce. Tylna ściana szałasu była zawalona suchymi gałęziami. Przez szczelinę między nimi dojrzałem to samo blade niebo.
— Przekonałeś się? — zapytał Siergiej Iwanowicz. — Nie ma tu żadnego bagna i ani jednego świerku na wiele kilometrów dokoła.
— Przekonałem się — odparłem.
— Przyszedłeś tu jak do muzeum z przewodnikiem. A pomyśl, jak ja się tu czułem w onegdajszym roku? Sam byłem. I wiesz co, stchórzyłem. Popędziłem z powrotem, a dziurę zgubiłem. Chyba z pół godziny łaziłem po krzakach. Przecież swój las znam jak własne pięć palców. A widzę, że to nie ten las…