Rezerwat goblinów [The Goblin Reservation - pl]
- Автор: Саймак Клиффорд Д.
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-628-6
- Переводчик: Andrzej Leszczynski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Rezerwat goblinów [The Goblin Reservation - pl]». Краткое содержание книги:
Profesor Peter Maxwell wyruszył z Ziemi w misji specjalnej, ale wskutek nieprzewidzianych okoliczności wylądował na nieznanej kryształowej planecie, która okazała się magazynem wiedzy zaginionej starożytnej supercywilizacji.
Kiedy Peter Maxwell wrócił na Ziemię, pragnąc uświadomić wszystkim istnienie tego skarbu, ze zdumieniem przekonał się, że nikt go nie słucha. Wszystko wskazywało bowiem na to, że wrócił z wyprawy miesiąc wcześniej, nie przywożąc ze sobą żadnych rewelacji, a później zginął w wypadku.
Po prostu nikt nie wierzył, że Peter Maxwell — oryginał istnieje naprawdę…
— To niemożliwe, on jest tylko biomechem — zaprotestowała Carol.
— Nie wierzę w ani jedno słowo — mruknął Oop. — On nie może być biomechem. Ma w ślepiach takie same złe błyski, jakie miały prawdziwe szablozębne.
— Proszę cię, Oop — wtrącił się Maxwell. — Wstrzymaj się choć na chwilę. Panno Hampton, ten dżentelmen to Duch, mój długoletni przyjaciel.
— Miło mi poznać pana, panie Duchu — powiedziała Carol.
— Tylko nie: panie — zaprotestował gwałtownie Duch. Po prostu: Duchu. Jestem tylko duchem, niczym więcej. A najgorsze w moim przypadku jest to, że nawet nie wiem, czyim jestem duchem. Niezmiernie miło mi panią poznać. To tak przyjemnie siedzieć przy stoliku we czwórkę. Jest coś czarownego i uspokajającego w liczbie cztery.
— A teraz, kiedy już poznaliśmy się nawzajem, przejdźmy do konkretów — odezwał się Oop. — Najpierw proponuję się czegoś napić. Picie w pojedynkę nastraja pesymistycznie. Rzecz jasna, kocham Ducha za jego niewątpliwe zalety, ale nienawidzę ludzi, którzy nie piją.
— Wiesz przecież, że ja nie mogę pić — wtrącił Duch. Ani jeść, ani też palić. Jest tak niewiele rzeczy, które może robić duch. Ale prosiłem cię przecież, żebyś nie wytykał mi tego za każdym razem, kiedy się z kimś spotykamy.
— Wydaje się pani być zdziwiona, że barbarzyński neandertalczyk może posługiwać się współczesną mową tak swobodnie jak ja — Oop zwrócił się do Carol.
— Zdziwiona? To za mało. Całkowicie zaskoczona — odparła.
— Oop w ciągu ostatnich dwunastu lat spędził w szkołach więcej czasu niż jakikolwiek przeciętny człowiek — wyjaśnił Maxwell. — Zaczynał na dobrą sprawę od poziomu przedszkola, a teraz pracuje już nad doktoratem. W dodatku nie zamierza na tym poprzestać. Można powiedzieć, że jest jednym z naszych najlepszych studentów.
Oop podniósł rękę i pomachał, przywołując kelnera.
— Tutaj! — wrzasnął. — Są tu ludzie, których trzeba natychmiast obsłużyć. Umieramy z pragnienia w strasznych męczarniach.
— Zawsze byłem pełen podziwu dla jego skromnej, nieśmiałej natury — stwierdził Duch.
— Kontynuuję studia wcale nie dlatego, że odczuwam tak wielki głód wiedzy — oznajmił z dumą Oop — ale przede wszystkim dla satysfakcji, jaką czerpię z oglądania niedowierzania i zdumienia, malującego się na twarzach wszystkich głupich wykładowców i ich nierozgarniętych studentów.
A zwracając się do Maxwella dodał:
— Nie chcę przez to powiedzieć, że wszyscy profesorowie są głupimi zarozumialcami.
— Dziękuję ci — odparł Maxwell.
— Są tacy, którzy wydają się myśleć, że przedstawiciel gatunku Homo sapiens neanderthalensis nie może być nikim innym, jak tylko głupim bydlęciem — kontynuował Oop. — Jak by nie patrzeć, gatunek wymarł, nie był w stanie przetrwać walki o byt, a to samo w sobie jest dla nich wystarczającym dowodem, że stanowił gatunek podrzędny. Obawiam się, że będę musiał poświęcić resztę swojego życia na udowodnienie, iż…
Obok ramienia Oopa wyrósł kelner.
— To znowu pan — powiedział. — Powinienem się był domyślać, kto może tak wrzeszczeć. Pan jest pozbawiony wszelkich manier, Oop.
— Jest tutaj człowiek, który właśnie wrócił z zaświatów powiedział Oop, ignorując zniewagę. — Uważam, że będzie absolutnie na miejscu, jeśli uczcimy jego zmartwychwstanie prawdziwie po bratersku.
— Zgaduję, że chcecie coś do picia.
— Otóż to. Zatem czy nie może pan po prostu przynieść butelki dobrego trunku, koszyczka z lodem i czterech… nie, trzech szklanek? Duch, jak pan wie, nie pije.
— Tak, wiem — mruknął kelner.
— To wszystko, chyba że panna Hampton życzy sobie któryś z tych wymyślnych koktajli.
— Nie jestem żadną nadzwyczajną personą, żeby z mojego powodu kiełbasić coś w zamówieniu. Co wy pijecie? — spytała Carol.
— Burbona — odparł Oop. — My z Petem najbardziej gustujemy w tym płynie.
— Niech będzie burbon — zgodziła się Carol.
— W porządku — mruknął kelner. — Ale będziecie musieli zapłacić rachunek, kiedy tylko przyniosę wam butelkę. Pamiętam, że kiedyś…
— Jeśli zabraknie mi paru groszy — przerwał mu Oop stary Peter z pewnością dołoży do sumy.
— Peter? — Kelner spojrzał na Maxwella. — Profesor! wykrzyknął. — Słyszałem, że pan…
— To właśnie usiłowałem panu powiedzieć — wpadł mu w słowo Oop. — Właśnie świętujemy jego powrót z tamtego świata.
— Ale ja nie rozumiem…
— Nie musi pan — stwierdził Oop. — Proszę tylko zakrzątnąć się szybko koło jakiejś butelki.
Kelner potruchtał z powrotem.
— A teraz powiedz nam, proszę, kim właściwie jesteś? zwrócił się Duch do Maxwella. — Nie jesteś duchem, to jasne, a jeśli tak, to nastąpił niezwykły postęp od czasu, kiedy człowiek, którego reprezentuję, zrzucił z siebie swą cielesną powłokę.
— Wydaje mi się, że jestem rozszczepioną osobowością objaśnił Maxwell. — Jeden z nas, jak rozumiem, zmarł wskutek jakiegoś wypadku.
— Przecież to niemożliwe — zaprotestowała gwałtownie Carol. — Rozdwojenie osobowości może wystąpić na poziomie psychiki, to wiemy. Ale fizycznie…
— Nie ma na niebie i ziemi niczego, co byłoby niemożliwe — wygłosił sentencjonalnie Duch.
— Ten cytat jest nie na miejscu — zgasił go Oop. — Poza tym to brzmiało zupełnie inaczej.
Uniósł dłoń do swej gęsto owłosionej piersi i podrapał się energicznie krótkimi, grubymi palcami.
— Proszę nie patrzeć z takim przerażeniem — odezwał się do Carol. — Swędzi mnie. A ponieważ jestem z natury stworzeniem prymitywnym, więc się drapię. Poza tym nie jestem całkiem nagi, mam na sobie szorty.
— Jest wprawdzie udomowiony, ale tylko powierzchownie — objaśnił Maxwell.
— Wracając do tej rozdwojonej osobowości — zagadnęła dziewczyna. — Czy możesz wytłumaczyć nam, co się właściwie stało?
— Wyruszyłem w podróż do jednej z planet Systemu Jenocie] Skóry. W czasie drogi mój wzorzec falowy uległ w jakiś sposób powieleniu i tak oto znalazłem się w dwóch miejscach jednocześnie.
— Czy mamy przez to rozumieć, że istniało dwóch Peterów Maxwellów?
— Właśnie tak.
— Gdybym był na twoim miejscu, podałbym tych z Transportu do sądu — stwierdził Oop. — Przecież to było morderstwo. Mógłbyś wyciągnąć od nich kunę forsy, a ja z Duchem świadczyłbym na twoją korzyść. Uczestniczyliśmy przecież w twoim pogrzebie.
— Poza tym my również powinniśmy ich zaskarżyć — dodał po chwili przerwy. — Za cierpienia moralne. Nasz najlepszy przyjaciel zimny i sztywny, ułożony w pudełku, a my, pogrążeni w żalu…
— Naprawdę tak było, możesz mu wierzyć — dodał Duch.
— Ależ wcale w to nie wątpię — zapewnił Maxwell.
— Muszę stwierdzić, że wszyscy trzej traktujecie to dziwnie lekko — wtrąciła Carol z oburzeniem. — Jeden z trzech serdecznych przyjaciół…
— Czego od nas oczekujesz? — wyskoczył Oop. — Może mamy śpiewać Alleluja? Czy też wywalić gały i zachwycać się wspaniałością scenerii? Straciliśmy przyjaciela, a teraz on znów jest z nami…
— Ale jeden z nich nie żyje.
— No cóż, jeśli o nas chodzi, to zawsze znaliśmy tylko jednego Petera — zauważył Oop. — Niech już tak zostanie. Czy wyobrażasz sobie, w jak kłopotliwej znaleźlibyśmy się sytuacji, gdyby zjawiło się ich tu dwóch?